FANDOM


Hej!

Dawno nie było Menhisa i myślę, że nie ma co się nad tym roztrząsać i rozpisywać, tylko po prostu od razu przejdę do publikacji XD.

Pozdrawiam, tulam, ściskam i całuję urodzinową Asanamir! <3

Link do wszystkich części.

Miłej lektury <3.




Obserwowałam przez chwilę Menhisa, nie dowierzając w to, co właśnie usłyszałam.

– No raczej! – zawołałam wreszcie, nie panując nad głosem. Podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz w chwili otrzeźwienia poczułam nagłe skrępowanie bliskością psiona, co dodatkowo pogarszał fakt, że przecież byłam rozebrana do pasa. Okrywając rękami piersi, odsunęłam się od niego, aż plecami przyparłam poduszkę do wezgłowia łóżka. – Co to w ogóle znaczy, że jesteś „mniej sobą”?

Menhis jak gdyby nigdy nic podniósł się i usiadł po turecku, po czym podparł się rękami z tyłu, jednocześnie odchylając głowę. Tak patrząc w ciszy na sufit, nie sprawiał wrażenia specjalnie przejętego moją reakcją, przez co czułam się jeszcze dziwniej.

– Nie odpuszczę, dopóki mi nie wytłumaczysz – zastrzegłam po chwili. Nie wiedziałam, czy to moje słowa zadziały na Menhisa, czy i tak zamierzał się odezwać, bo ledwie skończyłam mówić, to przerwał swoje milczenie.

– Psioni mają nad sobą o wiele większą kontrolę niż inni faery – zaczął spokojnie, opuszczając głowę tak nisko, że brodą dotknął piersi, po czym się wyprostował i popatrzył prosto na mnie. – Kontrola nad tym co myślimy, co czujemy, o czym śnimy i czego chcemy jest dla nas tak naturalna jak oddychanie – opowiadał dalej, odgarniając na bok włosy, które opadły mu na twarz. – Kiedy mam gorączkę, to tymczasowo tracę tę zdolność, przez co moje myśli płyną bardziej swobodnie i pojawiają się pokusy, których zazwyczaj nie miewam oraz pomysły, na które normalnie raczej bym nie wpadł – dodał, a mi ten opisywany przez niego stan z czymś się kojarzył, ale nie mogłam sobie przypomnieć z czym. – Nauczyłem się w miarę to powstrzymywać i zachowywać kontrolę, ale to trochę jak ze świadomym oddychaniem, gdy ktoś ci o tym przypadkiem przypomni: nie wychodzi to tak dobrze jak w sytuacji, gdy kieruje tym naturalny mechanizm.

– Dlaczego mnie nie uprzedziłeś? – to było pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy.

– Bo tak jak przed chwilą wspomniałem, nauczyłem się powstrzymywać i nie sądziłem, że kiedykolwiek pozwolę sobie na coś więcej niż na nieszkodliwą gadkę, bo właściwie to tylko nad tym nie umiem tak do końca zapanować – powiedział ze wzruszeniem ramion. Kiwnęłam głową, że zrozumiałam, bo trzeba byłoby być ślepym i głuchym, żeby nie zwrócić uwagi, że w gorączce łatwiej coś z niego wyciągnąć. – Jednak gdy tak położyłaś się obok i złapałaś mnie za rękę, to pomyślałem, że to za mało, że chciałbym więcej... hamowałem się, ale jak się obudziłaś i z takim entuzjazmem wspomniałaś o całowaniu, to po raz pierwszy od naprawdę dawna pozwoliłem sobie skapitulować i jakby to nazwać... – urwał, w zamyśleniu pocierając brodę bokiem palca wskazującego. – … popłynąć z prądem – oznajmił wreszcie.

Milczałam, analizując jego słowa na tyle trzeźwo, na ile pozwalała mi ta obecna, dość niezręczna sytuacja.

– Skoro już się wytłumaczyłem, to czy możemy wrócić do tego, co przerwaliśmy? – zapytał nagle Menhis. Choć już dawno zdążyłam się przyzwyczaić do jego bezczelności, to teraz ta propozycja momentalnie podniosła mi ciśnienie.

– Nie! – zaprotestowałam bez zastanowienia. – Czułabym się, jakbym wykorzystała pijanego – dodałam, niespodziewanie odnajdując odpowiedź, z czym mi się kojarzył stan Menhisa. Psion przyglądał mi się przez chwilę, po czym się zaśmiał. – Co w tym takiego śmiesznego? – burknęłam.

– Bawi mnie, że sam wcześniej tego nie skojarzyłem – odparł, po czym się rozejrzał, jakby czegoś szukał.

– Więc chyba rozumiesz, dlaczego wolę poczekać, aż się przywrócisz do porządku – powiedziałam, próbując wrócić do tematu.

– Przyznanie, że „rozumiem” byłoby sporym nadużyciem, ale można powiedzieć, że chyba wiem – odparł z rozbrajającą szczerością, po czym podniósł się, by sięgnąć na skraj łóżka.

– Dlaczego tak? – zapytałam, a Menhis znowu się zaśmiał. W słabym świetle wpadającym przez okno zauważyłam, że podniósł coś ciemnego. Starałam się nie dać się rozproszyć zaciekawieniem, co on właściwie robił, ale nie było to łatwe.

– Gardienne, w gorączce tylko myślę swobodniej i mniej rozsądnie, nie nabieram w żaden cudowny sposób sumienia – powiedział, tym razem podsuwając się nieco do mnie. Gdy się zbliżył, odruchowo poprawiłam ręce na piersiach, jakbym się obawiała, że planował zrobić coś nieprzyzwoitego. – Wiem od Miiko i Huang Hua, że wykorzystywanie kogoś w chwili słabości jest złe, ale przyjmuję to na wiarę, bo sam nie rozumiem, co w tym takiego złego – oznajmił, patrząc mi prosto w oczy. – A już szczególnie w obecnej sytuacji, gdy jako ten osłabiony, nie mam nic przeciwko byciu wykorzystanym przez ciebie – dodał, podając mi to coś, co przed chwilą podniósł i dopiero mając to niemal pod nosem, zorientowałam się, że to moja bluzka. – Jeśli jednak ma być po twojemu, to na pewno będzie mi łatwiej, jak się ubierzesz.

– Dzi–dzięki – wydukałam zaskoczona, ostrożnie odbierając z jego rąk moje ubranie i starając się przy tym zbytnio nie odsłonić. Nie było to jednak aż potrzebne, bo Menhis ani na chwilę nie spuścił wzroku z mojej twarzy.

Po zwróceniu mojej bluzki psion przeniósł się na swoją połowę łóżka i odwrócił się do mnie plecami.

– Spróbuję się przespać – oświadczył, a ja niepewnie zaczęłam się ubierać.

– Nie potrzebujesz już okładów… czy czegoś? – zapytałam, czując nagły przypływ zawstydzenia tym, jak w podnieceniu całkowicie zignorowałam jego stan.

– Niepotrzebne, najgorsze już za mną – odparł i wymownie przy tym machnął ręką. – Do rana mi przejdzie.

– Na pewno? – dopytywałam, częściowo z troski, częściowo z chęci uspokojenia własnego sumienia.

– Gardienne, nie pierwszy i nie ostatni raz mam gorączkę, i poza samym początkiem, gdy zajmowała się mną Miiko, sam musiałem sobie radzić, także umiem rozpoznać, kiedy już mi przechodzi.

– A jak sobie radziłeś? – moje usta zapytały o to szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy w ogóle powinnam się odzywać.

– Zimne kąpiele – powiedział, wzdrygając się, a mi trudno było się nie uśmiechnąć.

– To dlatego aż tak ich nie lubisz?

– Właśnie tak – przyznał i chyba go też to rozbawiło. – Dobranoc, Gardienne – dodał i choć czułam się spławiona, to nie protestowałam. Doceniałam, że nie próbował postawić na swoim, tylko przyjął moją decyzję. Być może właśnie to był jego sposób na to, by wytrwać w swoim postanowieniu.

– Dobranoc – odparłam, również się kładąc.

Położyłam się twarzą do pleców Menhisa. W pokoju zapadła cisza i kiedy już opadły pierwsze emocje, miałam wrażenie, że znowu czułam na sobie jego dotyk.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Tak bardzo się cieszyłam inicjatywą psiona, że teraz świadomość, co tak naprawdę za nią stało, strasznie mnie przygnębiała. W poradzeniu sobie z tym wcale nie pomagały mi jego słowa o tym, jak bardzo chciał mnie dotykać, które obecnie mój mózg uparcie odtwarzał niemal na okrągło.

Czy Menhis powiedział prawdę? A może to tylko niemające nic wspólnego z rzeczywistością wyznanie, które podsunął mu osłabiony umysł? Tak bardzo chciałabym go o to zapytać już teraz, ale wiedziałam, że lepiej tego nie robić. Skoro zakończył dyskusję i odwrócił się do mnie plecami, to na pewno miał ku temu bardzo dobry powód. Jednak jutro rano zamierzałam się tego dowiedzieć, choćby nie wiem co, bo bez tego chyba po prostu zwariuję od domysłów.

Choć miałam gorącą głowę od tych wszystkich tłoczących się myśli, to mojemu ciału od leżenia w bezruchu w końcu zrobiło się zimno. Marudząc pod nosem, wstałam z łóżka i ostrożnie uniosłam róg kołdry, na której dotychczas leżałam, by się pod nią wsunąć. Kiedy to zrobiłam, popatrzyłam znowu na plecy Menhisa i przeszło mi przez myśl, że przecież mu też mogło być zimno. Wahałam się przez chwilę, czy jakoś zareagować, czy jednak dać mu spokój, ale gdy sobie o czymś przypomniałam, to zdecydowałam się na działanie.

Ponownie wstałam, ale tym razem podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej koc, który tu wcześniej znalazłam podczas oglądania pokoju. Rozłożyłam go, po czym tak po prostu przykryłam nim Menhisa. Nawet nie drgnął, więc prawdopodobnie już spał i nawet nie miał pojęcia, co zrobiłam, ale i tak wróciłam pod kołdrę z poczuciem spełnienia dobrego uczynku. Niedługo po tym wreszcie udało mi się zasnąć.

***

Gdy otworzyłam oczy, Menhis ciągle leżał koło mnie, ale tym razem na plecach. Miał otwarte oczy i patrzył w sufit. Wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał.

– Co robisz? – zagaiłam do niego, tym razem nie czekając, aż się zorientuje, że nie śpię.

– Porządkuję myśli – powiedział krótko.

– Więc już jesteś normalny?

– Według moich czy twoich standardów?

Otworzyłam usta, by odpowiedzieć, ale powstrzymałam się na chwilę, uświadamiając sobie, że jeśli psioni naprawdę myśleli tak, jak to opisał Menhis, to z mojej perspektywy gorączka faktycznie czyniła go „normalniejszym”.

– Twoich – powiedziałam wreszcie.

– A to tak, zdecydowanie jestem już sobą – odparł i wydawało mi się dość dziwne, że jeszcze nie nawiązał ze mną kontaktu wzrokowego. – Jeśli czujesz się urażona tym, co zrobiłem w nocy, to przepraszam. Faktycznie powinienem był cię uprzedzić – oznajmił nagle.

– Nie jestem zła, tylko raczej zmieszana – wyznałam, wdzięczna, że sam zaczął ten temat. Przymknęłam na chwilę oczy, by zebrać się w sobie, bo czułam, że jeśli nie teraz, to już nie będzie lepszego momentu na rozmowę o tym, co przez ostatnie dni chodziło mi po glowie. Postanowiłam zacząć od najbardziej palącej sprawy. – Chciałabym wiedzieć, czy... czy to, co mówiłeś o dotykaniu mnie, było prawdziwe – oznajmiłam tuż po podjęciu decyzji, by nie dać sobie czasu na rozmyślenie się.

– Dobre pytanie – odparł Menhis z namysłem, a ja zdziwiona zmarszczyłam brwi. – W naszej relacji obiecałem zdać się na ciebie co do tego, co mi wolno, a co nie, dlatego nie zastanawiałem się, czego ja bym chciał, skoro miałem się dopasować do ciebie. Stąd nie wiem, do jakich wniosków bym doszedł, gdybym pozwolił sobie to w ogóle rozważyć – powiedział spokojnie i po raz kolejny od kiedy go poznałam, miałam spory dysonans między treścią tego, co mówił, a tonem, w jakim to wypowiadał, dlatego zajęło mi chwilę zrozumienie pełnego znaczenia przekazu.

– Podszedłeś do tego zdecydowanie zbyt rygorystycznie – stwierdziłam wreszcie.

– Trudno postępować inaczej, gdy nie ma się wyczucia, ile wolno – mruknął chyba nieco urażony Menhis.

– Tak, rozumiem to... i zdaję sobie sprawę, że dla ciebie to coś nowego, dlatego wolisz się zdać na mnie, ale musisz wiedzieć, że w związku wcale nie chodzi o to, by tylko jedna osoba decydowała o wszystkim za dwoje – powiedziałam, unosząc się na łokciu. – Powinniśmy spotkać się gdzieś pośrodku i dopasować do siebie nawzajem – dodałam, a Menhis przeniósł wzrok na mnie. – Dlatego chciałabym, żebyś dopuszczał do siebie takie myśli i mówił mi, czego sam pragniesz. Jeśli coś mnie przerośnie, czy z czymś przesadzisz, to ci to po prostu powiem – poprosiłam, po czym sama uciekłam wzrokiem, nieco zawstydzona. Menhis milczał, więc postanowiłam mówić dalej, skoro już zaczęłam. – Jeśli chodzi o mnie, to prawda jest taka, że podobało mi się, że w nocy podjąłeś inicjatywę... bardzo mi tego brakowało między nami i zanim dostałeś gorączki, zamierzałam o tym z tobą porozmawiać wczoraj po przyjeździe do karczmy.

– A co jeśli po przemyśleniu sprawy stwierdzę, że wybieram platoniczną relację? – zapytał nagle Menhis. Gdyby nie ta jego obojętna mina, to bym pomyślała, że się ze mną drażnił... Właściwie to nawet nie brałam pod uwagę takiej możliwości, ale przecież sam zaznaczył, że w gorączce był mniej sobą, co równie dobrze mogło oznaczać możliwość dochodzenia do innych wniosków...

– Cóż, poszukamy wtedy takiego rozwiązania, żebyśmy oboje byli zadowoleni – odparłam, pod słabym uśmiechem kryjąc zakłopotanie. – Nie będę cię poganiać, bo skoro nic wcześniej o tym nie myślałeś, to pewnie masz teraz sporo do nadrobienia – dodałam, siadając na krawędzi łóżka. Zerknęłam przez ramię na Menhisa, niepewna jego reakcji, ale on tylko w milczeniu skinął głową na zgodę. Odwróciłam się do niego plecami i odetchnęłam cicho.

Choć jego pytanie na końcu trochę mnie wyprowadziło z równowagi, to i tak byłam z siebie dumna, że udało mi się przeprowadzić taką dojrzałą rozmowę. Niby nie dała ona zbyt wiele, bo nadal nic nie wiedziałam, ale zrobiło mi się znacznie lżej na sercu. Po prostu wreszcie powiedziałam to, co miałam do powiedzenia i wyznałam to, co chciałam, teraz reszta zależała już tylko od Menhisa. – Jeśli czujesz się już dobrze, to myślę, że powinniśmy niedługo wyruszać.

– Masz rację – przyznał Menhis i czując uginający się materac, wywnioskowałam, że również usiadł.

– A gdy będziemy jecha,ć to opowiesz mi trochę więcej o tym, jak działasz? – zapytałam, bo chciałam zająć czymś głowę, a to akurat wydał mi się całkiem ciekawy temat. – Znaczy, jak myślisz... – poprawiłam się zaraz.

– Tak, Gardienne – odparł psion i nawet trochę się zdziwiłam, że poszło tak łatwo, ale nie drążyłam tego. Najwidoczniej to nie był żaden drażliwy temat.

***

Około godziny później, najedzeni porządnym śniadaniem, znowu znaleźliśmy się na szlaku.

– No to pytaj, Gardienne, co dokładnie chcesz wiedzieć? – odezwał się pierwszy Menhis, co uznałam za całkiem miłe z jego strony, bo podejrzewałam, że raczej będę musiała się przypominać. Z tego też powodu, nie byłam zbyt dobrze przygotowana na taki rozwój sytuacji.

– Ehm... po prostu mnie ciekawi, jak taka pełna kontrola nad myślami może wyglądać – powiedziałam bez owijania w bawełnę.

– Właściwie to wygląda dokładnie tak, jak brzmi: sam decyduję, o czym myślę i z jaką intensywnością – odparł beznamiętnie Menhis. – Mogę też myśleć o dwóch rzeczach na raz albo nie myśleć o czymś wcale.

– Brzmi całkiem wygodnie – stwierdziłam, trochę mu zazdroszcząc tej umiejętności. Możliwość tak po prostu odsunięcia od siebie natrętnych myśli wydawała się cudowna. Przydałaby mi się w ostatnich dniach.

– I takie jest – przyznał Menhis. – Choć to ma też swoje wady.

– Na przykład jakie? – zdziwiłam się. Tak się skupiłam na wygodach, że nawet nie przyszło mi do głowy, że coś mogłoby być z tym nie tak.

– W moim strumieniu myśli nie ma miejsca na przypadek, dlatego to niemożliwe bym wpadł na jakieś rozwiązanie mimochodem, myśląc o czymś zupełnie innym, dlatego jeśli poszukuję jakiegoś rozwiązania, to muszę temu nieustannie poświęcać czas – wytłumaczył Menhis, a ja kiwnęłam głową, bo rozumiałam, jakie zjawisko miał na myśli. Sama nie raz doświadczyłam tego nieoczekiwanego olśnienia, gdy mózg poza moją świadomością wreszcie połączył kropki i zaproponował pomysł, na który w innych okolicznościach prawdopodobnie nigdy bym nie wpadła.

– Rozumiem – oznajmiłam. – A jak z uczuciami i emocjami? Wspominałeś, że je też kontrolujesz.

– Nie mam wpływu na samo pojawianie się ich, ale jak już się pojawią, to ja decyduję, które chcę czuć, a które nie – odparł i nagle coś zrozumiałam.

– Więc czujesz coś do mnie, bo tak chciałeś?

– Można tak powiedzieć – powiedział ze wzruszeniem ramion. – Choć samo to nie ma zbyt wielkiego znaczenia, bo z zasady dopuszczam do siebie wszystko, by się przekonać, ile tak naprawdę mogę z siebie wycisnąć – dodał, bezlitośnie gasząc mój entuzjazm. – Za to czymś zupełnie nowym było dla mnie to, że się zawahałem przed odcięciem tego uczucia, gdy chciałem zakończyć naszą znajomość.

– O? – mruknęłam nie tylko zdziwiona, ale też nieco zafascynowana tym wyznaniem.

– Miałaś wyczucie, by podejść do mnie tam pod ołtarzem Feniksa – oznajmił niczym nieskrępowany Menhis. Zastanawiałam się, czy nie zwracał uwagi na moje zainteresowanie, czy je po prostu ignorował. – Teraz wydaje mi się to nawet całkiem zabawne, ale wtedy poczułem się, jakbyś przejrzała mnie i to, co chciałem zrobić.

– Nie dałeś tego po sobie poznać.

– Jak nie chcę dać czegoś po sobie poznać, to po prostu tego nie robię – stwierdził tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

– Aha – odparłam krótko, nie mając pojęcia, co innego mogłabym tu powiedzieć.

– Coś jeszcze chcesz wiedzieć? – zapytał Menhis. – Bo chciałbym się skupić na drodze – dodał, gdy spojrzałam na niego nieco zaskoczona.

– Skoro tak, to na razie tyle mi wystarczy – powiedziałam, unosząc otwartą dłoń, jakbym chciała go przed czymś powstrzymać. – Ale czy już na pewno czujesz się na tyle dobrze, by obserwować drogę?

– Na pewno – odparł krótko, a ja skinęłam głową, by mu pokazać, że zrozumiałam. Po tej wymianie zdań oboje zamilkliśmy.

Droga znowu była dość pusta i niezbyt interesująca, dlatego się obawiałam, że znowu się wynudzę, choć z drugiej strony chyba jednak wolałam się nudzić niż ponownie natrafić na bandytów... chociaż z kolejnej strony jak tak teraz o tym myślałam, to jakoś bardzo źle tego nie wspominałam. Wczoraj nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, ale dzisiaj mogłam przyznać, że nawet dobrze się bawiłam, odstawiając tę całą śmieszną szopkę. Mogłam mieszać wątki i wygłupiać się do woli, wiedząc, że czegokolwiek bym nie wymyśliła, ostatecznie i tak to wszystko dobrze się skończy.

Bardzo się zdziwiłam, gdy po dwóch, może trzech godzinach jazdy, na polanie, która otworzyła się po lewej stronie drogi, zauważyłam trzy wielkie rzeźby głów. Wyglądały zupełnie jakby były...

– ... z Wyspy Wielkanocnej? – dokończyłam swoją myśl półgłosem. Zatrzymałam chowańca i przetarłam oczy, nie wierząc, w to co widziałam. Menhis też nakazał swojemu wierzchowcowi przystanąć.

– Hm? – mruknął psion zamiast pytania.

– Czy to jest to, co ja myślę, że jest? – zapytałam, wskazując ręką na wysokie, podłużne i nie do pomylenia z niczym innym rzeźby.

– A co myślisz, że to jest? – odparł nieco zdezorientowany Menhis. – Nie słuchałem przez chwilę.

– Myślę, że to są rzeźby z ziemskiej Wyspy Wielkanocnej – wyjaśniłam, mimowolnie akcentując wypowiedzianą przeze mnie nazwę, jakbym naprawdę potrzebowała dać ujście całemu mojemu niedowierzaniu.

– Hm, nie mam wiedzy na ten temat, ale niewykluczone, że te rzeźby wraz z otaczającym je terenem pochodzą z Ziemi.

– Ale... jak? – wykrztusiłam zdziwiona, a Menhis westchnął, po czym zsiadł z chowańca. Podejrzewając, że to zaproszenie do dłuższej rozmowy, również zeskoczyłam z siodła.

– Zapewne domyślasz się, że Eldarya to prowizorka, prawda? – zaczął mówić psion, gdy zaczęliśmy iść w stronę rzeźb, prowadząc nasze wierzchowce.

– Nigdy tak tego nie nazywałam, ale w sumie to chyba odpowiednie słowo – odparłam po chwili namysłu.

– Po zdradzie daemonów, czy co to tam dokładnie się wydarzyło, smoki zamiast zrezygnować z pomysłu utworzenia nowego świata, postanowiły wspomóc się tak zwanymi „miejscami mocy”, czyli takimi miejscami, na których energia faery odcisnęła swoje szczególne piętno. Smoki uznały, że wykorzystując te gotowe kawałki umagicznionego terenu, zaoszczędzą nieco swojej cennej mocy na samym tworzeniu krainy i będą mogły ją wykorzystać do czegoś innego.

– Niesamowite – stwierdziłam, będąc naprawdę pod wrażeniem. Dopiero po zbliżeniu się do rzeźb dostrzegłam, jak bardzo były zaniedbane. Kamień w wielu miejscach zzieleniał od mchu, a wysoka trawa wokół zdradzała, że mimo bliskości drogi, od dawna nikt tu nawet nie podchodził. Jedyną żywa istotą w okolicy był sowige, który drzemał na czubku jednej z głów. Łypnął na nas jednym okiem z wyraźnym niezadowoleniem, po czym chyba postanowił nas zignorować, bo z powrotem przymknął powiekę. – A na czym polegało to „piętno” faery?

– To nic dosłownego, po prostu faery tworząc albo czcząc pewne miejsca, oddają im w ten sposób cząstkę siebie, czyniąc je tym samym pełnymi ich mocy.

– To dlaczego sporo takich rzeźb zostało na Ziemi? – zapytałam, unosząc brew.

– Smoki prawdopodobnie nie dały rady wszystkiego zabrać, a poza tym być może te, które zostały, stworzyli już ludzie, nauczeni odpowiedniej techniki przez faery – odparł od razu Menhis, jakby się spodziewał właśnie tego pytania. – Podejrzewam jednak, że gdybyśmy się zapuścili dalej w las, to znaleźlibyśmy jeszcze przynajmniej kilkanaście takich rzeźb.

– A skoro to miejsce było aż tak ważne dla faery, że aż trafiło do Eldaryi, to dlaczego nikt o to teraz nie dba? – dopytywałam, obchodząc jedną z głów i przyglądając się jej dokładnie.

– Trudno powiedzieć – stwierdził Menhis, rozkładając ręce. – Prawdopodobnie plemię, które je stworzyło, musiało się stąd wynieść albo wymarło w mniej lub bardziej naturalny sposób w niespokojnych początkach Eldaryi.

– To okropne – oznajmiłam, zatrzymując się. Historia Eldaryi stanowiła dla mnie pewien paradoks, bo im więcej się o niej dowiadywałam, tym bardziej czułam, że jednak większości z tych rzeczy wolałam nie wiedzieć.

– Cóż, takie były czasy – odparł ani trochę nieprzejęty Menhis.

Po chwili ciszy, którą chciałam oddać hołd faery, dla których kiedyś te rzeźby były tak bardzo ważne, wróciłam do oglądania, tym razem z większym namaszczeniem. Nie mogłam wyjść z podziwu dla dokładności tego tajemniczego plemienia, bo mimo uważnego przyglądania się, między głowami nie znalazłam żadnych różnic. Nawet brud rozkładał się na nich bardzo podobnie!

Dopiero trzecią głowę odważyłam się dotknąć nieśmiało i poczułam pod palcami chłodny kamień. Nie raz widziałam te rzeźby na zdjęciach czy w telewizji, ale nigdy nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zobaczę je na żywo... a już z pewnością nie spodziewałam się ich w Eldaryi.

– A wiesz, że to nie pierwsze takie miejsce z Ziemi, z którym masz do czynienia? – odezwał się Menhis, gdy okrążając trzecią rzeźbę, przeszłam obok niego.

– Nie? – odparłam, odwracając się w jego stronę gwałtownie.

– Cała Świątynia i przyległe jej tereny zostały zabrane w całości z Ziemi – odparł Menhis z lekkim uśmieszkiem.

– Taka wielka powierzchnia? – zdziwiłam się. – To co powstało na jej miejscu?

– Bo ja wiem? Może jakieś jezioro? – stwierdził Menhis, wzruszając ramionami. Sowige demonstracyjnie przesunął się wzdłuż krawędzi głowy, żeby ustawić się do nas tyłem. – Możemy jechać dalej?

– A spieszy ci się gdzieś? – zapytałam butnie, zwracając się z powrotem ku rzeźbie. Może to tylko kawał opracowanego w jakiś sposób kamienia, ale chciałam jeszcze trochę tu zostać, aż poczuję, że w pełni oddałam cześć temu porzuconemu miejscu.

– Potrzebujemy dojechać do naszego dzisiejszego celu przed zmrokiem, żebyś nie popsuła sobie niespodzianki – odparł Menhis.

– Jakiej niespodzianki? – zapytałam odruchowo, ponownie odwracając wzrok od rzeźbionej głowy, bo niestety byłam psem na niespodzianki i nawet te tygodnie spędzone z wiecznie drażniącym się ze mną psionem tego mnie nie oduczyły.

– Jakbym ci teraz powiedział, to chyba przestałaby być niespodzianką? – powiedział z triumfującym uśmieszkiem.

– Właśnie o to chodzi – przyznałam, przewracając przy tym oczami.

– Im prędzej ruszymy, tym szybciej się dowiesz – odparł Menhis z zadowoleniem. Pociągnął za cugle swojego chowańca i zaczął kierować go z powrotem na drogę. Popędziłam za nim.

– Zdradź coś więcej – poprosiłam, nie oczekując jednak po tym zbyt wiele, a i tak się zawiodłam, bo psion milczał jak zaklęty. – To chociaż powiedz, jak daleko jeszcze.

– Może ze cztery albo pięć godzin jazdy – powiedział wreszcie Menhis.

– O rany, nie wytrzymam tyle – odparłam, z irytacją przeczesując włosy dłonią, a psion bezradnie rozłożył ręce, zupełnie jakby chciał mi o wszystkim opowiedzieć, ale z jakiegoś niezależnego od niego powodu nie mógł tego zrobić.

Gdy tylko wróciliśmy na drogę, niecierpliwie wsunęłam stopę w strzemię i odbiłam się drugą nogą od ziemi, żeby wsiąść na chowańca. Nagle usłyszałam, że coś pękło i się zorientowałam, że straciłam podparcie. Twardo wylądowałam na ziemi, wraz ze strzemieniem i kawałkiem oderwanego paska, którego reszta smętnie odstawała przy siodle.

– Nic mi nie jest! – zawołałam od razu. Uwolniłam stopę i choć nie miałam powodów do bycia podejrzliwą, to przyjrzałam się miejscu, gdzie pasek się zerwał. Nie zauważyłam niczego podejrzanego. – Cholera – mruknęłam, gdy instynktownie wyczułam, że Menhis stanął za mną.

– Zdarza się – odparł obojętnie. – W karczmie powinniśmy dostać nowy pasek – dodał, co według niego chyba kończyło temat, bo po tym się odwrócił, by odejść z powrotem do swojego chowańca.

– Yyy... tylko jak mam teraz wsiąść? – zapytałam niepewnie, a Menhis przystanął i zerknął na mnie przez ramię.

– Normalnie? – powiedział, wyraźnie nie rozumiejąc, w czym tkwił problem. – Jest przecież jeszcze drugie strzemię.

– Nie umiem wsiadać na drugą stronę – oznajmiłam, rumieniąc się przy tym nieco. Do teraz nie udało mi się dojść, co robiłam źle, ale żadna moja próba wsiadania na chowańca z prawej strony nie skończyła się dobrze, a Menhis nie wyglądał na zbyt biegłego w medycynie, żebym ryzykowała kolejny raz.

Wymieniłam z nim spojrzenia, po czym on przewrócił oczami.

– Chcesz się zamienić?

– Nie, nie trzeba, wystarczy, że mnie podsadzisz.

– Mogę to zrobić telekinezą, będzie wygodniej – zaproponował Menhis, krzyżując ręce na piersi.

– Wolałabym, żebyś się nie przeciążał niepotrzebnie – odparłam z machnięciem ręki.

– Nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż tak ciężka – stwierdził psion, mierząc mnie wzrokiem. Popatrzyłam na niego wilkiem, a on uśmiechnął się kącikiem ust. – Chciałem zobaczyć tę minę – oznajmił rozbawiony, po czym zbliżył się do mnie. – No dobra, chodź – dodał, wymownie łącząc dłonie w łódeczkę.

Nie zwlekając, wsiadłam na chowańca.

– Dzięki – mruknęłam, nieco skrępowana tym, że potrzebowałam pomocy w tak głupiej sprawie. Przez to krótkie zetknięcie się naszych ciał zrobiło mi się też nieco cieplej, gdy wspomnienia z zeszłej nocy na chwilę odżyły w mojej głowie. Menhis odszedł do swojego chowańca, a ja pomyślałam, że naprawdę chciałabym móc jak on tak po prostu odsunąć od siebie niechciane myśli. – To naprawdę nic mi nie zdradzisz? – zagaiłam, gdy psion wsiadł. Zamienienie jednego tematu na inny niestety stanowiło dla mnie jedyny dobry sposób na niemyślenie o czymś zbyt intensywnie.

– Nie – odparł krótko Menhis.

– Dlaczego?

– A kiedy ostatnio wykonywałaś któreś z ćwiczeń, których cię nauczyłem? – odpowiedział w sposób najbardziej nieoczekiwany. Gdy wreszcie dotarło do mnie, co miał na myśli, to zawstydzona opuściłam wzrok.

– Um... – wymamrotałam niepewnie, bo tak właściwie to kompletnie o tym zapomniałam, od kiedy wyjechaliśmy z Kwatery. O dziwo miałam wrażenie, że Menhis aż do teraz też o tym nie pamiętał, choć tak na logikę wydawało mi się to zupełnie niemożliwe. Choć biorąc pod uwagę, ile się ostatnio działo...

– No właśnie – powiedział psion, znowu triumfując. – Wzmocniłaś się, ale to nie oznacza, że już nie potrzebujesz treningu... i być może już nie pamiętasz, ale cierpliwość jest ważnym składnikiem silnego umysłu, dlatego dobrze ci zrobi poćwiczenie jej przez tych parę godzin – dodał z zadowolonym uśmieszkiem, który zdradzał, że moje dobro było prawdopodobnie ostatnim z powodów, dla których to robił.

– Pff – parsknęłam w jego stronę i obrażona demonstracyjnie odwróciłam głowę.

Przez następnych kilka godzin jechaliśmy niemal cały czas w milczeniu – Menhis najprawdopodobniej po prostu skupił się na drodze, a ja nie chciałam dać mu satysfakcji z odmawiania wyjaśnień. Nawet podczas krótkiego popasu wymieniliśmy tylko kilka zdań, z których najdłuższe brzmiało „czy teraz też pomożesz mi wsiąść na chowańca?”. Nie oznaczało to jednak, że się nie zastanawiałam, na czym mogła polegać niespodzianka, która czekała mnie na końcu dzisiejszej podróży.

Po pewnym czasie zauważyłam, że zaczęła się wokół nas zmieniać flora. Znaczy się, drogę nadal otaczały drzewa i krzewy, ale im dalej jechaliśmy, tym mniej było takich, które w żaden sposób nie odstępowały od normy. Niektóre rośliny wyrosły ponad wszelkie limity, podczas gdy inne nienaturalnie skarłowaciały. Widziałam też takie uschnięte na wiór jakby zupełnie bez powodu, bo pozostałe, które je otaczały, wyglądały zdrowo i soczyście się zieleniły. Zdarzały się również takie drzewa, których część gałęzi przyginała się niemal do ziemi pod ciężarem wielkich owoców, a na reszcie wisiały jedynie smętne, podgniłe resztki. Po jakimś czasie zauważyłam, że zaczęła zmieniać się również sama droga, po której jechaliśmy – coraz częściej pojawiały się na niej pęknięcia, które przywodziły mi na myśl efekt wieloletniej suszy. Czułam się, jakbym trafiła do jakiejś alternatywnej wersji Eldaryi, w której sprawy potoczyły się jeszcze gorzej niż w tej prawdziwej.

– Co za osobliwa okolica – zdecydowałam się na komentarz, gdy już zapuściliśmy się na tyle daleko, że normalne drzewa i krzewy stały się rzadkością. Roślinność przerzedziła się na tyle, że mogłam już zobaczyć, że ta spękana ziemia ciągnęła się aż po horyzont. – Czy to jest to, co chciałeś mi pokazać?

– To jeden z objawów zjawiska, które zobaczysz dzisiaj w nocy – odparł tajemniczo Menhis.

– Jakiego zjawiska?

– Dzikiej magii – oznajmił psion, a ja zamrugałam, zastanawiając się, czy to cokolwiek mi mówiło. – Zbliżamy się do pól Osstephu, miejsca, gdzie wiele lat temu odbyła się największa bitwa magiczna w dziejach Eldaryi – wyjaśnił wreszcie Menhis tak, że coś zrozumiałam. Najwidoczniej mój wyraz twarzy zdradzał na tyle wielkie zdezorientowanie, że w końcu się złamał. – Te ziemie wchłonęły tak wielką dawkę magii, że mimo upływu lat, nadal nią emanują i to przez to tak się zmieniła okoliczna flora.

– Czy to może nam jakoś zaszkodzić? – zmartwiłam się. Może i chciałam zobaczyć coś nowego, ale raczej nie kosztem zdrowia.

– Cóż, mieszkać raczej się tu nie da, ale krótki pobyt nie wpłynie ani na nas, ani na chowańce – odparł Menhis i to zapewnienie w zupełności mi wystarczyło, żeby przestać się niepokoić. – No chyba że chciałabyś jakoś skorzystać z magii, wtedy poczekaj, aż się oddalę na bezpieczną odległość, bo przez tutejsze fenomeny rezultaty czarowania są nie do przewidzenia i raczej mało kto się cieszył z otrzymanych efektow – dodał. Powiedział to tak, że jakoś nie miałam ochoty dopytywać o przykłady.

– A o co tak właściwie tutaj poszło? – zapytałam, przypominając sobie, że to wszystko stanowiło konsekwencje jakiegoś konfliktu.

– O to samo co zawsze. O portale – odparł Menhis ze wzruszeniem ramion. – O ten konkretny starły się dwie duże wspólnoty faery, które nie umiały dojść do porozumienia i jakoś się nim podzielić. Obie strony konfliktu miały bardzo długie i bogate tradycje magiczne, dlatego nic dziwnego, że do boju wystawiono przede wszystkim najlepiej wyszkolonych i utalentowanych magów – opowiadał, a ja przymknęłam oczy, próbując sobie wyobrazić starcie tak potężnej magii, że na wiele lat wyniszczyła tak wielki obszar, że nawet okiem nie mogłam sięgnąć do jej drugiego końca. To przecież jak wybuch bomby atomowej! – Bitwa była zacięta i żadna ze stron nie przebierała w środkach, bo dostęp do portalu decydował o ich być albo nie być. Konflikt eskalował do tego poziomu, że nawet gdy w ferworze walki uszkodzono portal, to walczono dalej, bo sprawy zaszły za daleko i poniesione koszta były tak wielkie, że wycofanie się nic by nie dało, ale zwycięstwo też już nie miało znaczenia. W jeden długi dzień dwie nacje praktycznie wymazały się nawzajem z Eldaryi – kontynuował spokojnym głosem, który wcale nie pasował do opowiadanej historii, ale i tak na koniec czułam zjeżone na karku włoski.

– To straszne – powiedziałam po chwili milczenia, gdy się upewniłam, że Menhis nie miał już nic więcej do dodania. Wiedziałam, że historia Eldaryi była krwawa i okrutna, ale to trochę za mało, by się przygotować na opowieść o tak wielkim ludobójstwie. – Gdyby tylko życie w Eldaryi nie było tak uzależnione od portali... – stwierdziłam zamyślona. Nagle coś mnie tknęło. – Wcześniej jak wspomniałeś o zdradzie daemonów, to zdawałeś się w to powątpiewać, dlaczego?

– Bo żywię przekonanie, że w tej historii chodzi o coś więcej niż o to, że daemony w ostatniej chwili zmieniły zdanie – odparł Menhis, po raz kolejny dzisiaj wzruszając ramionami. Przeszło mi przez myśl, że może kiedyś zacznę prowadzić statystykę, ale zaraz potrząsnęłam lekko głową, by odpędzić ten głupawy pomysł.

– Nie wykluczam, że masz rację, bo historia zwykle bywa bardziej złożona, ale czy masz jakiś konkretny powód, by tak sądzić?

– Czy wiesz, że po ujawnieniu Meneza psioni odegrali dość istotną rolę w ściganiu niedobitków daemonów? – odpowiedział pytaniem Menhis.

– Tak, wiem, mój przyjaciel mi o tym opowiadał – odparłam z dodatkowym kiwnięciem głowy na samym początku zdania.

– Rasy jako takiej nie widać w umyśle, ale można ją rozpoznać na dwa sposoby. Pierwszy to żmudne przeczesywanie wspomnień w poszukiwaniu takiego, które tę rasę zdradzi, a drugi to studiowanie swoistych schematów myślenia, których każdy nabiera w trakcie wychowania – powiedział, po czym uśmiechnął się dziwnie. – Możesz zmienić imię, wygląd czy głos, ale nie zmienisz sposobu, w jaki myślisz, kojarzysz fakty, czy na co najpierw zwracasz uwagę, szczególnie że nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że są w tym jakieś charakterystyczne cechy, które cię zdradzają... Co prawda większość różnic to niuanse, a schematów wewnątrz jednej rasy może być nawet kilkanaście, ale poświęcając odpowiednio dużo czasu na rozeznanie się w tym wszystkim, można niemal ze stuprocentową pewnością określić, kto został wychowany przez jaką rasę.

– Więc gdyby człowieka wychowały na przykład krasnoludy, to z twojej perspektywy widziałbyś w nim krasnoluda?

– Tak – przyznał ze śmiechem Menhis. – Turyn, psion, który doprowadził tę umiejętność rozpoznawania do perfekcji, potrafił określić nie tylko czyjąś rasę, ale też okolicę z której pochodził, niekiedy nawet z dokładnością do kilku domów – dodał i wydawało mi się, że w jakimś stopniu był dumny ze swojego przodka. – To właśnie Turyn odkrył cechę wspólną dla wszystkich daemonów, którą można było łatwo dostrzec, jeśli tylko ominęło się bariery i wiedziało, gdzie szukać.

– Co to za cecha?

– Po badaniach Turyn uznał, że to ślad po jakiejś poważnej i niekontrolowanej przemianie schematów myślenia, dlatego nazwał to spaczeniem.

– Spaczeniem? – powtórzyłam za nim. – Więc tak jakby coś daemony zepsuło?

– Prawdopodobnie tak.

– A dlaczego tego po prostu nie wiesz? – dopytywałam.

– Bo przed Menezem żaden z psionów się nie interesował sprawami faery... i właściwie po Menezie też mało kogo obchodziły rzeczywiste powody wszystkich wydarzeń. Płacono za wyszukiwanie daemonów, to wyszukiwaliśmy daemony i tyle – odparł beznamiętnie Menhis.

– To wiele wyjaśnia – stwierdziłam, krzywiąc się nieco. – Wyrachowani aż do bólu.

– Właśnie tacy jesteśmy – zaśmiał się Menhis. – Zastanawiam się, czy teraz umiałbym rozpoznać daemona.

– To nie masz pewności?

– Niestety nie, bo choć według informacji od moich poprzedników spaczenie było czymś tak charakterystycznym, że od razu się wiedziało, na co się patrzy, to pamiętaj, że jeśli jakieś daemony przetrwały do dziś, to były wychowywane w ukryciu, prawdopodobnie przez faery z innych ras, co mogłoby znacząco wpłynąć nie tylko na widoczność spaczenia, ale może nawet na samą jego obecność – wyjaśnił, wyjątkowo żywo przy tym gestykulując. Miałam wrażenie, że traktował to jak kolejne wyzwanie, którego chciałby się kiedyś podjąć. – Byłem w naprawdę wielu umysłach i kto wie, może już kiedyś spotkałem daemona, ale nawet nie miałem o tym pojęcia?

– Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiesz – odparłam, czując, że ta rozmowa zaczyna zmierzać w dziwnym kierunku, dlatego postanowiłam ją tu uciąć.

– Niestety prawdopodobnie masz rację – przyznał Menhis z westchnięciem, jakby nagle przygniótł go ciężar wielkiej nostalgii.

– Kiedy dotrzemy na miejsce? I właściwie to gdzie dokładnie się zatrzymamy? – zapytałam, by zmienić temat.

– Zainteresowanie fenomenami, jakie ujawniają się nocą na polach, było tak wielkie, że gdy emanacje przestały stanowić zagrożenie, to w miejscu, gdzie stwierdzono ich najmniej, wybudowano dwie spore karczmy, żeby pomieścić gości i stworzyć dobre, bezpieczne stanowisko obserwacyjne – odparł Menhis.

– Skoro zainteresowanie jest tak duże, to mam nadzieję, że dostaniemy jakiś pokój...

– Nie musisz się tym martwić – powiedział psion, a ja spojrzałam na niego podejrzliwie, przeczuwając, że zamierzał użyć w tej sprawie psioniki. Zaśmiał się, gdy zauważył, że mu się przyglądam.

– Menhis... – powiedziałam, nawet nie kryjąc dezaprobaty. – Nie powinieneś grzebać innym w głowach w tak błahych sprawach.

– Bo? – zaciekawił się psion.

– Bo to jest wykorzystywanie przewagi, z której przeciwnik nawet nie zdaje sobie sprawy.

– No i? – dopytywał Menhis i przez chwilę zastanawiałam się, czy tego też naprawdę nie rozumiał, czy tylko się ze mną drażnił. – A czy szermierzowi zabroniłabyś wykorzystywać w walce technik, których nie zna jego przeciwnik? Albo siłaczowi przenosić cięższe rzeczy, niż noszą inni? A co z władcą wykorzystującym wiedzę, którą zdobyli dla niego jego szpiedzy? Jemu też nie wolno? Dysponuję umiejętnościami, nad których rozwojem ciężko pracowałem przez wiele lat i nie widzę powodu, żeby ich nie wykorzystywać w chwili, gdy tego potrzebuję. Nawet kodeks Miiko nie był w tej kwestii szczególnie restrykcyjny.

– Gdybyś robił to z jakiegoś ważnego powodu, to być może nie czepiałabym się, ale tu chodzi tylko o twoją wygodę.

– I twoją również – stwierdził, przyglądając mi się z zaciekawieniem.

– I co z tego? Nie chciałabym, żeby dla mojej wygody, kogoś innego eksmitowano z pokoju, bo to po prostu nie w porządku – odparłam.

– Ach, w taki sposób na to patrzysz – powiedział zamyślony psion. – Jak tak stawiasz sprawę, to pozostaje nam tylko się pospieszyć i liczyć, że zdążymy przed odwiedzającymi z Ankh–tjenu.

– No to na co czekamy? – odparłam, ucieszona, że Menhis nie upierał się przy swoim. Może i w związku powinniśmy szukać kompromisów, to w kwestiach moralnych nie zamierzałam odpuszczać.

Jeśli psion coś odpowiedział, to tego nie słyszałam, bo popędziłam swojego chowańca.

***

Las otaczający drogę ciągle się przerzedzał, aż wreszcie dotarliśmy do przestrzeni, która poza przypadkowymi, niezbyt częstymi skupiskami intensywnie zielonych, niskich krzewów, była zupełnie pusta i wysuszona do cna. Naszą trasę od tego momentu wyznaczały porozstawiane w regularnych odstępach drewniane słupki. Według słów Menhisa zostały one wbite jeszcze w czasach, gdy emanacje tutejszej ziemi były o wiele niebezpieczniejsze, dlatego potrzebowano jakoś oznaczyć ścieżkę, na której dzika magia oddziaływała najmniej.

W oddali rysowały się budynki obu karczm, ale niezbyt często na nie spoglądałam, bo strasznie mnie denerwowało patrzenie przez dziwnie falujące powietrze. Przywodziło mi to na myśl widoki z podróży rozgrzaną, asfaltową drogą, ale tutaj ten efekt był intensywniejszy. Oczywiście przy braku roślinności te tereny miały prawo się tak nagrzewać, a powietrze falować, ale o dziwo temperatura tutaj nie różniła się ani odrobinę od tego, do czego Eldarya mnie już przyzwyczaiła, dlatego uznałam, że to właśnie emanująca dzika magia tak zaburzała widoczność.

Obie karczmy zostały zbudowane w ten sam sposób – dwa piętra i płaski dach, który wyglądał mi na otoczony czymś w rodzaju balustrady. Na pierwszy rzut oka budynki wyglądały, jakby do ich stworzenia wykorzystano tylko drewno, ale nie wierzyłam, by taki materiał wystarczył, szczególnie na tak niepewnej ziemi.

Już z daleka widziałam, że między karczmami kręciło się trochę osób, a gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, to z zasłyszanych rozmów innych odwiedzających wywnioskowałam, że w Ankh–tjenu właśnie się zaczęło coś przypominającego długością ziemski weekend, dlatego tak wiele osób się tu dzisiaj wybrało. Mimo kolejki, w której staliśmy w jednej z karczm na tyle długo, że już zaczęło się ściemniać za oknem, udało się nam dostać mały dwuosobowy pokój. Triumfalnie odebrałam od karczmarza klucze i pomachałam nimi Menhisowi przed nosem.

– Widzisz, wystarczy się postarać i nie trzeba wykorzystywać twoich sposobów.

– Skąd wiesz, że nic nie zrobiłem? – odparł obojętnie psion, a ja przyjrzałam mu się uważnie.

– Po prostu wiem – oznajmiłam z niezmąconą pewnością siebie, po czym ruszyłam na schody, bo nasz pokój znajdował się na pierwszym piętrze.

Wiedząc, że fenomeny dzikiej magii stawały się widoczne dopiero po zmroku, trochę mnie kusiło po drodze na górę, by wyjrzeć przez okno i dowiedzieć się, na czym polegały te cuda, które miałam niedługo zobaczyć, ale tym razem to ja zdecydowałam o niepsuciu sobie niespodzianki. Stwierdziłam po prostu, że jak już tyle wytrzymałam, to tych kilka dodatkowych minut zwłoki mnie nie zabije.

Wchodząc do pokoju, zatrzymałam się na jego progu, bo zauważyłam, że znowu przydzielono nam taki z jednym łóżkiem. Nic nie wspomnieliśmy o tym karczmarzowi, a on wcale o to nie pytał, więc prawdopodobnie założył, że byliśmy parą... co w sumie nie było błędem, ale biorąc pod uwagę, moją poranną rozmowę z Menhisem, to sytuacja robiła się trochę niezręczna. W końcu jednak weszłam do środka z westchnięciem, upominając się w myślach, że oboje byliśmy dorośli i mogliśmy po prostu się podzielić tym łóżkiem. Przecież nie musieliśmy przy tym się dotykać...

Menhis wyjrzał przez okno, gdy odłożyliśmy w pokoju nasze podróżne torby.

– Chodźmy na górę, bo już dobrze wszystko widać – zaproponował, a ja skinęłam głową na zgodę.

Dach faktycznie był obudowany na brzegach balustradami, ale szybko zrozumiałam, dlaczego to było tutaj takie potrzebne. To właśnie tutaj urządzono taras widokowy, na którym zgromadziło się już sporo osób. Udało mi się jednak wypatrzyć wolne miejsce przy balustradzie i to tam natychmiast podeszłam, żeby nikt mnie nie ubiegł.

Cudowny widok, jaki się stąd roztaczał, w pierwszej chwili zaparł mi dech w piersiach. Jak tylko mogłam okiem sięgnąć, w powietrzu nad ziemią rysowały się mieniące zielenią i fioletem smugi, które falowały delikatnie i nieregularnie. Im wyżej unosiłam wzrok, tym te osobliwie piękne wstęgi traciły na wyrazistości i intensywności barw, aż rozpływały się w nicość. Oglądanie tego było jak widzenie w jednym miejscu wszystkich zórz polarnych świata.

– Za dnia to też tak wygląda, ale oktarynę widać tylko w nocy – odpowiedział Menhis na niezadane przeze mnie pytanie. Być może cały czas stał za mną, ale nie miałam pewności, bo dopóki się nie odezwał, to chłonęłam otaczającą mnie rzeczywistość jedynie wzrokiem.

– Oktarynę? – odezwałam się ani na chwilę nie odrywając wzroku od widoków przede mną.

– Kolor magii – wyjaśnił Menhis, ale nic mu już na to nie odpowiedziałam, bo na powrót pochłonęła mnie w całości obserwacja.

Niespodziewanie wróciłam na ziemię, gdy poczułam na talii obejmujące mnie ręce. Drgnęłam lekko, ale nie ze strachu czy niepewności, tylko ze zdziwienia, bo od początku wiedziałam, że to Menhis. Nachylił się lekko i przez chwilę myślałam, że zamierzał coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobił. Być może stwierdził, że sam gest wystarczy, bym wszystko zrozumiała... Z uśmiechem pod nosem uznałam, że może to i lepiej, bo odzywając się, pewnie tylko znowu popsułby nastrój.

Wtuliłam się w jego ramiona i choć widoki przede mną nie zmieniły się ani trochę, to teraz oglądało mi się je znacznie przyjemniej.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.