FANDOM


Hej!

Myślę, że możecie być ze mnie dumne, bo po wszystkich aniołkowych perypetiach wreszcie popchnęłam do przodu akcję z 21 odcinka Eldaryi! xD A skoro już ją popchnęłam, to zrobiłam to solidnie, także przed lekturą koniecznie zapnijcie pasy <3.

Pozdrawiam Asanamir <3.

Link do wszystkich części

Miłej lektury! <3



Mimo najszczerszych chęci, niestety nie udało mi się śnić o Nevrze.

Szłam przez las, który wydawał mi się znajomy, choć patrząc po zupełnie nieznanej mi roślinności, miałam pewność, że nigdy tu nie byłam. Nie wiem, ile minęło czasu, zanim drzewa i krzewy zaczęły się przerzedzać, aż wreszcie otworzyła się przede mną wielka równina, kończąca się hen daleko monumentalnym klifem. Gdy przymrużyłam oczy i wytężyłam wzrok, to wydawało mi się, że dostrzegałam na nim zarys miasta, dlatego bez zastanowienia ruszyłam w jego kierunku. Obudziłam się jednak, zanim zdołałam zobaczyć coś więcej.

Chciałam zrozumieć ten sen, ale z każdą chwilą wspomnienia z niego zacierały się w mojej pamięci aż do momentu, gdy zostałam jedynie ze strzępami obrazów i poczuciem, że to coś ważnego. To wtedy sobie uświadomiłam, że już o tym śniłam, dlatego postanowiłam lepiej się przygotować na kolejny raz, bo jakoś nie miałam wątpliwości, że prędzej czy później on nastąpi. Wolałam nie odkładać tego na później, więc od razu wstałam, by zgarnąć ze stolika mój notes z wetkniętym między strony długopisem i przełożyć go na szafkę przy łóżku.

Najbliższe dni zapowiadały się spokojnie i faktycznie takie były – wypełnione jedynie pracą w przychodni, lekcjami alchemii i języka Wyroczni, a także tęsknotą. Z czasem zaczęłam zazdrościć sobie sprzed paru dni, gdy nie miałam nawet czasu pomyśleć o Nevrze, bo teraz jego brak stawał się coraz bardziej przejmujący. Czułam się, jakbym z dnia na dzień powoli traciła umiejętność myślenia o czymkolwiek innym jak o tęsknocie, przez co skupienie się na pracy stawało się nie lada wyzwaniem.

Jedynym wyróżniającym się wydarzeniem w tych trudnych dniach było spotkanie z dziewczynami i Ykhar, na które się umówiłyśmy następnego wieczoru, po naszej nieco karkołomnej akcji w pokoju brownie. Miałyśmy się zobaczyć u mnie i pierwsze przyszły dziewczyny.

– No pokaż już ten list, nie trzymaj nas dalej w napięciu – takimi słowami przywitała mnie Karenn, a ja nie widząc powodów, by odmawiać, podałam go jej.

Wampirzyca niecierpliwie rozwinęła list i zaczęła go czytać. Alajea stanęła za nią i z zaciekawieniem zerkała przez jej ramię na papier.

– Przyjemniaczek – stwierdziła wreszcie Karenn, unosząc głowę i krzywiąc się lekko.

– Nie ulega wątpliwości – odparłam ze wzruszeniem ramion.

– Dowiedziałam się, że Ashkore faktycznie niedawno wrócił – oznajmiła niespodziewanie Karenn, przekazując list Alajei, a ta z chęcią go od niej wzięła.

– Co? Jak to? – zdziwiłam się. – Od kogo?

– Od Ezopa – odparła Karenn, krzyżując ręce na piersi.

– A on skąd wie? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Już jakiś czas temu zauważył pewną zależność między ginięciem żelków w spiżarni a pojawianiem się śladów obecności Ashkore'a.

– Żelków? – powtórzyłam za Karenn, sądząc, że się przesłyszałam.

– Tak, żelków – odparła Karenn, znowu się krzywiąc, jakby ją drażniło moje powątpiewanie. – Podobno po każdym dłuższym okresie braku aktywności Ashkore'a w Kwaterze, najpierw w spiżarni giną żelki, a jakiś czas potem Ashkore daje o sobie znać już bardziej dosadnie.

– Ale poważnie? Żelki? – powtórzyłam, z trudem hamując śmiech. To wydawało mi się tak głupie, że jednocześnie było absurdalne i bardzo prawdopodobne. – Takie mięciutkie misie? – dopytywałam, poruszając przy tym kciukiem i palcem wskazującym jednej ręki tak, jakbym coś lekko w nich zgniatała.

– Tak, takie mięciutkie misie – odparła Karenn, naśladując mój gest. – Kto wie, może w głębi sam jest takim mięciutkim misiem? – stwierdziła, brzmiąc nieco filozoficznie. Wymieniłyśmy spojrzenia, po czym po prostu wybuchłyśmy śmiechem.

– A ty co masz taką minę, Allie? – zapytałam, szturchając ją lekko łokciem, gdy zauważyłam, że pozostała całkowicie poważna.

– Czekam, aż Karenn powie, że słabość do żelków to niepodważalny dowód na to, że Ashkore jest smokiem – odparła syrena, aż do samego końca zdania utrzymując obojętny wyraz twarzy, ale gdy Karenn parsknęła z oburzeniem, to nie wytrzymała i również się roześmiała. Urażona wampirzyca odwróciła się do niej plecami, ale tylko na chwilę, bo nie mogła odmówić zabawności tej uwadze.

– Dobrze mieć potwierdzenie, że Ashkore faktycznie wrócił – powiedziałam, starając się przywrócić powagę między nami. – Przynajmniej wiemy, że nasze przypuszczenia były słuszne – dodałam, myśląc nie tylko o kradzieży pierścionka, ale także o możliwości spotkania Ashkore'a na końcu tajnego przejścia pod wiśnią.

– Taa... – przyznała Karenn z niezadowoleniem w głosie. Miałam wrażenie, że pomyślała dokładnie o tym samym co ja, ale nie chciała tego otwarcie przyznać.

W tym momencie ktoś zapukał do moich drzwi i pośpiesznie poszłam otworzyć. U progu pokoju zobaczyłam Ykhar, która wyglądała na przestraszoną, ale zdeterminowaną. Wpuściłam ją do środka z radosnym powitaniem, dyskretnie rozglądając się przy tym po korytarzu, czy nikt nie patrzył.

– Allie, pokaż Ykhar list – powiedziałam, zamykając od środka drzwi. Syrena posłusznie wykonała prośbę, gdy Ykhar tylko przystanęła obok niej.

– Znam to pismo – odezwała się brownie, tylko rzucając okiem na list. Po tych słowach miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. – Znaczy, na pewno już je kiedyś widziałam, ale nie pamiętam, czyje ono jest – poprawiła się zaraz Ykhar, a ja głośno wypuściłam powietrze, uświadamiając sobie, że na chwilę przestałam oddychać.

– To... to dobry znak – oznajmiłam, podchodząc wreszcie do dziewczyn. Próbowałyśmy z Alajeą i Karenn ukryć zawiedzione miny, ale raczej nie umknęło to Ykhar, bo jej twarz pokryła się wyraźnym rumieńcem.

– Tak, bo to nam określa górną granicę, jak głęboko musimy sięgnąć z raportami – podchwyciła moją wypowiedź Alajea, by spróbować przegonić sztywność, jaka zapanowała między nami po wznieceniu, a potem natychmiastowym zgaszeniu naszych nadziei.

– Macie rację – przyznała Ykhar, wbijając wzrok w ziemię. – Sprawdzę wszystkie miejsca, gdzie są składowane raporty od momentu, gdy zaczęłam pracować w bibliotece i jak minie trochę czasu od mojego... spotkania z Leiftanem... to możemy zacząć poszukiwania – oznajmiła, a my skinęłyśmy na zgodę głowami. Może to niezbyt imponujący plan, ale na ten moment musiał wystarczyć.

***

Wszystkie inne dni przez podobieństwo do siebie trochę zlewały mi się w jeden. Karenn też na to narzekała, dlatego by nie popaść w kompletny marazm, zajęła się ustaleniem tożsamości strażnika z Głównej Bramy, który najprawdopodobniej należał do spisku Leiftana. O dziwo nawet gładko przyjęła do wiadomości, że na razie nie będzie mogła nic zrobić z tą wiedzą.

Sama czasem w wolnej chwili, by choć na trochę się oderwać od tęsknoty, zaglądałam pod wiśnię, jakby licząc, że Valkyon znowu się z czymś zdradzi, ale od sytuacji z murem ani razu go tam nie widziałam. Wiedząc, że śledztwa nierzadko wymagały cierpliwości, nie zrażałam się i właśnie zmierzałam w tamtą stronę także teraz, dobrych kilka dni po akcji z Ykhar, gdy ktoś mocno złapał mnie pod ramię. Zaskoczona spojrzałam w tamtą stronę i okazało się, że to była Karenn.

– Wrócili! – zawołała z entuzjazmem, po czym pociągnęła mnie dalej ścieżką w stronę Głównej Bramy.

– Skąd wiesz? – zapytałam, dając się prowadzić.

– Naprawdę pytasz mnie o coś takiego? – odpowiedziała rozbawiona wampirzyca, a mi pozostało jedynie ze śmiechem przyznać jej rację, bo moje pytanie rzeczywiście nie było najmądrzejsze.

Cieszyłam się przede wszystkim powrotem Nevry, ale przyjemnie też było patrzeć na radosną Karenn, która wprost nie mogła się doczekać, aż zobaczy brata. Szłyśmy szybko i w przeciwieństwie do wampirzycy, ja w końcu dostałam zadyszki.

Dotarłyśmy wreszcie do schodów na plażę, skąd roztaczał się widok na zacumowany u brzegu statek. Mniejszą łódką transportowano załogę na brzeg, ale nie musiałam przyglądać się zbyt długo, by wśród obecnych na brzegu wypatrzeć dobrze mi znaną potarganą czarną czuprynę. Przystanęłam tutaj, żeby złapać oddech, a Karenn machnęła na mnie ręką i z piskiem radości zbiegła w dół. Miałam ochotę zrobić to samo, ale wraz z powietrzem dotarło do mnie też otrzeźwienie, że raczej nie powinnam oficjalnie przejawiać aż tak wielkiego entuzjazmu powrotem wyprawy z Jaspisu. Wzięłam kolejny głęboki wdech, przygładziłam ubranie i wreszcie schodek po schodku zaczęłam powoli schodzić.

Karenn rzuciła się bratu na szyję i gdy doszłam do nich, to nadal się przytulali, jakby nie widzieli się nie półtora tygodnia a co najmniej kilka lat. Okropnie jej tego teraz zazdrościłam i pomyślałam, że tych parę miesięcy temu, gdy sama mogłam tak po prostu rzucić się wampirowi w ramiona, życie było o wiele łatwiejsze.

Dopiero po chwili rodzeństwo zwróciło uwagę na moją obecność i odsunęli się od siebie nieco, ale Nevra nadal przytulał Karenn jedną ręką.

– Cześć – powiedziałam, uśmiechając się uprzejmie.

– Cześć Gardienne – odparł Nevra, w uśmiechu odsłaniając kły. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, wiedząc, że w tej chwili tylko tak mogliśmy sobie opowiedzieć o tym, jak bardzo tęskniliśmy. – Kiedyś witałaś mnie z większym entuzjazmem! – powiedział z wyrzutem, jakbym właśnie złamała mu serce.

– To było dawno temu i nieprawda – burknęłam, rumieniąc się lekko.

– Ha, wiedziałem, że tęskniłaś – odparł niezrażony i ruchem ręki zagarnął mnie do siebie, a ja cała sztywna pozwoliłam się przytulić. Nie znalazłam w tym geście ani odrobiny romantyzmu i pasował on do tego, jak Nevra lubił się ze mną kiedyś drażnić, ale i tak dobrze było poczuć go blisko. Odsunęłam się pośpiesznie, starając się nie okazać, że robiłam to z niechęcią.

– Jak misja? – zapytałam, by zagaić jakiś neutralny temat.

– Dobrze, daliśmy radę – oznajmił Nevra z jak zwykle niezachwianą pewnością siebie, ale teraz zaczęłam dostrzegać, że był wyraźnie zmęczony. Zastanawiałam się, jak wiele dokonał podczas tej misji kosztem snu.

– A kim są tamci faery? – odezwała się Karenn, wskazując ręką w stronę brzegu, gdzie właśnie z łódki wysiadało kilka zupełnie nieznanych nam osób.

– Kilkunastu nomadów z Jaspisu zapragnęło przenieść się do Kwatery, to zabraliśmy ich ze sobą – odparł spokojnie Nevra. Wydało mi się to trochę dziwne, bo z tego co słyszałam, to w schronisku raczej brakowało miejsc, ale pomyślałam, że mogłam mieć nieaktualne informacje.

– Dość pogaduszek, Nevra, chodź nam pomóc – nieoczekiwanie wtrącił się do naszej rozmowy niezadowolony Ezarel. Wystarczył mi tylko rzut oka w jego stronę, by stwierdzić, że tez nie wyglądał najlepiej. To musiała być naprawdę trudna misja i aż się niecierpliwiłam, żeby dopytać o jej szczegóły, ale udało mi się zatrzymać język za zębami.

– Pogadamy później – powiedział Nevra, odsuwając się od Karenn, ale patrząc przy tym na mnie.

– Do później, Nev – odparła wampirzyca, machając mu na pożegnanie, gdy odchodził z Ezarelem w stronę brzegu.

***

Nevrę tak bardzo pochłonęły obowiązki, że do końca dnia nie udało mi się go spotkać nawet przypadkiem. Po powrocie wieczorem do pokoju byłam nieco rozdarta, bo z jednej strony chciałam i spodziewałam się jego odwiedzin jeszcze dzisiaj, ale z drugiej strony chyba wolałam, żeby najpierw porządnie wypoczął. Toczyłam ten wewnętrzny spór przez długi czas, nie mogąc się ostatecznie opowiedzieć po żadnej ze stron, ale i tak na wszelki wypadek założyłam jedną z ładniejszych koszulek nocnych. Z impasu wyzwoliło mnie dopiero znajome skrzypnięcie uchylającego się okna.

Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam wchodzącego do środka Nevrę. Z trudem się wstrzymałam z rzuceniem się mu na szyję aż do momentu, gdy przymknął okno i poprawił zasłonę. Uprzejme powitania mieliśmy już dzisiaj za sobą, dlatego teraz nic nie mówiąc, po prostu pocałowałam go żarliwie, po czym desperacko pragnąc bliskości, przesunęłam dłonie na jego pierś i ciągnąc za koszulkę, zabrałam go w głąb pokoju. Może to i beznadziejny z mojej strony dobór priorytetów, bo przecież miałam mu sporo do opowiedzenia, ale kiedy wreszcie miałam go tylko dla siebie, to po prostu nie potrafiłam zatrzymać rąk przy sobie.

Pierwsza opadłam plecami na łóżko i pociągnęłam Nevrę za sobą. Cieszyłam się jak szalona, mogąc znowu poczuć napór jego ciała na moje. Dotyk miał czuły, choć nieco niecierpliwy, jakby nie mógł się zdecydować, za którą częścią mnie tęsknił najbardziej, a całował z ogromnym zaangażowaniem i miłością, ale nie mogłam nie zauważyć, że nie dawał z siebie tyle co zawsze. Nie musiałam długo się zastanawiać, by zrozumieć dlaczego. Niechętnie rozłączyłam nasze usta, by się odezwać.

– Zmęczony, prawda? – powiedziałam, a Nevra popatrzył na mnie i mrugał przez chwilę, wyraźnie nie rozumiejąc, po czym wydał z siebie pełne znużenia westchnięcie.

– Dusza by chciała, ale ciało faktycznie jest słabe – przyznał z bladym uśmiechem, po czym opadł na plecy koło mnie. – Przyszedłem, bo nie wytrzymałbym kolejnej nocy bez ciebie, ale najchętniej po prostu napiłbym się krwi i poszedł spać – dodał, przymykając oko.

– Możesz napić się mojej – zaproponowałam bez zastanowienia, a Nevra zesztywniał, jakby dopiero teraz do niego dotarło, co przed chwilą powiedział.

– Nie ma mowy – odparł krótko.

– Dlaczego nie? – zapytałam, przekręcając się na bok. – Nie dam ci zasnąć, dopóki mi nie wytłumaczysz, jaki masz z tym problem – dodałam po chwili, podpierając się przy tym ręką pod głową. Nevra nie odpowiadał, więc by udowodnić, że nie żartowałam, dźgnęłam go palcem między żebra, na co on drgnął i się skrzywił. – Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nie chciałeś tego zrobić w Świątyni, ale teraz? – nie odpuszczałam, a wampir leżał, uparcie gapiąc się w sufit.

– Kogoś naprawdę ważnego gryzie się zupełnie inaczej niż kogoś, na kim ci nie zależy – wydusił z siebie wreszcie, ciągle nawet nie próbując nawiązać ze mną kontaktu wzrokowego. – Z takim ugryzieniem powinno być jak z pierwszym razem... musi być odpowiedni nastrój, warunki, pewność... – dodał sam z siebie, zanim zdążyłam pomyśleć, jak by tu go pociągnąć za język.

– Nie chcę ci wypominać, ale przy naszym pierwszym razie po prostu się na mnie rzuciłeś... – stwierdziłam, figlarnie wodząc palcem po jego piersi.

– A ty nie protestowałaś – odparł z przekąsem.

– Dlatego właśnie nie wypominam – zaśmiałam się, a Nevra trochę się rozluźnił.

– I dlatego, że nasz pierwszy raz był, jaki był, to chciałbym chociaż pierwsze ugryzienie zrobić porządnie – powiedział z taką pewnością, że szczerze wątpiłam, by istniało coś, co mogłoby go teraz przekonać do zmiany zdania.

– Więc dzisiaj tylko spanie? – zapytałam, a Nevra przetoczył się na bok i wtulił się we mnie tak, by jego twarz znalazła się na wysokości moich piersi.

– I przytulanie – wymamrotał niewyraźnie i choć nie mogłam tego zobaczyć, to byłam przekonana, że się uśmiechał.

– Dobrze, więc spanie i przytulanie – potwierdziłam, głaszcząc go czule po włosach, na co cicho zamruczał. – Chcesz posłuchać, co się działo w Kwaterze, gdy cię nie było?

– Jutro – odparł sennie. Zaśmiałam się cicho, zagarniając poduszkę pod głowę, po czym sięgnęłam po zwinięty w nogach łóżka koc, by nas przykryć. Nevra przysnął jeszcze zanim skończyłam to robić, a ja zaraz po nim. Dobrze było znowu być razem.

***

Znowu ten las. Znowu ta równina. Znowu ten klif. Biegłam przed siebie, jakby mnie coś goniło, ale tak naprawdę chciałam dotrzeć jak najdalej, zobaczyć jak najwięcej, dowiedzieć się, ile tylko się dało...

Gardienne – usłyszałam nagle i przystanęłam zdezorientowana. Obudziłam się zaraz potem.

***

– Gardienne – powiedział cicho Nevra, ale wcale nie byłam pewna, czy to jego głos mnie wybudził. Przecież poznałabym, gdyby to on wtedy do mnie mówił... – Miałaś koszmar? – zapytał zaniepokojony, nachylając się nade mną.

– Muszę... – odparłam sennie. – ... muszę to zapisać – dodałam po chwili już trzeźwiejsza, gdy sobie przypomniałam o swoim postanowieniu. Odsunęłam od siebie Nevrę i usiadłam pośpiesznie na skraju łóżka przy szafce nocnej, gdzie miałam przygotowane przybory do pisania, które aż do dzisiaj nie znalazły zastosowania. Zapaliłam małą lampkę i mrużąc lekko oczy od światła, otworzyłam notes w miejscu, gdzie był wsunięty długopis.

– Hę? – mruknął wampir, wyraźnie nie rozumiejąc.

– Zaraz ci powiem – odparłam, machinalnie przygładzając dłonią pustą kartkę. Słowa nie chciały mi się układać w żaden sensowny opis tego, co widziałam we śnie, dlatego w desperacji zaczęłam rysować szkic widoku ze skraju lasu na równiny i klif. W tym czasie Nevra podsunął się do mnie i opierając się lekko brodą o mój bark, zerkał na to, co tworzyłam. Nie odezwał się, dopóki nie odłożyłam długopisu i nie odetchnęłam głośno. Teraz gdy miałam przed sobą rysunek, wspomnienia ze snu już nie traciły tak szybko na wyrazistości.

– Więc... o co chodzi? – zapytał Nevra, jakby chciał przypomnieć o swojej obecności.

– Od jakiegoś czasu śnię o tym miejscu – powiedziałam, wręczając mu mój szkic sennego krajobrazu. – Nie mam pojęcia, gdzie to jest, na pewno nigdy tam nie byłam.

– Hmm... – zamyślił się Nevra. – Też nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widział coś podobnego – dodał po chwili. – Rozmawiałaś o tym z Huang Hua albo Miiko?

– A co miałabym im powiedzieć? To pierwszy raz, gdy udało mi się zapamiętać coś więcej niż wrażenie, że to chyba jest ważne – odparłam z wyrzutem.

– Skoro masz rysunek, to już masz jakiś konkret – stwierdził niezrażony Nevra, uśmiechając się do mnie pokrzepiająco, po czym oddał mi szkic. – Nie zwlekaj, tylko porusz jutro ten temat, bo to może Wyrocznia próbuje ci coś przekazać.

– No tak... – mruknęłam zaskoczona, że sama wcześniej o tym nie pomyślałam. To tajemnicze miejsce, o którym śniłam, wydawało mi się tak oderwane od spraw w Kwaterze, że zwyczajnie nie skojarzyłam tych dwóch rzeczy, szczególnie że od czasu wyleczenia Kryształ ciągle nie wykazywał żadnej aktywności. – Porozmawiam o tym jutro z Huang Hua.

– Trzymam cię za słowo – odparł, po czym delikatnie ujął moją brodę i pchnął ją lekko do góry, jednocześnie nachylając się, by mnie pocałować. To był czuły i słodki pocałunek... dokładnie taki, jakich najbardziej mi brakowało. Po tym niestety Nevra się odsunął i wstał. – Nadchodzi już świt – stwierdził, a ja niestety dobrze wiedziałam, co to oznaczało. Wcale nie miałam ochoty go żegnać, ale nie protestowałam, bo bardziej mi zależało na tym, by nie ryzykował wykryciem. Zgasiłam lampkę, żeby moje okno nie przykuwało niczyjej uwagi. – Jutro opowiesz mi o wszystkim, co się działo pod moją nieobecność, dobrze?

– To przyjdź odpowiednio wcześniej, bo działo się naprawdę sporo – odparłam, obserwując jak Nevra obszedł łóżko i stanął przed lustrem, żeby się doprowadzić do porządku po naszej wspólnej drzemce.

– Dlaczego mnie to nie dziwi – zaśmiał się w odpowiedzi i moją uwagę przykuło to, jak jego ruch odbił się w lustrze. Wtedy coś sobie uświadomiłam.

– Dlaczego odbijasz się w lustrze? – zapytałam bez zastanowienia, a Nevra na chwilę zastygł w bezruchu, po czym odwrócił się powoli i spojrzał na mnie.

– A dlaczego nie miałbym? – odpowiedział pytaniem i jego głos zdradzał niezrozumienie, które pewnie malowało się teraz także na jego twarzy, ale z tej odległości nie mogłam się tego dopatrzyć w ciemności.

– W ludzkich przesądach jest mowa o tym, że wampiry nie mają odbicia – wyjaśniłam nieco zbita z tropu jego reakcją.

– Ach, o tym mówisz – odparł Nevra, teraz już rozbawiony. – To całkiem zabawny zabobon, z którego śmiali się już moi przodkowie – oznajmił, podchodząc do mnie z powrotem. – To przekonanie pochodzi jeszcze z czasów, gdy lustra robiono z czystego srebra.

– I co to ma do rzeczy?

– Ludzie wierzyli, że srebro jako szlachetny metal, nie splami się odbijaniem plugawego wizerunku wampira... co oczywiście nie jest prawdą, bo srebru naprawdę wszystko jedno, kto się w nim przegląda – wyjaśnił i mi teraz też to wydało się całkiem zabawne. – No nic, pora na mnie, Gardienne – dodał, po czym ucałował mnie w czoło.

– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedziałam, a Nevra posłał mi cwaniacki uśmieszek.

– Wiem – odparł, a ja mimowolnie przewróciłam oczami.

Trzymając się za ręce, podeszliśmy do okna. Tam przytuliłam się do niego mocno, chcąc jeszcze choć na chwilę odwlec moment rozstania.

– Jak wyjdę, to wracaj spać, bo jutro nie dam ci choćby oka zmrużyć – obiecał takim tonem, że aż poczułam, jak z ekscytacji rumienią mi się policzki.

– Tak zrobię – oznajmiłam i po długim pożegnalnym pocałunku, Nevra opuścił mój pokój.

Wróciłam spać, ale bez wampira obok, łóżko wydawało mi się takie zimne i puste. Mimo to w końcu udało mi się zasnąć.

***

Nieco się zdziwiłam, gdy przyszłam na poranną zmianę do pracy i w przychodni zastałam czekającego już na mnie Ezarela.

– Naprawdę chce ci się dzisiaj prowadzić lekcję? – zapytałam z niedowierzaniem, gdy poznałam powód przyjścia elfa. Wyglądał na zmęczonego jeszcze bardziej niż wczoraj i kompletnie nie rozumiałam, dlaczego zajęcia ze mną uznał za tak ważne, że wolał się na nie stawić, niż po prostu odespać misję.

– W południe ma być zebranie Lśniącej i wolę już przed tym mieć cię głowy – odparł obojętnie, a ja zdezorientowana spojrzałam pytająco na Ewelein, która też miała dyżur.

– Idź, Gardienne, bo potem nie będzie kiedy, a szkoda, żeby dzisiejsza lekcja przepadła – oznajmiła Ewelein. Wydawało mi się, że też spoglądała na Ezarela zaniepokojona.

– No dobra, to chodźmy – stwierdziłam wreszcie ze wzruszeniem ramion.

Mimo wyraźnego zmęczenia Ezarel podczas lekcji zachował pełen profesjonalizm, choć nie mogłam nie zauważyć, że był w nim jakiś nieswój. Sprawiał wrażenie, że coś go męczyło i szybko doszłam do wniosku, że to po prostu musiało chodzić o Ewelein. Jak patrzyłam na niego, to dosłownie wszystko w jego wyglądzie wskazywało mi na to, że podczas misji umęczyła go tęsknota i niepewność. Może tak bardzo mu zależało, by przeprowadzić ze mną lekcję, bo wolał przed poważną rozmową z Ewelein wybadać grunt? W końcu wiedział, że byłam z nią blisko...

Miałam pewność co do swoich przypuszczeń, dlatego gdy Ezarel ciągle nie poruszał spodziewanego przeze mnie tematu, to postanowiłam mu to ułatwić i wyjść z inicjatywą. Skoro kiepsko sobie radził z uczuciami, to nic dziwnego, że mógł się wstydzić...

– Hej Ez, czy wszystko jest w porządku? – zapytałam, gdy jedyne co mi zostało do zrobienia, to porządne wymieszanie składników, by uzyskać pełnowartościowy balsam przyspieszający gojenie ran. – Jesteś jakiś nieswój – dodałam, gdy elf nie odpowiadał. Po tych słowach wyraźnie się spiął, przez co przeszło mi przez myśl, że zagadanie do niego może jednak nie było najmądrzejszym pomysłem.

– Wydaje ci się – odparł obojętnie, odwracając się do mnie plecami. – Chociaż... – powiedział po chwili z zamyśleniem, zerkając przez ramię w moim kierunku. Czekałam w milczeniu, bo skoro już zaczął coś mówić, to nie chciałam go spłoszyć jakimś niewłaściwym słowem. Musiałam być bardzo ostrożna. – ... miałaś może kiedyś wrażenie, że zobaczyłaś ducha?

– Miałam nie tylko wrażenie, ale jeden nawet mnie opętał – odparłam bez zastanowienia, wzięta znienacka jego wypowiedzią, bo spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Ezarel spojrzał na mnie skonfundowany, po czym potrząsnął głową, a ja bardzo mocno ugryzłam się w język.

– No tak, faktycznie – stwierdził, na chwilę przysłaniając twarz dłonią. – Nieważne, zapomnij, że coś mówiłem – dodał i znowu się odwrócił, tym razem chyba by odejść.

– Nie, poczekaj – zawołałam, wyciągając do niego rękę, jakbym chciała go zatrzymać. – Przepraszam, odpowiedziałam szybciej, niż pomyślałam. Co dokładnie miałeś na myśli z tym duchem? – powiedziałam, uśmiechając się do niego ciepło, gdy na mnie spojrzał. Chciałam mu jakoś dodać otuchy i pokazać, że byłam po jego stronie, bo czułam, że właśnie tego potrzebował, ale i tak się obawiałam, że swoją głupią odpowiedzią zaprzepaściłam szansę dowiedzenia się, co go tak naprawdę dręczyło.

– Niedawno znalazłem coś, co należało do osoby, której od lat nie powinno tu być – wyjaśnił niepewnie Ezarel po kolejnej chwili zawahania. Tym razem musiałam ostrożniej dobierać słowa, bo kolejnej szansy mogłam już nie dostać.

– Ale czy masz pewność, że to dokładnie ten sam przedmiot? – zapytałam powoli, a Ezarel spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie oświadczyła, że tak naprawdę jestem osiemdziesięcioletnim mężczyzną o imieniu Waldemar. Chyba nigdy wcześniej nie miałam tak wyrazistego wrażenia, że wybrałam w rozmowie najgorszą możliwą opcję dialogową... – Może ci się wydawać, że to ten sam przedmiot, a tak naprawdę jest tylko bardzo podobny – brnęłam dalej, mając nadzieję, że wyjaśniając swoją perspektywę, mimo wszystko uda mi się zapunktować u Ezarela.

– To ten sam przedmiot – odparł z irytacją elf, a ja zyskałam pewność, że już nic nie ugram.

– Jeśli jesteś tego pewny, to w takim razie musisz się mylić w kwestii nieobecności tej osoby – stwierdziłam, po prostu już idąc za ciosem.

– Wiem – warknął elf, po czym machnął na mnie ręką. – Zapomnij o tym i skup się na mieszaniu, Gardienne.

Bez dyskusji wykonałam polecenie, czując, że nie tylko nie pomogłam Ezarelowi, ale być może nawet pogorszyłam jego sytuację. Pozostało mi już tylko ponownie mocno ugryźć się w język i przyznać w duchu Nevrze rację, że czasem lepiej się nie odzywać, niezależnie od tego, jak dobre się miało intencje. Nie bez powodu ktoś mądry kiedyś stwierdził, że piekło było nimi wybrukowane.

Do końca lekcji Ezarel zachowywał się ozięble, jakby się zmienił w sopel lodu i nawet gdy szłam z nim ramię w ramię do przychodni, to miałam wrażenie, że fizycznie czułam bijący od niego chłód. Nevra nie będzie zadowolony, ale musiałam koniecznie mu o tym dzisiaj opowiedzieć...

– Idealnie na czas – przywitała nas tymi słowami Ewelein. – Gardienne, Mathyz powinien przyjść za parę godzin i prawdopodobnie do tego czasu będziesz sama – oznajmiła, a ja skinęłam głową na zgodę, bo zdążyłam się na tyle przyzwyczaić do takich sytuacji, że już mnie to nie przerażało.

– W porządku, dopilnuję wszystkiego.

– To do później, Gardienne – stwierdziła Ewelein, podchodząc do Ezarela. – Chodźmy – rzuciła w jego stronę i oboje w milczeniu opuścili przychodnię.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie było dzisiaj zbyt wielkiego ruchu. Oprócz wizyty jakiegoś chłopaka z Absyntu, który z niewiadomej dla mnie przyczyny szukał Ewelein, spokój tego miejsca zakłóciło dopiero przyjście Mathyza.

– Cicho tu jak w grobie – stwierdził pielęgniarz, stawiając na biurku wysoki kubek z kawą, który przytargał ze sobą aż ze stołówki.

– Obyś tylko nie wykrakał – stwierdziłam, unosząc głowę znad medycznego podręcznika. Czytywałam go właśnie w takich momentach, gdy już zrobiłam w przychodni wszystko, co tylko mogłam, a nowych zadań nie przybywało.

– Całe szczęście, że nie jestem przesądny – odparł niby obojętnie Mathyz, ale po chwili usłyszałam, jak zapukał cicho w spód drewnianego blatu. Nie skomentowałam tego, tylko uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do lektury.

Może dopiero z godzinę później usłyszeliśmy jakieś krzyki dobiegające z Sali Drzwi, dlatego się poderwaliśmy, bo takie odgłosy zwykle oznaczały rychłe przybycie pacjentów, ale nic takiego się nie wydarzyło. Popatrzyliśmy po sobie i wzruszyliśmy ramionami, po czym wróciliśmy do przerwanych zajęć.

Gdy po jakimś czasie znowu było słychać jakieś niezrozumiałe hałasy, postanowiłam pójść i sprawdzić co się dzieje. W momencie, gdy otworzyłam drzwi, stanął w nich Valkyon, o którego opierał się zakrwawiony mężczyzna, którego nie znałam, ale po ubiorze rozpoznałam w nim jednego z członków Straży Obsydianu.

Odskoczyłam do tyłu jak oparzona, natychmiast robiąc przejście. Mathyz zerwał się z fotela, by pomóc Valkyonowi, a ja w tym czasie zauważyłam, że właśnie prowadzono nam kolejnych dwóch rannych, tym razem ze Straży Cienia. Trzymałam drzwi aż do chwili, gdy na końcu tego skrwawionego pochodu weszła Ewelein. Zamknęłam za nią i od razu skierowałam się do szafek, domyślając się, że zaraz będziemy potrzebowali sporo z ich zawartości.

– Mathyz, bierz torbę lekarską, zgarnij Violine z jej pokoju i natychmiast udajcie się na plażę – oznajmiła Ewelein, stając na środku przychodni. Mathyz popatrzył na nią zdziwiony, ale skinął głową i byłam pewna, że wykona rozkaz, gdy tylko doprowadzi z Valkyonem pierwszego rannego do leżanki.

– Co się dzieje? – zapytałam, zgarniając z szafki na tacę środki dezynfekujące.

– Porwano Mery’ego i Milo – powiedziała Ewelein, zbliżając się do drugiego z rannych, którego już posadzono na leżance. Głos jej drżał.

– Co? – zbladłam. – Pozwól mi dołączyć do grupy poszukiwawczej – poprosiłam, podchodząc do niej pośpiesznym krokiem.

– Nie, Gardienne, zostajesz tu ze mną, potrzebuję twojej pomocy – nakazała Ewelein, tym razem już tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale ja byłam zbyt przywiązana do tych dzieciaków, żeby się tym przejąć.

– Violine może ci pomóc – zaprotestowałam. – I Oluhua!

– Nie, Gardienne – powtórzyła Ewelein. Wyprostowała się i stanowczo spojrzała na mnie, a ja zrozumiałam od razu, że żarty się skończyły. Trochę się obawiałam tego, co zaraz od niej usłyszę. – Zdecydowałam już, że zostajesz tutaj, bo nie ufam ci na tyle, by cię puścić na tak niebezpieczną misję bez obawy, że znowu nie narazisz swojego życia – oznajmiła, patrząc mi prosto w oczy, a ja skurczyłam się w sobie, bo z tak postawioną sprawą nie dało się dyskutować. Mogłam się domyślić, że choć Ewelein nie miała mi za złe samej sytuacji w Świątyni, to jednak wyciągnęła z niej wnioski. – Zresztą porywaczka ucieka łodzią i nie mogę wysłać na misję kogoś, kto się boi wody, także koniec dyskusji i bierz się do roboty – dodała, co już tylko dobiło resztki mojej determinacji, by dalej się stawiać. Opuściłam wzrok i dopiero wtedy zauważyłam, że z uda mężczyzny, przy którym stałyśmy, sterczały długie przezroczyste kolce, co stanowiło dość makabryczny widok. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, ale zacisnęłam zęby i tak jak nakazała Ewelein, wzięłam się do roboty. Nawet nie zauważyłam wyjścia Mathyza.

Następne godziny były wypełnione trudną walką o życie, podczas której dwoiłyśmy się i troiłyśmy z Ewelein, by przy pomocy dwóch ochotników pomóc każdemu z poszkodowanych. Wszyscy trzej byli solidnie poranieni, ale to usuwanie kolców z ich ciał stanowiło najbardziej czasochłonną i niemal koronkową robotę przez drobne haczyki, jakie je pokrywały. Na szczęście udało się nam to zrobić tak sprawnie, że żaden z rannych nie potrzebował transfuzji krwi. Na jednym z mężczyzn musiałyśmy niestety wykonać rytuał łapania duszy, ale dzięki szybkiej reakcji z łatwością sprowadziłyśmy go z powrotem do świata żywych. Poza tym już całkiem prozaicznie wykorzystałyśmy metry nici chirurgicznych i kilometry bandaży, nie wspominając już o drenach i jałowych opatrunkach, których zużycia nawet nie było sensu liczyć.

W tym bałaganie próbowałam zrozumieć, co się właściwie wydarzyło i ze strzępków rozmów domyśliłam się jedynie, że Kwaterze zastawiono pułapkę na kogoś bardzo ważnego, ale coś poszło nie tak. Sądząc po gęstości rozłożenia ran u naszych pacjentów – nawet bardzo nie tak. Nie wiedziałam, co to za porywaczka, o której na początku wspomniała Ewelein, ale musiała być naprawdę niebezpieczna. Bałam się pomyśleć, co mogła zrobić Milo i Mery'emu… i do czego mogła ich potrzebować.

Wreszcie udało się nam poskładać i w miarę ustabilizować stan naszych trzech pacjentów, ale to jeszcze nie był powód do radości, bo w każdej chwili każdemu z nich mogło się pogorszyć. Tyle jednak wystarczyło, byśmy mogły odprawić ochotników i same miały szansę na złapanie oddechu. Ewelein z wyczerpania usiadła tam, gdzie przed chwilą jeszcze stała – pod szafką z eliksirami. Ledwo powłócząc nogami ze zmęczenia, które również mnie dopadło, gdy tylko w moich żyłach przestała krążyć adrenalina, podeszłam do elfki i opadłam na podłogę obok niej.

– Będziemy musiały jakoś się podzielić resztą dyżuru – oznajmiła Ewelein, opierając się tyłem głowy o szafkę. Nawet nie otworzyła przy tym oczu.

– Sądzisz, że Mathyz i Violine już dzisiaj nie wrócą?

– Chciałabym, żeby wrócili, ale wolę nie robić sobie nadziei – stwierdziła z westchnięciem elfka. – A Oluhuę wysłałam dzisiaj rano na pilną misję do Balenvii, także zostałyśmy same.

– Kiepsko – odparłam, przeczesując dłonią włosy, a Ewelein milcząco pokiwała głową. – Martwię się o Mery'ego i Milo.

– Leiftan, Nevra i Ezarel zrobią wszystko, żeby ich odzyskać całych i zdrowych – powiedziała Ewelein, a mi zrobiło się zimno. Zauważyłam, że tym razem wampir wbrew swojemu zwyczajowi nie przyszedł zobaczyć, co z członkami jego Straży, ale nie miałam czasu skojarzyć, co to mogło oznaczać. Potrząśnięciem głowy odgoniłam od siebie obawy o niego. On nie da się tak poharatać. – Braliśmy pod uwagę możliwość pościgu, dlatego sporo osób ze Straży było w ciągłym pogotowiu, więc chłopcy szybko zebrali na misję solidną grupę... poza tym ta kobieta już nie ma przewagi zaskoczenia, także jestem przekonana, że sobie z nią poradzą – dodała uspokajająco Ewelein, choć przez ton jej głosu, nie miałam pewności, czy naprawdę w to wierzyła.

– A co tak właściwie dzisiaj się stało? – odważyłam się wreszcie zapytać.

– Wraz z nomadami, którzy faktycznie chcieli zamieszkać w Kwaterze, nasza grupa przywiozła także dwóch podejrzanych o porywanie dzieci… na pewno kojarzysz tę sprawę z Eliotem – zaczęła mówić Ewelein, a ja na początku nie wiedziałam, o co jej chodziło, ale po tym jak wspomniała małego kappę, to od razu połączyłam fakty i skinęłam głową, by kontynuowała. – Na Jaspisie nie udało się znaleźć nic ponad same poszlaki, dlatego zabraliśmy ich tutaj, by mieć ich na oku. Zastawiliśmy swego rodzaju pułapkę i czekaliśmy, aż winny się zdradzi... nie spodziewaliśmy się jednak, że osoba odpowiedzialna za to wszystko może być aż tak niebezpieczna – dokończyła Ewelein, po czym otworzyła na chwilę oczy i ruchem brody wskazała na naszych śpiących, pokiereszowanych pacjentów. – To oni dzisiaj pełnili nieoficjalną wartę.

– Jak to możliwe, że udało się jej tak was zaskoczyć? Przecież Kwatera jest chroniona zaklęciami...

– Może Miiko i Huang Hua udało się już coś ustalić na ten temat, ale ja niestety nic nie wiem... – odparła Ewelein z westchnięciem.

– Oby nikomu nic się nie stało – wymamrotałam, teraz umartwiając się już na całego. Wstałam z podłogi i przeszłam przez przychodnię do okna, gdzie przystanęłam, by popatrzeć na ciemniejące niebo. – Oby nikomu nic się nie stało – powtórzyłam jak mantrę.

– Oby nikomu nic się nie stało – zgodziła się Ewelein, powoli podnosząc się z podłogi. Gdy już stanęła na nogach, otworzyła szafkę i zaczęła w niej szperać. – Gdzieś tu schowałam napoje energetyzujące – powiedziała na głos, ale wiedziałam, że mówiła to bardziej do siebie niż do mnie. – O, mam – stwierdziła wreszcie, wyłaniając się zza drzwiczek. – Niestety to będzie dla nas bardzo długi dzień – oznajmiła, wyciągając w moją stronę dłoń, w której trzymała zakorkowaną fiolkę z przezroczystym płynem.

Powiodłam spojrzeniem po przychodni i niestety wiedziałam, że elfka miała rację.

***

Czasem bywają sytuacje, gdy ma się pewne przeczucie... Takie nieodparte wrażenie, że coś trzeba zrobić albo wręcz przeciwnie – nie robić nic. Doświadczenie już mnie nauczyło ufać intuicji w takich przypadkach, więc gdy poczułem, że pora działać, to nawet tego nie analizowałem, tylko od razu wystąpiłem z propozycją.

– Leiftan, miałbyś coś przeciwko rozejrzeniu się po okolicy? – zapytałem, wymownie spoglądając w stronę lasu. – Skoro to... – zacząłem, ale urwałem na chwilę, bo niezależnie od tego, ile razy Ezarel to podkreślał, nie mogło mi przejść przez gardło określenie tej dziwnej istoty kobietą i musiałem poszukać jakiegoś zamiennika. – ... to coś... tutaj przybyło, to musiało mieć jakiś powód.

– Czas nas nie goni, skoro praktycznie nie mamy rannych, także sprawdzenie tej wyspy jest nawet wskazane – odparł spokojnie Leiftan. – Wybiorę parę osób do tej misji i rozejrzymy się tutaj.

– W porządku – oznajmiłem, wsuwając ręce do kieszeni.

Przepełniała mnie niezrozumiała niecierpliwość – taka jaką się czuje, gdy się wie, że ma się do zrobienia coś naprawdę ważnego, ale musiałem słuchać Leiftana jako szefa wyprawy. Choć wiedziałem, że na jego miejscu prawdopodobnie zrobiłbym to samo, to zdawanie się na niego przychodziło mi zdecydowanie łatwiej, gdy nie wiedziałem, że był demonem i zdrajcą.

W parę minut udało się zebrać grupę, którą podzieliliśmy na pary i każdej wytyczyliśmy kierunek wędrówki tak, żeby nikt nie wchodził sobie w drogę, ale jednocześnie żeby nikt nie oddalił się zanadto od reszty. Nieco się zdziwiłem, gdy Leiftan postanowił iść akurat ze mną, ale starałem się tego nie okazać, tak samo jak tego, że nie byłem specjalnie zadowolony z jego towarzystwa.

Miałem mnóstwo powodów, by nie lubić Leiftana i każdy był tak samo ważny, ale w tym wszystkim najbardziej denerwowało mnie to, jak oszukiwał moje zmysły. Z informacjami, jakimi dysponowałem, wiedziałem, że w obecności Leiftana intuicja powinna mi podsuwać co najmniej poczucie niepokoju, ale ona pozostawała na niego zupełnie ślepa i obojętna. Ten dysonans był naprawdę frustrujący na dłuższą metę.

Wielokrotnie się zastanawiałem, jak on to robił i im dłużej o tym myślałem, tym bardziej się skłaniałem do tezy o jakimś bardzo silnym zaklęciu. Byłem uparty, by to rozgryźć, ale na razie nie znalazłem żadnego konkretnego punktu zaczepienia. Może gdybym wciągnął w to Eza, to razem byśmy coś wymyślili? Chociaż teraz chyba nie był dobry moment, by go o coś takiego prosić...

Las, który przemierzaliśmy, zdawał się ciągnąć w nieskończoność, ale zupełnie tym niezrażony szedłem przed siebie, wiedząc, że zostało jeszcze przynajmniej kilka godzin dnia, a to dość, żeby się zorientować w okolicy. Podejrzewając, że Leiftanem mógł kierować jakiś ukryty zamiar, gdy mnie wybierał, pozostałem czujny i starałem się nie dopuszczać do sytuacji, bym nie miał go w polu widzenia. Chwilami bywało to dość trudne, bo zdecydowanie wolał się trzymać mojej lewej strony. Jakoś wątpiłem, że nie robił tego z rozmysłem.

Wreszcie drzewa zaczęły się przerzedzać i niecierpliwie przyspieszyłem kroku, licząc na jakąś zmianę krajobrazu. Gdy dotarłem na skraj lasu, u moich stóp rozciągnął się widok rozległej równiny, która daleko w tle kończyła się wielkim klifem, zupełnie jak...

– O cholera... – mruknąłem pod nosem, myśląc o rysunku Gardienne. Kątem oka spojrzałem na Leiftana. – ... ale piękny widok – dodałem głośniej.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.