FANDOM


Hej!

Nie wiem jak to jest, ale pisanie Aniołków idzie mi dużo sprawniej niż Menhisa :D. Nie byłam pewna, czy się wyrobię z publikacją na dzisiaj, no ale się udało!

Pozdrawiam mocno Rosseę i Asanamir! <3

Link do wszystkich części

Miłej lektury <3



Nie zdążyłam na dobre wyjść z szoku, gdy przejście w murze zaczęło się zamykać. Raptem mgnienie oka później nie było już po nim najmniejszego śladu. Podeszłyśmy z Alajeą do Karenn i nadal nie dowierzając, obmacywałam dłonią ścianę w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu dało się przejść.

– Ale jak... skąd... – zdumiona mamrotałam pod nosem.

– Mówiłam, że jest smokiem – odparła zadowolona z siebie Karenn, nieprzerwanie szczerząc kły w uśmiechu.

– Ale co ma jedno z drugim? – zapytała Alajea, równie zdziwiona jak ja. – Przecież to przejście musi tu być od czasu zbudowania Kwatery, więc jakim cudem hasło mogłoby przesądzać o… o… no wiesz kim?

– Przecież czar na dzwoneczku jest nowy – oznajmiła wampirzyca ze wzruszeniem ramion. – Więc musiał znaleźć jakiś sposób, żeby nałożyć na przejście swoje hasło i powiązać je z dzwoneczkiem – dodała tonem, jakby mówiła o czymś oczywistym.

– Ale jak? – tym razem wymamrotała syrena.

– Nie wiem, nie znam się, przecież to nie ja tutaj jestem w Absyncie – stwierdziła Karenn, a Alajea rzuciła jej spojrzenie, które mogłoby ciąć głębiej od miecza. – Tak czy inaczej, jak dla mnie korzystanie ze smoczej magii i ustalenie smoczego hasła jasno wskazuje na pochodzenie naszego „kolegi” – oznajmiła, powtarzając się już trochę jak zdarta płyta, tym razem wyraźnie próbując wymusić, byśmy wreszcie przyznały jej rację.

– No nie wiem, to trochę naciągane – odparłam, ze skonfundowaniem drapiąc się po głowie. Karenn przeniosła wzrok na Alajeę, ale ta jedynie w odpowiedzi rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami. Miała minę, jakby chciała przeprosić wampirzycę za to, że jej nie dowierza.

– Nie uwierzyłybyście, nawet gdyby sam się wam do tego przyznał – stwierdziła Karenn, nie kryjąc oburzenia.

– Masz rację, raczej bym mu nie uwierzyła – powiedziałam, a zbita z tropu wampirzyca patrzyła się na mnie przez chwilę w osłupieniu, po czym potrząsnęła głową, mamrocząc coś, co brzmiało jak zdławione przekleństwo.

– Dobra, skończmy ten temat i chodźmy sprawdzić, dokąd to prowadzi – oświadczyła Karenn, po czym bez czekania na odpowiedź, uniosła rękę z dzwoneczkiem do muru, zamierzając ponownie otworzyć przejście.

Moja wyobraźnia całkiem sprawnie w jednej chwili podsunęła mi co najmniej z pięć bardzo plastycznych wizji, co mógłby zrobić z nami Ashkore, gdybyśmy przypadkiem na niego trafiły, badając sekretny korytarz. Żadna nie wydawała się ani atrakcyjna, ani tym bardziej kusząca, dlatego pośpiesznie przykryłam dłonią pięść, w której wampirzyca trzymała dzwoneczek i pociągnęłam ją w dół.

– Oszalałaś? – zawołałam, odruchowo unosząc głos, ale zaraz się zreflektowałam, że powinnam bardziej się kontrolować. Zgarbiłam się lekko i kątem oka zerknęłam w stronę wyjścia spod wiśni, ale na szczęście mój okrzyk nikogo nie zainteresował. – Nie możemy tam iść – dodałam trochę ciszej.

– Niby dlaczego nie? – warknęła Karenn, pełnym złości ruchem uwalniając się od mojej dłoni.

– Nie wiemy, na co możemy się tam natknąć! – powiedziałam, nadal starając się mówić w miarę cicho, ale w efekcie wyszedł mi z tego bardzo emocjonalny i wręcz teatralny szept.

– No właśnie w tym rzecz, żeby się dowiedzieć, co nie? – burknęła Karenn, z irytacją przewracając oczami.

– A co jeśli spotkamy tam Ashkore'a? Pomyślałaś o tym? – zaatakowałam, ale na wampirzycy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Otworzyła usta, wyraźnie chcąc zaprotestować, ale nie dałam jej dojść do słowa. Denerwował mnie jej młodzieńczy brak wyobraźni i teraz tylko mnie upewniła, że podjęłam najlepszą decyzję na świecie, wprowadzając Nevrę do naszej konspiracji. – Nie miej złudzeń, nie zagadasz go i nie przekonasz do niczego. Możesz być tylko pewna, że jak już cię złapie, to nie będzie miał litości – mówiłam powoli, groźnie wymachując palcem wskazującym niemal tuż przed twarzą wampirzycy. – Same nie damy rady, musimy poczekać na Nevrę – zarządziłam na koniec, w ogóle nie dopuszczając do siebie możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu. Karenn jednak demonstracyjnie się żachnęła na dźwięk imienia swojego brata.

– Ciągle tylko Nevra – powiedziała, potrząsając rękami w górze. – To już same nie możemy nic zrobić?

– Karenn, Gardienne ma rację – odezwała się Alajea. – Co innego przesłuchać kogoś w miarę nieszkodliwego, czy coś wykraść, a co innego iść gdzieś w ciemno, ignorując realne niebezpieczeństwo – wytłumaczyła swoje stanowisko, spoglądając na wyjście z ogrodu. – Nie jesteśmy doświadczonymi wojownikami, a same twoje wampirze moce to może być za mało, więc potrzebujemy wsparcia – dodała z wypisanym na twarzy stoickim spokojem, po przeniesieniu wzroku na Karenn, a ja w tej chwili nabrałam ochoty wycałować ją za tak rozsądne podejście.

Karenn spoglądała w milczeniu to na mnie, to na Alajeę, oddychając przy tym dość głośno. Miałam wrażenie, że złość w niej wręcz buzowała i tylko czekać aż wybuchnie… Wolałam do tego nie dopuścić, dlatego szybko postanowiłam poruszyć ten temat z innej strony.

– Pamiętasz, jaka byłaś na mnie zła, gdy dałam się ponieść emocjom i prawie zabiła mnie Naytili? – powiedziałam, a wyraz twarzy Karenn lekko złagodniał na rzecz zdziwienia. Mogła się nie spodziewać, że akurat teraz przywołam tę sprawę. – Teraz chcesz popełnić dokładnie ten sam błąd, co ja, z tym że tym razem prawdopodobnie nie miałby kto nas uratować.

Karenn jeszcze przez chwilę patrzyła na mnie uważnie, po czym wypuściła powietrze z płuc w długim wydechu. To dobrze rokowało, ale wstrzymałam się jeszcze ze świętowaniem zwycięstwa, bo równie dobrze po tym mogła kontynuować sprzeczkę.

– W porządku – oznajmiła wreszcie wampirzyca, już wyraźnie spokojniejsza, choć nadal trochę urażona. – Poczekamy na Nevrę – dodała, po czym ja też odetchnęłam cicho z ulgą. Naprawdę się ucieszyłam, że moim słowom udało się do niej trafić. Jeszcze tego brakowało, żebyśmy się pokłóciły w tak niemądrej sprawie. Zaraz jednak zauważyłam, że Karenn wsunęła do kieszeni rękę z dzwoneczkiem i w mojej głowie rozbrzmiały syreny alarmowe.

– Wezmę dzwoneczek – oświadczyłam, wyciągając do Karenn otwartą do góry dłoń. – Wiem, gdzie go schować, by był bezpieczny – wytłumaczyłam, starając się nie okazać, że w duchu cała się na powrót zjeżyłam.

– Przepraszam, zupełnie zapomniałam, że mam go w ręce – odparła Karenn z przepraszającym i zupełnie nieprzekonującym mnie uśmiechem. – Proszę – powiedziała, posłusznie oddając mi przedmiot. Patrząc na nią teraz, miałam dziwne przeczucie, że wcale nie zamierzała odłożyć zbadania przejścia pod wiśnią do powrotu Nevry. Dyskretnie zerknęłam na Alajeę, ale ta w przeciwieństwie do mnie wyglądała na przekonaną, że kryzys został zażegnany. Postanowiłam na razie zachować to spostrzeżenie dla siebie, by nie wyjść na tą, która ciągnęła kłótnie, nawet gdy oponent już ustąpił.

– Dzięki – powiedziałam, chowając przedmiot do sakiewki przy pasku. Musiałam naprawdę dobrze go schować, jeśli chciałam spać spokojnie. Może gdzieś poza moim pokojem?

Nagle przypomniałam sobie o notesie, który dziewczyny przyniosły ze sobą z biblioteki.

– Tak właściwie, to ciągle nie wiem, co udało się wam odkryć – oznajmiłam.

– Och, no tak... – wyrwało się Alajei.

– Żeby o tym porozmawiać, musimy wrócić do twojego pokoju – oznajmiła Karenn. Wzruszyłam ramionami i machnęłam ręką w stronę Kwatery w zapraszającym geście.

– W takim razie chodźmy.

Dziewczyny nie odzywały się przez całą drogę, więc i ja nie próbowałam jakoś zagaić rozmowy, choć niemal umierałam z ciekawości, czego się dowiedziały. Domyślałam się, że to coś ważnego, ale po minach dziewczyn nie umiałam odgadnąć, czy powinnam się ekscytować, czy raczej zacząć martwić. Mimowolnie przyspieszałam kroku.

Kiedy dotarłyśmy do mojego pokoju, otworzyłam drzwi i puściłam dziewczyny przodem, po czym rozejrzałam się nerwowo po korytarzu. Dopiero po upewnieniu się, że nikt się nami nie interesował, sama weszłam do środka. Alajea zdążyła usiąść przy stoliku, za to Karenn stanęła przy zamkniętym oknie. Przyniesiony wcześniej notes leżał nieruszony przed syreną. Dopiero teraz mogłam mu się przyjrzeć i stwierdzić, że był gruby i wyraźnie zużyty, ale po zachowaniu dziewczyn czułam, że to nie o niego tu chodziło.

– No to słucham – odezwałam się, nie mogąc już się doczekać wyjaśnień.

– Ykhar coś wie o Leiftanie – oświadczyła wprost Alajea, a ja zupełnie nieprzygotowana na coś takiego, poczułam się, jakby syrena uderzyła mnie tą informacją w twarz.

– Co? – wykrztusiłam szczerze zaskoczona. – Skąd wiecie?

– Kiedy Allie skupiła na sobie uwagę Ykhar, to ja się przekradłam i zaczęłam szperać w jej biurku w poszukiwaniu spisu ocalonych ksiąg – zaczęła tłumaczyć Karenn, chodząc wzdłuż okna, a na końcu tej frazy wskazała na notes na stole. – Znalazłam spis dopiero w drugiej szufladzie od dołu, ale sądząc po odgłosach rozmowy Ykhar z Allie miałam jeszcze chwilę, więc z ciekawości otworzyłam także tę ostatnią, najniższą i spod niej nieoczekiwanie wypadła na podłogę teczka – kontynuowała wampirzyca, a jej opowieść była dla mnie tak emocjonująca, że aż cała zastygłam w bezruchu i skupiłam się jedynie na słuchaniu. – To raczej nietypowe miejsce dla teczek z dokumentami, więc zaintrygowana zajrzałam do niej i znalazłam tam kilka raportów Leiftana oraz mnóstwo kartek z notatkami Ykhar. Same raporty też były przez nią popisane, niektóre słowa zakreśliła w kółko, a przy kilku postawiła strzałki, na których końcu zapisała numery innych raportów. Nie miałam czasu się w to wszystko wczytywać, ale najwyraźniej Ykhar zauważyła jakieś niezgodności w raportach Leiftana i postanowiła je zbadać.

– To... to świetna wiadomość – wykrztusiłam, bezwładnie opadając na wolne krzesło.

– Wiem! – zawołała Karenn z entuzjazmem, jakby wreszcie przeszły jej dąsy spod muru. – Jestem teraz taka zła na siebie, że gdy usłyszałam, że Ykhar wraca z Allie, to zamiast zabrać tę teczkę, to ją odłożyłam na miejsce i zwiałam z samym notesem... – dodała, ciągnąc się za obie kitki w geście załamania.

– Dobrze zrobiłaś, przecież Ykhar dostałaby zawału, gdyby się zorientowała, że brakuje tej teczki – wtrąciła się Alajea.

– Jakbyśmy potem poczekały na odpowiedni moment i powiedziały jej o naszej konspiracji, to na pewno nic by się nie stało – odparła nadal niezadowolona z siebie Karenn.

– Kradnąc jej dowody, raczej nie stanowiłybyśmy dla niej wartościowego sojusznika – stwierdziła syrena, a mi trudno było się z tym nie zgodzić. Potrzebowałyśmy zaufania Ykhar, a gdyby Karenn zabrała teczkę, to byłybyśmy spalone już na starcie.

– No dobra, rozumiem – przyznała wreszcie Karenn, choć miała minę, jakby właśnie przełknęła gorzką pigułkę.

– Tylko dlaczego nie poszła z tym do Miiko? – zapytałam, wreszcie zdobywając się na trzeźwiejsze spojrzenie na sprawę.

– Znasz Ykhar, pewnie woli się upewnić, zanim rzuci jakieś oskarżenie – wytłumaczyła Karenn ze wzruszeniem ramion.

– Szczególnie że to byłoby bardzo poważne oskarżenie – uzupełniła Alajea, a ja pokiwałam głową.

– Macie rację.

– W takim razie, co teraz z tym robimy? – zapytała Karenn, opierając się tyłem o parapet.

– Musimy jakoś przekonać do siebie Ykhar i wprowadzić do konspiracji – oznajmiła Alajea, najwidoczniej uważając, że wampirzyca potrzebowała usłyszeć na głos tę oczywistość. Karenn w odpowiedzi ograniczyła się jedynie do wymownego przewrócenia oczami.

– Myślę, że lepiej nie działać zbyt pochopnie, tylko na spokojnie ją do nas przekonać i dopiero jak już będziemy pewne, na czym stoimy, to wprowadzić do konspiracji – stwierdziłam po chwili rozważań nad tematem. Sądziłam, że to najrozsądniejsze rozwiązanie, bo sprawa wydawała mi się zbyt delikatna, by od razu szarżować. Karenn popatrzyła na mnie dziwnie.

– Jeśli w ten sposób znowu próbujesz powiedzieć, że musimy poczekać na Nevrę, to przysięgam, że wyjdę z siebie i stanę obok – powiedziała, podchodząc do stolika. Nawet nie kryła się z tym, że znowu się zdenerwowała. Powiedziałabym, że teraz była jeszcze bardziej zła niż przy wiśni...

– To nie tak, nawet o tym nie pomyślałam... – zaprotestowałam, ale Karenn zdawała się już nakręcić na tyle, że w ogóle mnie nie słuchała. Musiała szczerze wierzyć, że wie lepiej.

– Na Wyrocznię, Ykhar może mieć dowody, których tak zawzięcie szukamy! Z jej pomocą może mogłybyśmy zdekonspirować Leiftana, jeszcze zanim Nevra w ogóle wsiądzie na kurs powrotny z Jaspisu – powiedziała, unosząc ręce do góry i wymachując nimi nerwowo. – Co z tobą, Gardienne? Swatałam cię z moim bratem, żebyście oboje byli szczęśliwi, a nie po to, żebyś zmiękła i czekała na niego z każdą decyzją! – dodała wampirzyca tonem pełnym reprymendy i jadu, gdy nie odpowiadałam.

– Nieprawda, to wcale nie tak – zaprotestowałam nerwowo, w przeciwieństwie do Karenn w miarę kontrolując złość. Choć to wcale nie było takie łatwe, bo nie lubiłam fałszywych oskarżeń. Ostatnia rzecz, jaką można by o mnie powiedzieć to taka, że w ostatnich dniach siedziałam z założonymi rękami!

– Ciągle tylko Nevra to, Nevra tamto, siamto i owamto – wylewała z siebie gorzkie żale wampirzyca, nadal zupełnie ignorując, że cokolwiek powiedziałam. – Mam już tego dość i czy wam się to podoba czy nie, jutro zamierzam porozmawiać z Ykhar! – oświadczyła na koniec i obrażona ruszyła w kierunku drzwi, prawdopodobnie planując efektownie je za sobą zatrzasnąć.

– Zaczekaj – zawołałam za nią, podrywając się z krzesła. Obawiałam się, że w emocjach i próbie wykazania się mogłaby tak namieszać, że potem nie dałoby się tego już odkręcić. Nie podobała mi się kapitulacja, szczególnie że zupełnie się nie zgadzałam z zarzutami, ale teraz chyba prędzej przekonałabym ścianę, by się przesunęła, niż Karenn, że nie miała racji. – Ja porozmawiam z Ykhar – oznajmiłam, zaciskając dłonie w pięści, a wampirzyca zatrzymała się z ręką wyciągniętą do klamki i spojrzała na mnie ze złością. – Wiem jak z nią rozmawiać, bo zanim zaczęłam pracować w przychodni, to sporo jej pomagałam i miałyśmy dobry kontakt – wytłumaczyłam pośpiesznie, nie dając wampirzycy szans na jadowitą odpowiedź.

– Skoro tak bardzo chcesz, to proszę bardzo – odparła wreszcie Karenn, najwidoczniej zadowalając się samym tym, że wreszcie coś poszło po jej myśli. – Ale tylko jeśli obiecasz, że porozmawiasz z nią jutro – dodała zaraz potem. – Nie za kilka dni, nie za tydzień. Jutro – mówiła, podchodząc do mnie. Ostatnie słowo wymówiła, stojąc już ze mną niemal twarzą w twarz.

– Zgoda – potwierdziłam, patrząc jej w oczy, by nie miała wątpliwości, że mówiłam szczerze. – Jutro.

– Ale jeśli coś spartolisz, to nie ręczę za siebie – powiedziała Karenn, mrużąc lekko powieki w groźnym wyrazie. Nie potraktowałam tego jednak zbyt poważnie, bo miałam wrażenie, że w ten sposób chciała jedynie ukryć satysfakcję z rozwoju sytuacji. To co zrobiłam, raczej nie było zbyt wychowawcze, ale naprawdę nie miałam lepszego pomysłu, jak ją powstrzymać. – No to do jutra – oznajmiła wampirzyca i tym razem już niezatrzymywana opuściła mój pokój.

Odwróciłam się w stronę Alajei, która z nietęgą miną patrzyła na drzwi, które zamknęły się za Karenn.

– Nie wygląda to dobrze – stwierdziła syrena, przenosząc na mnie wzrok.

– Zdecydowanie – przyznałam jej rację, ze zmęczeniem opuszczając ramiona.

– Spróbuję z nią porozmawiać, gdy trochę ochłonie – zaproponowała Alajea, wstając z krzesła. Minęła mnie w drodze do wyjścia.

– Dzięki, Allie – odparłam. Po tym zostałam już sama w pokoju.

***

Po całym tym dniu byłam tak wyczerpana, że z prawdziwą przyjemnością w końcu położyłam się do łóżka. Nie mogłam jednak zasnąć, bo jeszcze nie zeszło ze mnie podekscytowanie nowymi odkryciami oraz stres, nie wspominając już o tym, że sprawa Karenn i planowana jutrzejsza rozmowa z Ykhar nie dawały mi spokoju.

Zastanawiałam się, co tak właściwie się działo w głowie wampirzycy. Zawsze lubiła odrobinę ryzyka, ale ostatecznie przecież potrafiła zachowywać się rozsądnie, gdy sytuacja tego wymagała. Ba, zdarzało się, że wykazywała się o wiele większą dojrzałością niż ja... więc co było nie tak? Może przez naszą działalność zrobiła się zbyt pewna siebie, dlatego zaczęła bardziej osobiście traktować nasze niedowierzanie w jej teorie, a odrzucanie każdej propozycji obudziło w niej potrzebę, byśmy wreszcie postąpiły tak, jak ona chciała? A może włączenie Nevry do konspiracji sprawiło, że mimowolnie zaczęła z nim rywalizować i chce się wykazać? To by tłumaczyło, dlaczego tak się denerwowała, gdy o nim wspominałam... Dopuszczałam też myśl, że mogło chodzić o coś zupełnie innego, a zachowując się tak jak teraz, jedynie odreagowywała. W to jednak wątpiłam, bo gdyby tak rzeczywiście było, to na pewno powiedziałaby o tym przynajmniej Alajei, a tymczasem syrena sprawiała wrażenie, że też nie wiedziała, co się działo.

Chyba powinnam porozmawiać o tym z Nevrą, gdy tylko wróci... Tylko czy mieszanie go w tę sprawę nie byłoby dolaniem oliwy do ognia? Z drugiej strony, kto inny mógłby przemówić Karenn do rozsądku? W końcu Nevra zna ją najlepiej i wie, jakie argumenty mogłyby ją przekonać, że wcale w nią nie wątpiłyśmy, tylko po prostu niektóre jej pomysły były nietrafione albo niebezpieczne. Niestety nie wierzyłam, by ona tak na to popatrzyła... Pewnie uzna to jedynie za kolejny dowód, że we wszystkim potrzebowałam pomocy Nevry.

Nie miałam pomysłu, jak rozwiązać ten impas, skoro Karenn wcale nie chciała mnie słuchać, a i pomoc jej brata raczej nie wchodziła w grę… Mogło jeszcze się udać coś ugrać Alajei, ale nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei. Najmocniej liczyłam na to, że jutrzejsza rozmowa z Ykhar uspokoi wampirzycę i wystarczy, by ją udobruchać... albo jeszcze wzmocni jej przekonanie, że miała same dobre pomysły i tylko my z Alajeą nie umiałyśmy tego dostrzec... Cholera, to naprawdę nie wyglądało dobrze.

Im dłużej szukałam rozwiązania, tym w coraz ciemniejszych barwach to wszystko przede mną się rysowało. W końcu udało mi się pogodzić z myślą, że w sprawie Karenn już dzisiaj nic nie wymyślę i skupić się na rozmowie z Ykhar.

W przeciwieństwie do poprzedniej sprawy, w tej byłam pełna dobrych myśli. Odkrycia Ykhar faktycznie mogły się okazać kluczowe dla naszej konspiracji. Jeśli zebrane przez nią dowody będą niepodważalne, to może nawet do końca tego tygodnia Leiftan znajdzie się za kratkami! To cudowna perspektywa, którą z przyjemnością sobie wizualizowałam. Przeszkadzało mi w niej jedynie niepewność, co potem z Ashkorem. Czy Leiftan by go wydał? A jeśli nie, to co wtedy? Może się okaże, także na niego Ykhar coś ma? Ale byłabym zdziwiona, gdyby się okazało, że Purroy faktycznie już wcześniej widział dzwoneczek, ale dostał go nie od Valkyona, jak podejrzewałam, tylko od Ykhar! Jeśli jednak to nieprawda i brownie nic nie wie o Ashkorze, to trzeba będzie szukać dalej...

Po tej myśli doznałam tak nagłego olśnienia, że aż usiadłam na łóżku – list! Miałam list od Ashkore'a! Wcześniej nie myślałam o nim zbyt wiele, bo nie wiedziałam, jakby go wykorzystać, ale dostęp do biblioteki otwierał nowe możliwości! Z rzadkich rozmów z Ashem już od dawna żywiłam przekonanie, że on kiedyś należał do Straży albo przynajmniej mieszkał w Kwaterze... a to jak swobodnie się tutaj poruszał, zdawało się tylko to potwierdzać. Więc może gdzieś w bibliotece znalazłby się raport napisany tym samym pismem co list, ale opatrzony prawdziwym imieniem?

Podekscytowałam się tym pomysłem na tyle, że już nie mogłam się doczekać spotkania z Ykhar. Układałam różne scenariusze, zastanawiając się, jak ugryźć przy niej temat odkryć na temat Leiftana. Te rozmyślania uświadomiły mi, że umiałam z brownie rozmawiać i żartować, ale kompletnie nie miałam pomysłu jak z nią konspirować. Ostatecznie stwierdziłam, że najlepiej nie kluczyć, tylko postawić przed nią sprawę jasno i wyraźnie, by od razu wiedziała, na czym stoi. Byłam pewna, że Ykhar się ucieszy i poczuje ogromną ulgę, że nie musiała samotnie się mierzyć ze spiskowcami, a to brzmiało jak świetna podstawa pod owocną współpracę.

***

Rano do pracy przyszłam naprawdę podekscytowana. Teraz nawet już byłam zdolna przyznać, że Karenn miała rację, upierając się przy szybkim wprowadzeniu Ykhar do konspiracji – dzięki temu mogłyśmy wiele zyskać, a znając brownie, silenie się na zachowanie środków ostrożności byłoby jedynie marnowaniem czasu. Myślałam nawet, by się zwolnić z pracy i załatwić to już teraz, skoro od wyjazdu Kero Ykhar spędzała w bibliotece niemal cały dzień, ale niespodziewane okoliczności bardzo szybko wybiły mi ten pomysł z głowy.

Do przychodni trafiło trzech pacjentów, z czego tylko jeden dotarł tu o własnych siłach. Okazało się, że na morskich falach do naszych brzegów przydryfował jakiś specyficzny rodzaj wodorostów, który parzył tak jak meduzy. Podobno łatwo się pomylić, bo różnice między nim a inną tego typu morską florą były bardzo subtelne, ale poszkodowani zostali jedynie alchemicy, a po nich spodziewałbym się jednak odrobiny więcej wyobraźni. Cóż, najwidoczniej korzystając z nieobecności Ezarela tak dobrze się bawili, że całkiem zapomnieli o ostrożności.

Na szczęście Ewelein już spotkała się z podobnymi oparzeniami, dlatego nie błądziłyśmy, tylko od razu mogłyśmy wdrożyć odpowiednie leczenie. Między produkowaniem w moździerzu leczniczych papek, a oczyszczaniem i zabezpieczaniem paskudnie sączących się ran, usłyszałam, że Valkyon wraz z kilkoma obsydiańczykami i Enthrą mieli się zająć oczyszczeniem naszych wód z tych niebezpiecznych wodorostów.

Udało się nam ogarnąć sytuację w przychodni dopiero niecałe trzydzieści minut przed końcem mojej zmiany. Dzięki temu mogłam chociaż trochę odetchnąć i nastawić się na czekającą mnie rozmowę. Przez cały ten czas, gdy się zajmowałam pacjentami, to zupełnie nie myślałam o Ykhar, ale kiedy znowu miałam wolną głowę, to od razu zrobiłam się okropnie niecierpliwa. Gdyby nie ssący głód, to chyba nawet zrezygnowałabym z obiadu, ale niestety nie mogłam sobie na to pozwolić, bo im bliżej końca mojego dyżuru, tym coraz trudniej było mi myśleć o czymś innym jak o jedzeniu.

Po skończeniu pracy niemal zbiegłam do stołówki i jadłam tak szybko, że chyba tylko cudem nie nałykałam się powietrza. Miałam nadzieję, że od razu trafię w moment, gdy Ykhar będzie sama i uda się nam w miarę dyskretnie porozmawiać, bo inaczej chyba eksploduję.

Po posiłku od razu skierowałam się na schody do góry. Gdy brakowało mi może z jednego schodka do półpiętra, gdzie znajdowało się wyjście z Kwatery, zobaczyłam wychodzącego z biblioteki Leiftana. Gdy mnie zauważył, uśmiechnął się ciepło, a ja z trudem powstrzymałam się od ucieknięcia wzrokiem.

– Dzień dobry, Gardienne – odezwał się, zaczynając schodzić w dół, podczas gdy ja dotarłam do półpiętra.

– Cześć – odparłam, starając się posłać mu najnaturalniejszy uśmiech, na jaki tylko było mnie stać ze zmrożonym lękiem sercem. Najchętniej bym udała, że go nie dostrzegłam i po prostu parła przed siebie na targ czy gdziekolwiek, gdzie akurat liczba obecnych demonów wynosiła zero, ale nie mogłam sobie pozwolić na takie zachowanie, dlatego jedynie przystanęłam. Moja relacja z Leiftanem była już dostatecznie dziwna, więc nie musiałam jej jeszcze dodatkowo komplikować próbami zignorowania go. Niemniej momentalnie zatęskniłam za stanem rzeczy z ostatnich paru dni, gdy się nie widywaliśmy nawet przypadkiem na korytarzu.

– Idziesz się przejść? – zapytał uprzejmie, stając koło mnie.

– Um, tak – wyznałam, nie potrafiąc wymyślić na poczekaniu żadnej dobrej wymówki, skoro już byłam po pracy i z perspektywy Leiftana wyraźnie szłam do wyjścia... Wolałam się nie przyznawać przed nim, że zmierzałam do biblioteki.

– Mogę dołączyć? – niestety zadał to pytanie, którego usłyszenia obawiałam się najbardziej, bo stawiało mnie ono pod ścianą. Cholera, gdybym dotarła dzisiaj do biblioteki bez większych przygód, to by było zbyt proste...

– Jasne, chodź – odparłam, ponownie starając się wykrzesać z siebie uśmiech i nie okazać, że to była ostatnia rzecz, na jaką miałam teraz ochotę. Ruszyliśmy ramię w ramię przez drzwi. – Chyba jesteś ostatnio strasznie zajęty, bo dawno cię nie widziałam – zagaiłam temat, który wydawał mi się w miarę bezpieczny.

– Niestety tak – westchnął Leiftan wyraźnie znużony. Gdyby nie był demonem i zdrajcą, to może nawet zrobiłoby mi się go tak po ludzku szkoda. – Mimo że minęło już trochę czasu od uzdrowienia Kryształu, to ciągle jest trochę spraw z tym związanych, które trzeba domknąć.

– Czyli na przykład co robisz? – zapytałam, bo właściwie to ciekawe, gdzie Leiftan mógł spędzać na całe dnie. Stworzył wokół siebie otoczkę osoby bardzo zapracowanej i chyba już nikogo nie dziwiło, gdy gdzieś znikał. Nie wątpiłam, że bardzo mu to pomagało w spiskowaniu.

– Głównie piszę listy, czasem przyjmujemy z Miiko poselstwa... potrzebujemy spokoju na ziemiach Eel, a po ostatnim incydencie z Kryształem jeszcze nie wszystkie okoliczne ludy są przekonane, że na powrót mamy wszystko pod kontrolą – wytłumaczył, a ja po raz pierwszy przy nim miałam pełną złośliwej satysfakcji myśl, że na pewno nie łatwo było naprawiać konsekwencje własnego nieudanego planu.

– Rozumiem – odparłam, kiwając przy tym głową. W tym momencie dotarliśmy wreszcie na targ i objął nas tamtejszy gwar.

– Udało ci się zrobić jakieś postępy w naszej sprawie? – zapytał niespodziewanie Leiftan nawet nie próbując być dyskretnym. Odruchowo rozejrzałam się nerwowo, czując się dziwnie z tym, że demon wywołał ten temat zupełnie bez skrępowania na zatłoczonej ulicy.

– Czy to na pewno dobre miejsce na taką rozmowę? – powiedziałam, lekko ściszając głos. Niechętnie nachyliłam się do niego, by mieć pewność, że dobrze mnie usłyszał.

– Dopóki nie mówimy na głos imion, to raczej nie mamy czego się obawiać – stwierdził z łagodnym uśmiechem. Właściwie to nie powinno mnie dziwić, że tak lekko to traktował, bo przez lata spiskowania pewnie się przyzwyczaił, że to raczej on podsłuchiwał, niż był podsłuchiwany. – Poza tym, szczerze wątpię, by ktoś się zainteresował naszą rozmową, w końcu jesteśmy tylko parą przyjaciół miło spędzających czas na spacerze, prawda? – dodał, patrząc mi prosto w oczy. Jeśli pytaniem o dołączenie do przechadzki zostałam postawiona pod ścianą, to tym teraz zostałam do niej przygwożdżona.

– Tak, naturalnie, masz rację – powiedziałam, mechanicznym ruchem zakładając włosy za ucho w próbie ukrycia speszenia. – Tak więc... nie udało mi się na razie zbyt wiele ustalić, bo mój figurant nie pozostawia mi zbyt wielkiego pola do manewru.

– Dlaczego nazywasz go „figurantem”? – nieoczekiwanie zaciekawił się Leiftan.

– Co? – wyrwało mi się w pierwszym odruchu, ale zaraz się zorientowałam w sytuacji. – Przepraszam, trochę się zapędziłam... ziemscy detektywi używają tego słowa do określania obserwowanych przez nich osób – wyjaśniłam pośpiesznie.

– A kim są „detektywi”? – zapytał Leiftan, a ja chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie odczułam prawdziwości stwierdzenia „im dalej w las, tym więcej drzew”. Eldarya powstała w czasach, w których raczej nie istniał jeszcze taki zawód jak detektyw, a nie kojarzyłam, by Leiftan czytał ziemskie książki, więc miał pełne prawo nie znać tej nazwy.

– To tacy... tacy śledczy, działający nieoficjalnie i tajnie – wytłumaczyłam, tym razem uważniej dobierając słowa, by znowu nie użyć takiego, które mogłoby się okazać nieznane.

– Więc można powiedzieć, że my jesteśmy takimi detektywami? – odparł Leiftan i czułam w tym pewien entuzjazm, którego nigdy wcześniej u niego nie zauważałam.

– W pewnym sensie tak.

– Podoba mi się – stwierdził Leiftan z chłopięcym uśmiechem. Sprawiał wrażenie, że naprawdę go to cieszyło i gdybym z tyłu głowy nie czuła nieustannego niepokoju, to może nawet pomyślałabym, że wyglądał teraz całkiem uroczo. – A dlaczego masz małe pole do manewru? – zapytał po chwili, kończąc tę krótką dygresję z już znacznie poważniejszym wyrazem twarzy.

– Bo po mnie przychodzi i odprowadza, a w trakcie zajęć nawet na chwilę nie zostawia samej – wyjaśniłam, starając się brzmieć profesjonalnie. Choć już bardzo dobrze wiedziałam, co stało za takim zachowaniem Ezarela, postanowiłam to wykorzystać. – Nabieram przez to podejrzeń, że może faktycznie coś ukrywa.

– To faktycznie dziwne – oznajmił Leiftan, kiwając głową ze zrozumieniem. Chyba nie chciał, bym zbyt szybko zakończyła tę część swojego śledztwa. Niemniej nadal nie umiałam ocenić, co właściwie zamierzał osiągnąć tą naszą współpracą. – Myślę, że dobrze by było kontynuować tę obserwację po jego powrocie.

– Tak też zamierzam – zgodziłam się. – Liczę, że uda mi się trafić na moment, gdy opuści gardę.

– Oby – odparł Leiftan, poprawiając płaszcz na ramionach.

– A jak twoje postępy?

– Udało mi się sprawdzić pierwszą osobę – oznajmił, brzmiąc przy tym dość skromnie. Zawsze o swoich zasługach mówił, jakby to była jakaś drobnostka i podejrzewałam, że teraz wyjątkowo nie musiał tego udawać, bo pewnie nawet nie kiwnął palcem. Z jego perspektywy nie miałam podstaw, by choćby podejrzewać, że mógł nic nie zrobić, więc nawet nie potrzebował się wysilać na stworzenie jakichś pozorów. – Na podstawie wszystkich informacji, jakie udało mi się zebrać, mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest czysty.

– Kamień z serca – powiedziałam z całkiem udanym westchnięciem. Może to dlatego, że w jakiś sposób mnie uspokajało, że nie próbował rzucić choćby cienia podejrzenia na Kero. – A jak udało ci się to sprawdzić? – zapytałam, ciekawa jego reakcji.

– W ostatnich dniach tak dużo pracowałem w bibliotece, że Ykhar nierzadko zostawiała mnie samego, gdy musiała gdzieś pilnie wyjść – wyjaśnił spokojnie, podpierając się ręką pod brodą. Chyba nigdy się nie nauczę, że potrzeba czegoś więcej, by go sprowokować do odsłonięcia się chociaż na chwilę... – Udało mi się kilka z takich sytuacji wykorzystać na szukanie dokumentów niekoniecznie związanych z tym, nad czym aktualnie pracowałem – dodał zadowolony z siebie.

– Świetny sposób – stwierdziłam i pomyślałam, że dziewczyny miały naprawdę sporo szczęścia, że wstrzeliły się z oddaniem laboratoryjnych dokumentów, akurat gdy Leiftana nie było w bibliotece. – To teraz zajmiesz się następną osobą?

– Taki mam plan – oznajmił, po czym wzniósł oczy do nieba na słońce. – Niestety chyba już muszę wracać do Kwatery, bo niedługo ma przybyć posłaniec z plemienia wyznawców Garudy.

– Cieszę się, że mogliśmy choć trochę porozmawiać – stwierdziłam z kurtuazją.

– Ja również Gardienne – wyznał Leiftan, obdarzając mnie łagodnym uśmiechem, który kiedyś u niego tak bardzo lubiłam. Teraz już nie umiałam czerpać przyjemności z tego widoku, bo wiedziałam, że krył się za tym fałsz. – Ja również – powtórzył, po czym ukłonił mi się lekko i skierował do Kwatery. – To do zobaczenia, detektywie – dodał na pożegnanie. Gdyby powiedział to ktoś inny, to na pewno bym się zaśmiała, ale teraz wykrzesałam z siebie jedynie słaby uśmiech.

– Do zobaczenia – zawołałam za nim.

Nawet całkiem gładko poszła ta rozmowa, ale i tak gdy zostałam sama, czułam się co najmniej lekko roztrzęsiona. Trzymanie fasonu i pilnowanie się, by nie powiedzieć czegoś za dużo przy Leiftanie naprawdę sporo mnie kosztowało... Pokręciłam się jeszcze parę minut po targu, by się uspokoić i zebrać myśli przed czekającą mnie rozmową z Ykhar. Teraz była najlepsza na to pora, skoro Leiftana wzywały inne obowiązki. Oby tylko nie było w bibliotece nikogo innego!

Serce łomotało mi z emocji i ekscytacji, gdy wreszcie wróciłam do Kwatery. Wierzyłam, że z Ykhar po naszej stronie na pewno uda się zadać kres wszelkim spiskom.

Szczęście się do mnie uśmiechnęło, bo gdy weszłam do biblioteki, to okazało się, że brownie była sama. Odczytałam to jako dobrą wróżbę dla tego, co zaraz zamierzałam zrobić.

– Cześć – odezwałam się, podchodząc do biurka Ykhar.

– Cześć Gardienne – odparła, unosząc głowę znad papierów. Miała lekko zaczerwienione policzki i wydawało mi się, że głos jej lekko drżał, ale pomyślałam, że pewnie dopiero co wróciła z bieganiny po Kwaterze. – Co cię do mnie sprowadza?

– Ja... przychodzę do ciebie z pewną... dość dyskretną sprawą – wyznałam szczerze. – Masz trochę czasu? – zapytałam, a Ykhar zmarszczyła lekko brwi, ale odłożyła długopis i zwinęła zwój, nad którym właśnie pracowała.

– Oczywiście, zamieniam się w słuch – zachęciła mnie do mówienia, splatając palce obu dłoni.

– Przede wszystkim chciałabym spytać, czy ostatnio w raportach rzuciło ci się w oczy coś nietypowego? – zagaiłam, by jakoś wprowadzić pożądany przeze mnie temat do omówienia.

– Co rozumiesz przez „nietypowego”? – odpowiedziała pytaniem brownie. – Wachlarz odchyleń od normy i uchybień w raportach jest dość szeroki, i bez doprecyzowania mogłabym o tym gadać godzinami.

– Mam na myśli raporty, w których coś ci ewidentnie nie pasuje – wyjaśniłam, bacznie obserwując reakcję Ykhar. Jej twarz wydawała się lekko stężeć, przez co miałam poczucie, że szłam w dobrym kierunku. – Na przykład, że coś jest nie tak z kolejnością wydarzeń albo masz wrażenie, że w raporcie jest jakaś niewyjaśniona luka czasowa – wymyślałam na poczekaniu. Co prawda, jeśli Leiftan dałby się na czymś takim przyłapać, to chyba źle by świadczyło o jego umiejętności spiskowania, ale przecież mógł się poczuć zbyt pewnie. W końcu dopiero co rozmawiałam z nim otwarcie na targu o naszej małej współpracy...

Słabe rumieńce na policzkach Ykhar i zacięta mina, za którą zawzięcie próbowała się ukryć, sugerowały mi, że moje ślepe strzały jednak trafiły do celu.

– A do czego ci takie informacje, Gardienne? – zapytała brownie oficjalnym tonem. – Nie uraź się, ale gdybym zauważyła coś takiego, to nie zwlekałabym, tylko od razu poszłabym z tym do Miiko – dodała po chwili, a ja nie wątpiłam, że to był jedynie unik.

– Ykhar... ja... – powiedziałam, rozglądając się po bibliotece, choć wiedziałam, że byłyśmy tutaj tylko my dwie. Chciałam dodać brownie odwagi i pokazać, że byłyśmy po tej samej stronie. – Na własną rękę szukam kreta w Straży – wyjawiłam konspiracyjnym szeptem.

– Kreta w Straży? Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz – odparła Ykhar, unosząc z powątpiewaniem brew, ale nie dałam się nabrać. Tyle razy widziałam, jak próbowała się wykręcić od powiedzenia czegoś, że teraz bez problemu zauważyłam fałsz w jej reakcji. Czułam, że miałam ją już w garści, dlatego się zdecydowałam postawić wszystko na jedną kartę.

– Wiem o Leiftanie – wyznałam jeszcze ciszej. – Szukam dowodów, żeby móc go zdekonspirować przed Lśniącą – oznajmiłam, uśmiechając się do niej konfidencjonalnie.

Sądziłam, że będąc szczerą, uspokoję Ykhar i zachęcę do współpracy, dlatego mocno się zdziwiłam, gdy twarz brownie nieoczekiwanie wykrzywiła się w gniewie.

– Więc ty też dla niego pracujesz?! – zawołała ze złością, wstając przy tym z fotela tak gwałtownie, że niemal przewrócił się do tyłu, a ja zaskoczona mimowolnie cofnęłam się o krok. – Czy on naprawdę sądzi, że jestem tak głupia, że ledwie zamkną się za nim drzwi, a ja już go zdradzę?

– Ja... nie rozumiem, o czym ty mówisz... – odparłam, jednocześnie zbita z tropu i wystraszona.

– Kłamiesz – warknęła brownie i prawdę powiedziawszy, aż dotąd nawet nie wiedziałam, że w ogóle potrafiła tak do kogokolwiek się odezwać. Chyba nie była tak zła, nawet gdy głodny wiedzy potwór zeżarł zawartość połowy książek w bibliotece. – Widziałam przez okno, że dopiero co z nim rozmawiałaś, a teraz przychodzisz do mnie i wypytujesz o raporty!

– Nie... ja... nie pracuję z nim... ja... – dukałam i mimo że właściwie stałam na środku biblioteki, to czułam się zapędzona w kozi róg.

– Jakbym z nim pracowała, to też bym tak mówiła – oświadczyła Ykhar tak ostrym tonem, że nie miałam najmniejszej wątpliwości, że cała się gotowała w środku. – Czym cię skusił? Władzą? Zemstą? Maaną? – zapytała i wyliczając kolejne słowa, wyszła zza biurka. Stanęła o krok ode mnie i podparłszy się rękami pod boki, patrzyła prosto na mnie z dzikim błyskiem w oczach.

– Ja... nie... – powtarzałam się bez ładu i składu, bo nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, że będę musiała w rozmowie z Ykhar się bronić i udowadniać, że nie jestem wielbłądem.

– Przestań kłamać! – warknęła brownie i ze złością tupnęła nogą. – Zejdź mi z oczu i przekaż temu bydlakowi, że zrozumiałam sugestię. Nikomu nie pisnę ani słowa, nie musi mnie sprawdzać – dodała, po czym odwróciła się tak nagle, że jej włosy prawie chłosnęły mnie w twarz. Stałam jak ogłupiała i tylko mrugając, patrzyłam na nią, jak wracała za biurko. – Nie słyszałaś, co powiedziałam? Wyjdź – powiedziała z takim naciskiem, że moje ciało posłuchało jej zamiast mnie i automatycznie wykonało rozkaz.

Zatrzymałam się dopiero za drzwiami biblioteki. Zastygłam z ręką na klamce, dopiero teraz łącząc fakty.

O nie...

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.