FANDOM


Hej!

Dzisiejsza publikacja jest dla mnie zaskoczeniem, ale skoro tekst wydaje się gotowy, to nie będę tego na siłę przeciągać.

Pozdrawiam Asanamir, Rosseę i Setnefer <3

Link do wszystkich części

Miłej lektury <3




Przez chwilę patrzyłam Menhisowi w oczy, czując lekki dysonans, bo z jednej strony z rzadkich rozmów o telekinezie zdawałam sobie sprawę, że była dla niego ważna, ale z drugiej strony taka stonowana reakcja zupełnie mi nie pasowała do tak radosnej wieści. Chyba więcej entuzjazmu wykazałam w chwili, gdy oddając spodnie do prania, nieoczekiwanie znalazłam w ich kieszeni dwadzieścia maany... Niby porównywanie mojej i jego emocjonalności prowadziło donikąd, ale to nie zmieniało faktu, że nie za bardzo wiedziałam, jak się zachować.

– To... to wspaniale – wykrztusiłam wreszcie.

– Czuję się, jakby mi właśnie odrosła amputowana ręka – stwierdził wyraźnie zrelaksowany Menhis, ponownie przymykając powieki. – Zaczynałem już tracić nadzieję, a tu proszę... – dodał z westchnieniem ulgi. Po tym jednak niespodziewanie się wyprostował i otworzył oczy, jakby sobie o czymś przypomniał. – Muszę to zbadać – oznajmił, przesuwając się na skraj siedziska.

– Po co? Działa, więc wszystko jest w porządku – stwierdziłam, podpierając się rękami pod boki.

– Działa, ale potrzebuję wiedzieć dlaczego.

– To nie wiesz? – zdziwiłam się.

– W ostatnich dniach próbowałem różnych sposobów i nie jestem pewny, który ostatecznie zadziałał – wyjaśnił, palcami wyrównując talię leżącą na stoliku. Była jakaś niecierpliwość w tym geście, jakby tylko czekał, aż sobie pójdę, ale nie chciał mi tego powiedzieć wprost.

– Och, no chyba że tak – odparłam. – To nie zapomnij też wziąć pod uwagę tego, że się wreszcie wyspałeś – dodałam po chwili, wzruszając ramionami.

– To na pewno nie to – powiedział od razu, sprawiając wrażenie, że bardzo mu zależało, by nie wyszło na moje.

– Bo?

– Bo na przykład to nie pierwszy raz, kiedy się wyspałem? – odpowiedział i choć wyraźnie słyszałam na końcu znak zapytania, to nie miałam wątpliwości, że to było jedynie bardzo wrednie skonstruowane stwierdzenie. Zupełnie niezrażona jego tonem rozwinęłam myśl.

– Ale pierwszy raz się wyspałeś, będąc w mojej głowie – oznajmiłam, krzyżując ręce na piersi.

Menhis zaśmiał się krótko, ale to wystarczyło, bym nabrała podejrzeń, że zaraz usłyszę coś, co mi się raczej nie spodoba.

– Gardienne, jesteś bez wątpienia wyjątkowa, ale nie aż tak – stwierdził rozbawiony, a ja zacisnęłam na chwilę usta. Nie wątpiłam, że nie chciał mnie tym urazić, ale i tak trochę zapiekło.

– Skąd wiesz? Przecież nie wiadomo, jakiego faery mam w sobie krew – zaprotestowałam. – Mogę mieć jakieś pasywne umiejętności, o których nie wiem, a na ciebie działają.

– Nawet pełnokrwisty smok raczej by mi nie pomógł, a co tu dopiero mówić o faelienie – stwierdził Menhis z powagą kompletnie niepasującą do sytuacji, w której dosłownie jeszcze chwilę temu się śmiał. – Gardienne, gdyby rzeczywiście coś w tobie mnie leczyło, to powinienem już dawno zostać najzdrowszym psionem w Eldaryi – dodał o wiele swobodniej, teraz chyba traktując mój pomysł już jedynie jako wyborny żart.

– Więc naprawdę jesteś chory? – podchwyciłam temat. Nie, żebym wątpiła w słowa Huang Hua, ale nie dawało mi spokoju to, jak dziwnie odpowiedziała na pytanie, czy to, co dolegało Menhisowi, było związane z jego umiejętnościami. Trudno po czymś takim nie podejrzewać, że w jakiś sposób naginała prawdę, a może nawet mocno się z nią mijała.

– Hm? – mruknął psion, wyraźnie zaskoczony zmianą tematu... albo po prostu nie rozumiejący, o co mogło mi chodzić, a to tylko wzmogło moją podejrzliwość.

– Huang Hua jakiś czas temu zdradziła, że jesteś chory – wyjaśniłam wprost, uważnie obserwując jego reakcję.

– Ach, o tym mówisz – odparł Menhis z niedbałym machnięciem ręki. – Tak, jestem chory, Gardienne – wyznał, patrząc mi prosto w oczy. – Poważnie i przewlekle, ale możesz być spokojna, to nic zaraźliwego.

– I to przez tę chorobę straciłeś telekinezę? – zapytałam, domyślając się, że skoro nie powiedział wprost, co konkretnie mu dolega, to w takim razie musiał być drażliwy temat.

– Tak – odparł krótko Menhis, odwracając wzrok w kierunku talii kart. – I zrozumienie, co zadecydowało o jej powrocie, może być przełomem.

– Rozumiem – powiedziałam, słabo potakując głową. – Więc jak się domyślam, nie zamierzasz się kłaść?

– Nie – odparł uprzejmie psion, choć oboje wiedzieliśmy, że moje pytanie było retoryczne.

– To w takim razie chyba pójdę do siebie, żeby ci nie przeszkadzać – oznajmiłam, wreszcie postanawiając dać Menhisowi spokój, na który bez wątpienia liczył.

– Nigdy nie przeszkadzasz – oznajmił niespodziewanie psion, gdy chciałam się odwrócić do wyjścia. – Lubię czuć twoją obecność – dodał zupełnie zwyczajnie, jakby takie wyznania stanowiły codzienność i tylko ja byłam jakaś dziwna, że zaczęłam się przez to czerwienić. Chociaż w sumie to przecież właśnie było normalne w związkach... ale przez to, że wiedziałam, jak Menhis czuł i myślał, to podobne wyznania z jego ust wydawały mi się o wiele ważniejsze, niż gdyby wypowiedział je ktoś inny.

– Um… no to... pójdę tylko po pidżamę – powiedziałam trochę skrępowana, ale w gruncie rzeczy ucieszona.

– Mhm – mruknął Menhis z lekkim uśmiechem, który od razu zniknął, gdy tylko zwrócił wzrok ku kartom.

Wyszłam.

***

Do Menhisa wróciłam raptem po paru minutach, ale on już zdążył pogrążyć się w medytacji, w której postanowiłam mu nie przeszkadzać. Jedynym dowodem jego obecności nie tylko ciałem, był szelest kart, które od czasu do czasu po prostu się przesuwały i rozkładały na stole, a potem z powrotem zbierały w jeden stos. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy, to aż zastygłam na chwilę w bezruchu i patrzyłam jak oczarowana. Mimowolnie się uśmiechnęłam, gdy ten krótki spektakl się skończył tak samo nagle, jak zaczął. Naprawdę się cieszyłam, że Menhis odzyskał tę umiejętność i liczyłam, że odkryje odpowiedź na tak bardzo nurtujące go pytanie „dlaczego?”.

Przebrałam się w pidżamę i położyłam na łóżku plecami do okna, starając się nie narobić przy tym hałasu. Z tego miejsca nie mogłam zobaczyć Menhisa bez unoszenia głowy, więc zasypiając, jedynie z rzadka słyszałam szelest poruszanych telekinezą kart. To mi wystarczyło, by czuć jego obecność i właściwie to też to lubiłam.

***

Kiedy otworzyłam oczy, w pokoju było szarawo, co nawet półprzytomna z łatwością skojarzyłam ze wczesnym świtem. Choć czułam się wyspana, to gdzieś na krawędzi świadomości miałam poczucie, że nie obudziłam się tak po prostu, tylko coś to spowodowało.

Uniosłam głowę, by spojrzeć na fotel, na którym wieczorem siedział Menhis, sądząc, że mój sen przerwała jakaś głośniejsza od przekładania kart zabawa telekinezą, ale nie zobaczyłam go tam. Jedyną oznaką, niedawnej obecności psiona była wisząca przez oparcie jego tunika. Wyglądała na rzuconą niedbale.

Kątem oka zauważyłam coś na podłodze nieopodal fotela i skierowałam tam wzrok. Nie musiałam długo się przyglądać, by zrozumieć, że to był wysoki but, też niewątpliwie należący do Menhisa, a kawałek dalej leżał drugi. Zaintrygowana obróciłam się powoli na drugi bok, jakbym instynktownie przeczuwała, że powinnam zachować ciszę, i wtedy właśnie zobaczyłam psiona pod oknem. Miał na sobie jedynie podwinięte do kolan spodnie i stał w szerokim rozkroku wśród rozkopanych poduszek. Bokiem nachylał się w stronę prawej nogi na tyle głęboko, by móc się oprzeć dłonią o stopę. Drugą rękę miał uniesioną tak, że jego ramiona tworzyły niemal idealną, prostą linię.

Przyjemnym dla oka, nieśpiesznym, ale płynnym ruchem Menhis się wyprostował, a potem w podobny sposób jak poprzednio nachylił do drugiej nogi. Z najwyższym zainteresowaniem obserwowałam bardzo subtelną grę mięśni na jego szczupłych plecach i bokach, gdy się poruszał. Szarość poranka niestety ograniczała możliwości mojego postrzegania, ale dodawała też tej scenie odrobiny magii i wyjątkowości. To nie pierwszy raz w ostatnich dniach, gdy mogłam w spokoju się przyjrzeć Menhisowi, ale o ile ostatnim razem moje myśli trzymały się raczej dość niewinnych ścieżek, tak teraz... Hmm.

Niby nie stanowiło dla mnie żadnej wielkiej niespodzianki to, że Menhis był atrakcyjnym mężczyzną. Wysoki, smukły, o intrygującej i przystojnej urodzie – zdecydowanie było na czym zawiesić oko... ale ja z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy bardzo długo starałam się tego nie robić i nadal świadomie się hamowałam, nawet gdy już do czegoś między nami doszło. Patrząc na niego obecnie, zupełnie nie mogłam zrozumieć, co mną wtedy kierowało.

To chyba jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy moje ciało okazało się o wiele mądrzejsze ode mnie samej. Przecież już opiekując się Menhisem w gorączce, przyłapałam się na gapieniu na niego, a kiedy się pocałowaliśmy, to niewiele myśląc, od razu znalazłam z nim wspólny rytm i gdyby nie ta chwila otrzeźwienia, to pewnie mogłabym się posunąć o wiele dalej... Także może i wiedziałam, że Menhis był przystojnym mężczyzną, to dopiero teraz potrafiłam jasno określić źródło tej radości, jaką miałam z jego cielesnej bliskości – pociągał mnie i to bardzo.

Obserwowanie go zarówno w ruchu, jak i w statycznej pozie, sprawiało mi autentyczną satysfakcję, dlatego nie zdradzałam się z tym, że już nie spałam, byleby tylko nie przerywał. Chciałam się nacieszyć wreszcie dopuszczoną do świadomości atrakcyjnością jego ciała. Właściwie to mogłam też w końcu przed sobą przyznać, że naprawdę mnie ciekawiły doznania, jakich mogła dostarczać psionika... choć ciągle dobrze pamiętając szczegóły pocałunku z Menhisem, miałam przeczucie, że i bez wspierania się swoim specyficznym talentem, potrafił dać sporo przyjemności.

– Dzień dobry, Gardienne – odezwał się nagle Menhis. Drgnęłam wystraszona, bo przez cały ten czas leżałam w idealnym bezruchu, a psion ani razu nie spojrzał w moją stronę, więc kompletnie się nie spodziewałam wykrycia.

– Um... hej – mruknęłam zmieszana. Moje grzeszne myśli rozbiegły się w popłochu na wszystkie strony i zostałam zupełnie sama na placu boju. – Skąd wiesz, że nie śpię? – zapytałam nie bez zdziwienia.

– Jak się odpowiednio nastroję, to potrafię wyczuwać takie rzeczy – oznajmił ze spokojem Menhis, nie przerywając ćwiczenia, co całkiem mnie ucieszyło, choć przez rozpierzchnięte w panice kosmate myśli, w moim spojrzeniu już nie było żadnego podtekstu. Patrzyłam teraz na niego tak, jak się patrzy na coś wyjątkowo miłego dla oka.

– Jak to „nastroisz się”, co to znaczy?

– Jakby to tu wytłumaczyć, hmm... – zastanowił się na głos Menhis, zmieniając pozycję. Ułożył stopę na wewnętrznej stronie uda, a potem uniósł obie ręce do góry. Pomyślałam, że chyba mogłabym go tak oglądać godzinami i przez to dopiero po chwili się zorientowałam, że już zaczął mówić dalej. – ... większość umysłów roztacza bardzo subtelną aurę, która stanowi emanację tego, co się w nich dzieje.

– To tę aurę potrafi widzieć Huang Hua? – zaciekawiłam się, choć dość niechętnie wracałam myślami na ziemię.

– Nie, Huang Hua widzi uczucia i relacje między duszami, a to co ja widzę... porównałbym to do swego rodzaju mimiki umysłu, bo jestem w stanie w niej dostrzec, czy ktoś jest zły, rozbawiony, zaciekawiony i tak dalej, zupełnie tak jakbym patrzył na twarz, ale nie mam pojęcia, co te emocje powoduje – wyjaśnił, zamieniając nogi w pozycji, w której obecnie stał. – Ale żeby to widzieć, muszę się skoncentrować tylko na tym. Najbardziej się to przydaje w podróży, ale sprawdza się też, gdy na przykład się czeka na czyjeś przebudzenie.

– To od kiedy wiesz, że nie śpię? – to pytanie było silniejsze ode mnie i zadałam je, choć obawiałam się odpowiedzi.

– Przynajmniej od kilku minut – stwierdził Menhis ze wzruszeniem ramion, zupełnie ignorując, że miał je właśnie uniesione. Czyli wiedział od samego początku, bo wątpiłam, by od mojego obudzenia minęło więcej czasu... – Ogółem różnice w aurach są raczej drobne i rozróżnianie ich wymaga wprawy, ale sen od przytomności akurat różni się jak dzień od nocy, albo jak otwarte oczy od zamkniętych, jeśli wolisz iść tropem porównania z mimiką.

– Więc dlaczego dopiero teraz się odezwałeś?

– Podobne pytanie mógłbym zadać tobie – zaśmiał się psion, a ja poczułam ciepło napływające do moich policzków. Dlaczego z takim uporem sama się wkopywałam w niewygodne tematy? – Nie odzywałaś się i wyglądało mi na to, że myślisz o czymś intensywnie, to postanowiłem ci nie przeszkadzać – dodał uprzejmie, po czym lekko odwrócił głowę, by spojrzeć na mnie jednym okiem zza uniesionego ramienia. Może to tylko przywidzenie, ale miałam wrażenie, że czerwień jego tęczówki na chwilę rozjaśnił błysk zaciekawienia. – ... ale w końcu nie wytrzymałem.

– Och... no cóż... – zmieszałam się jeszcze bardziej niż w chwili, gdy Menhis się ze mną przywitał. W pierwszym odruchu zaczęłam pośpiesznie szukać jakiegoś gładkiego kłamstewka, ale zaraz się skarciłam w duchu, że przecież obiecałam mówić o wszystkim otwarcie. Pierwsze próby tego wyszły mi o wiele lepiej, niż się mogłam spodziewać, dlatego powinnam dalej się tego trzymać. Przełknęłam ślinę. – Po prostu obserwowałam cię i... – urwałam na chwilę, uświadamiając sobie, jak moje dzisiejsze olśnienie mogło wyglądać śmiesznie. – ... to zabrzmi głupio – uprzedziłam po chwili.

– Podobne oświadczenia tylko wzmagają moją ciekawość, myślałem, że już to wiesz – odparł Menhis, jak gdyby nigdy nic zmieniając pozycję. – Mogę obiecać się nie śmiać, jeśli ci to coś pomoże – dodał po chwili.

– Dzięki – powiedziałam ani trochę mniej zmieszana. Myśli, jakie miałam tuż przed tą rozmową, tak skutecznie się pochowały w zakamarkach mojego umysłu, że już praktycznie nie było po nich śladu, ale wolałam się do nich przyznać. Zresztą powiedzenie tutaj o czymkolwiek innym byłoby zwykłym kłamstwem, a to do niczego nie prowadziło. – Po prostu stwierdziłam, że... że bardzo mi się podobasz, tak czysto fizycznie – wydusiłam wreszcie z siebie.

– I co w tym głupiego? – zapytał Menhis, pochylając się mocno do przodu, mając wyprostowane nogi. Trochę mnie zbiła z tropu ta odpowiedź.

– Że tak późno to sobie uświadomiłam? – odparłam, a w mój głos mimowolnie wdał się pytający ton.

– Z tego, co sam zdążyłem zauważyć, to nie każda bliższa relacja musi się zaczynać od fizycznego przyciągania, podobnie jak nie każda fizyczna bliskość potrzebuje uczuć – powiedział Menhis, prostując się powoli. – To nawet zabawne, że akurat ja ci to tłumaczę – dodał z rozbawieniem, odciągając ramiona do tyłu. Splótł palce i wypiął pierś do przodu, prostując ręce.

– Cóż, coś w tym jest – stwierdziłam wymijająco, nie wiedząc, co innego mogłabym tu powiedzieć. To takie dziwne, że właśnie się przyznałam do czysto cielesnego pożądania, a Menhis nie wydawał się zainteresowany pociągnięciem tego tematu dalej... Jego odpowiedź była jedynie rozsądna i uspakajająca. Wątpiłam, by nauczył się tak świetnie całować, nie lubiąc i nie mając z tego żadnej przyjemności, więc może po prostu czekał na moją inicjatywę? Zaczęłam teraz żałować, że tak stchórzyłam i asekuracyjnie stwierdziłam, że moje wyznanie będzie głupie, bo teraz nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć.

– Od razu lepiej – powiedział z głośnym westchnięciem Menhis, gdy się rozluźnił, a potem wreszcie odwrócił się do mnie. W pierwszym odruchu mój wewnętrzny cerber niemal mnie zmusił do odwrócenia wzroku od nagiego torsu psiona, ale powstrzymałam się przed tym. Ten widok, choć przyjemny, wcale nie dodał mi odwagi do podjęcia tematu fizycznego aspektu naszej relacji.

– Czy to była joga? – zapytałam, woląc jednak porozmawiać o czymś innym. Jeszcze wrócę do tamtego tematu, ale nie teraz...

– Być może, bo podobno dawni psioni nauczyli się tych ćwiczeń jeszcze na Ziemi – odparł Menhis, rozkładając ręce. – Świetnie się sprawdza, gdy za bardzo się zesztywnieje, choć przyznam, że nie byłem dzisiaj w nastroju na bardziej złożone pozycje.

– Dlaczego? Co ustaliłeś w sprawie telekinezy?

– Nic – wyznał Menhis zaskakująco krótko, konkretnie i trochę oschle.

– Jak to? – wyrwało mi się od razu. Dziwiło mnie, że mimo braku odpowiedzi, nie kontynuował medytacji. Dotychczas raczej sprawiał wrażenie osoby uparcie dążącej do rozwiązania.

– Wszystko już mi się miesza – wyznał, przysłaniając oczy dłonią. Zaskoczył mnie tym jeszcze bardziej, bo raczej niechętnie się przyznawał do porażek. Przez krótką chwilę wyglądał na tak udręczonego, że najchętniej bym go przytuliła. Mimowolnie uniosłam się do siadu, jakbym w każdej chwili chciała być gotowa rzeczywiście to zrobić. – To wszystko, czego próbowałem w ostatnich dniach, tak się na siebie ponakładało, że nie mogę niczego jednoznacznie powiązać z powrotem telekinezy – dodał, odsłaniając twarz, na której gościło już tylko zwykłe znużenie. Niedbale wzruszył przy tym ramionami, jakby chciał mnie przekonać, że ten wewnętrzny bałagan wcale go nie irytował i dręczył. – Ale rozwiążę to w końcu.

– A może szukasz rozwiązania nie tam, gdzie trzeba? – zapytałam z niewinną miną, a Menhis zmarszczył brwi w milczeniu, wyraźnie czekając na dalszy ciąg wypowiedzi. Co prawda już wczoraj odrzucił moją koncepcję, ale jakoś nie umiałam jej skreślić, tym bardziej teraz gdy nie mógł znaleźć odpowiedzi. – Jeśli nie możesz niczego w sobie jednoznacznie powiązać z odzyskaniem telekinezy, to może wyjaśnienie leży gdzieś poza tobą? – powiedziałam, nie chcąc tak od razu mówić wprost, co konkretnie miałam na myśli.

– Na przykład w tobie? – zapytał uprzejmie psion, jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było, a ja skinęłam głową.

– Na przykład – potwierdziłam. Menhis nic nie powiedział, tylko przyglądał mi się z kamiennym wyrazem twarzy. – Czemu tak na mnie patrzysz?

– Czekam, aż docenisz, że tym razem się nie roześmiałem na ten pomysł.

– Dupek! – burknęłam urażona, krzyżując ręce na piersi. Menhis przewrócił oczami.

– Gardienne, mówiłem ci już o tym wczoraj...

– Wiem, ale... – zaczęłam, psion mi jednak przerwał.

– ... ale jak widzę, nie odpuścisz bez szczegółowych wyjaśnień – stwierdził, przysiadając na skraju łóżka. Przyciągnął do siebie jedną nogę, jakby chciał usiąść po turecku i rozmyślił się w połowie ruchu, po czym się oparł o nią przedramieniem. – Liczyłem, że się obejdzie bez tego, bo już zauważyłem, że jak mówię coś takiego, to się roztkliwiasz, a ja wolę, jak się uśmiechasz albo wściekasz, no ale niech ci będzie – dodał, nie kryjąc niezadowolenia. Nie miałam pojęcia, o co mogło mu teraz chodzić, ale taki wstęp wystarczył, bym się zamknęła. – Żebyś mogła zrozumieć, dlaczego powątpiewam w twoją teorię, musimy wrócić do samego początku naszej znajomości i tego, co było jej powodem. Miałem pomóc ci się pozbierać po opętaniach, prawda?

– Prawda.

– Pracowałem już z podobnymi przypadkami i w takich sytuacjach zawsze na czas odbudowy podstaw obrony obejmowałem taką osobę własnymi barierami, a to się wiąże z dopuszczeniem kogoś naprawdę blisko siebie. Podobnie zrobiłem z tobą.

– Nie czułam, żebyśmy byli jakoś blisko... – stwierdziłam zdziwiona.

– Bo nie umiesz tego ani wyczuć, ani jakoś wykorzystać, ale na pewno ogólnie poczułaś się lepiej – odparł, a ja sobie przypomniałam, że faktycznie od dnia jego przybycia, przestałam mieć koszmary. – Niestety dla mnie to jest bardzo wyczerpujące na dłuższą metę, dlatego zwykle się wycofuję po tygodniu lub dwóch, w zależności jak sprawnie ktoś sobie radzi z odbudową. Do ciebie jednak od samego początku miałem słabość, praktycznie od chwili, gdy stwierdziłaś, że moje umiejętności są bardziej upierdliwe niż straszne – powiedział, uśmiechając się kącikiem ust. Nie pamiętałam tego stwierdzenia, ale to zdecydowanie brzmiało jak coś, co mogłabym o nim pomyśleć. Pamięć Menhisa do szczegółów chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. – Więc mimo że minął ten standardowy czas, to ciągle odkładałem wycofanie się, tłumacząc sobie, że jeszcze nie jesteś gotowa na stanięcie na nogi... ale wiedziałem, że to niezbyt mądre, więc ciągle sobie powtarzałem, że „jeszcze tylko dzisiaj” i koniec... i tak to odwlekałem, aż minął pełny miesiąc, a to oznacza, że nasze umysły przez tyle czasu były naprawdę blisko i gdyby rzeczywiście coś w tobie mnie leczyło, to nie powinienem dostać migreny. A tymczasem przez to wszystko byłem tak wyczerpany, że nawet nie miałem epizodu gorączkowego, tylko od razu pojawił się ból – opowiedział, a ja choć już w połowie historii zaczęłam się domyślać, co usłyszę na końcu, to nie przerywałam mu. Byłam wstrząśnięta. Nie przesadzał, mówiąc, że robił głupie rzeczy, by mnie chronić... Z łatwością powiązałam się z jego gorączką, ale nawet w najodważniejszych przypuszczeniach nie posunęłabym się do podejrzenia, że już z jego migreną mogłam mieć coś wspólnego. – Także jeśli nawet przy takiej bliskości nic się nie wydarzyło, to teraz tym bardziej, choć przyznaję, że mimo wszystko rozważyłem tę koncepcję i nie ukrywam, że chciałbym, żeby to tak działało – dodał, wzruszając ramionami, po czym jak gdyby nigdy nic wstał i skierował się do szafy. – Teraz to ty dziwnie na mnie patrzysz.

– Po prostu jestem odrobinę wstrząśnięta... i poruszona – wyjaśniłam zmieszana.

– No mówiłem – mruknął, marszcząc z niezadowoleniem nos. – Nie powiedziałem tego, żeby ci zaimponować czy wzruszyć, a jedynie żebyś zrozumiała, że twoje myślenie jest błędne – odparł ze spokojem. Nadal nie mogłam się nadziwić, jak lekko traktował wyznania, które każdy inny przekazywałby prawdopodobnie z nabożną czcią. Przez to jak swobodnie się poruszał między tematami i wydawał się nie widzieć różnicy, czy mówił coś miłego, przykrego albo ciekawego, rozmowa z nim przypominała jazdę bez trzymanki... Ale na jedną rzecz nie mogłam narzekać: podobało mi się to, jak o wiele chętniej się na mnie otwierał i tłumaczył nie tylko rzeczy, które chciałam wiedzieć, ale też często takie, o których nawet nie miałam pojęcia, że mogłabym o nie spytać. To niesamowite, jak wiele udało mi się o nim dowiedzieć, tylko dlatego że wreszcie zechciał mi o tym opowiedzieć.

– Czy już zawsze rozmawianie z tobą to będzie wpadanie ze skrajności w skrajność? – zapytałam z westchnięciem, ponownie krzyżując ręce na piersi.

– Jeśli mam być szczery, to nie za bardzo rozumiem, co masz teraz na myśli – powiedział, wyciągając z szafy podróżną torbę. – Chciałem i chcę cię chronić, więc to odwlekanie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym i potrzebnym, a bliska obecność Miiko na szczęście pozwoliła mi na podobną lekkomyślność – dodał, tym samym udowadniając, że faktycznie minął się z tym, o co mi teraz chodziło.

– Na przyszłość wolałabym jednak, żebyś tak nie ryzykował – oznajmiłam, rezygnując z tłumaczenia. To co powiedział teraz, chyba bardziej ścisnęło mi gardło niż ta cała opowieść sprzed chwili...

– Roger – odparł Menhis i ten żołnierski żargon zabrzmiał w jego ustach tak gładko, jakby się wychował na amerykańskich filmach wojennych. Nie umiałam się nie uśmiechnąć. – Dobrze by było, żebyś się spakowała, bo pewnie niedługo już wszystko będzie gotowe na nasz wyjazd – dodał, przerywając na chwilę porządkowanie własnych rzeczy, żeby wyjrzeć za okno.

– Racja – odparłam i zaczęłam zbierać swoje ubrania. – A gdzie się mamy spotkać?

– Jak będziesz gotowa, to po prostu przyjdź na plac przed Świątynią.

– W porządku, w takim razie do zobaczenia – powiedziałam, po czym ruszyłam do wyjścia z pokoju i już miałam sobie pójść, gdy nagle zastygłam z ręką na klamce, uświadamiając sobie, że czegoś nadal się nie dowiedziałam.

– Trzydzieści jeden – powiedziałam, odwracając się tylko tyle, by spojrzeć przez ramię na Menhisa.

– Nie – odparł od razu psion, chwytając w lot, o co mi chodziło. – Ach, więc przeszłaś już na nieparzyste? – zapytał z rozbawieniem.

– Trzydzieści trzy – odpowiedziałam, ignorując jego pytanie. W końcu miałam dwie próby.

– Pudło – odpowiedział nie bez satysfakcji.

– A niech to – mruknęłam, przewracając oczami i dopiero wtedy wyszłam z pokoju.

***

Spakowanie się nie zajęło zbyt wiele czasu, bo nie miałam jakoś dużo rzeczy, ale w trakcie przyszło mi do głowy, że dobrze by było uzupełnić swoją podróżną apteczkę o gwiazdę lodowca. Lepiej się przygotować na każdą ewentualność, szczególnie w sytuacji, gdy Menhis mógł łatwo przeholować. Przeczucie niestety mi podpowiadało, że prędzej czy później to zrobi.

Z czasu pracy w prowizorycznym szpitalu, wiedziałam gdzie Koharu chowała klucze do lecznicy i nawet uzyskałam pozwolenie na wchodzenie do niej, kiedy tylko będzie mi to potrzebne, więc udałam się tam bez skrępowania. Nieśpiesznie przeszukałam szafki, ale niestety nie znalazłam żadnej fiolki z ekstraktem. Zajrzałam też do torby Ewelein, którą tutaj zostawiła na czas pobytu w Świątyni, bo jak ktoś potrzebował jej pomocy, to i tak przyjmowała go tutaj. Niestety tam też nie znalazłam tego, czego szukałam, a to już mnie trochę zdziwiło, bo zawsze sądziłam, że elfka była przygotowana na każdą ewentualność.

Nie podobało mi się wyruszenie w podróż nie do końca przygotowaną, ale pocieszałam się, że mieliśmy sypiać w karczmach, a tam raczej nie będę miała problemów ze znalezieniem pomocy w bezceremonialnym wsadzeniu psiona pod zimną wodę. Wracając do pokoju, wstąpiłam jeszcze na stołówkę, gdzie już pracowali kucharze i udało mi się zgarnąć dwie świeżo przygotowane kanapki.

Zgodnie z prośbą Menhisa przyszłam z moim bagażem na plac przed Świątynią, kiedy tylko uznałam, że zabrałam wszystko i okazało się, że na miejscu już trwały przygotowania. Wei, dopóki mnie nie zauważyła, to wyglądała na zupełnie obojętną na wszystko, co się działo na placu, ale jak tylko do niej podeszłam, to od razu jej twarz się rozjaśniła.

– Shau'kobowy są wypoczęte, w sakwach przy siodłach macie suchy prowiant na kilka dni – wyliczyła spokojnie Wei, gdy fenghuang, który chyba był tutaj kimś w rodzaju koniuszego, wycofał się w głębokim ukłonie, co dość jasno oznaczało, że wszystko było gotowe do podróży. Umieściłam swoją torbę na wybranym przeze mnie chowańcu, po czym podeszłam z powrotem do Wei.

– Dziękuję... – powiedziałam, po czym spojrzałam kątem oka na Menhisa, który niewzruszenie przypinał swoją torbę do siodła. – Dziękujemy za wszystko – poprawiłam się szybko, uśmiechając się przy tym.

– Nie masz za co dziękować, Gardienne, to był mój obowiązek odpowiednio przygotować was do drogi – odparła uprzejmie Wei, zupełnie ignorując moją poprawkę. Żadna z nas nie wątpiła, że Menhis był całkowicie ponad tę rozmowę i jakąkolwiek kurtuazję, a fenghuang chyba nawet nie oczekiwała od niego czegoś innego.

– Tak czy inaczej jestem ci szczerze wdzięczna za to i za gościnę w Świątyni, a także za wszelką pomoc, jakiej mi udzieliłaś – kontynuowałam, niezrażona jej oficjalnym tonem.

– Byłaś nam miłym gościem, Gardienne, i wiedz, że zawsze będziesz tutaj mile widziana – odparła Wei, kłaniając się.

– Wsiadaj, Gardienne, przygoda czeka – wtrącił się niespodziewanie Menhis, który okazał się już siedzieć w siodle.

– Już, już – mruknęłam w jego stronę, po czym najładniej jak potrafiłam, wymieniłam z Wei pożegnalne ukłony, po czym fenghuang odstąpiła krok do tyłu, by nie przeszkadzać mi przy wsiadaniu.

– Pamiętajcie o trzymaniu się szlaku i nocowaniu w karczmach – upomniała Wei, gdy już się rozsiadłam wygodnie.

– Naturalnie – odparł Menhis i to chyba było pierwsze słowo, jakie do niej skierował, od kiedy tu przyszłam.

– I uważajcie na siebie – dodała, brzmiąc zupełnie jak Miiko.

– Tak zrobimy – obiecałam.

– Niech was strzeże święty ogień – zawołała za nami, gdy odjeżdżaliśmy.

***

– Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli na trasie będę trochę więcej milczał? – odezwał się Menhis, raptem chwilę po tym, jak opuściliśmy świątynne mury.

– Raczej nie, a dlaczego? – odparłam zaciekawiona.

– Chcę się nastroić tak, jak już ci to dzisiaj tłumaczyłem, by móc z wyprzedzeniem wychwycić ewentualne zagrożenia – wyjaśnił spokojnie. – Nie spodziewam się co prawda żadnych niechcianych spotkań, ale będę spokojniejszy, trzymając rękę na pulsie.

– W porządku – stwierdziłam ze wzruszeniem ramion.

***

Droga, którą jechaliśmy, zdawała się ani trochę nie różnić od tej, którą przybyliśmy do Świątyni, ale po godzinie czy dwóch jazdy zaczęłam nabierać dziwnego przekonania, że wcale nie zmierzamy w stronę Kwatery. Na początku tłumaczyłam to sobie tym, że być może musieliśmy nadłożyć trochę drogi, by trafić na inny szlak, ale gdy na kolejnych rozstajach dróg Menhis wybrał odwrotny kierunek od tego, który sądziłam, że prowadził na ziemie Eel, to nie wytrzymałam.

– Czemu mam wrażenie, że w ogóle nie jedziemy w stronę Kwatery?

– Bo nie jedziemy – odparł Menhis.

– Jak to?

– Stwierdziłem, że nadłożymy jeden dzień podróży, żeby gdzieś podjechać – stwierdził, odrywając wzrok od drogi przed nami, by spojrzeć na mnie. – Nie musisz się martwić, Miiko się nie doliczy opóźnienia – dodał ze śmiechem.

– Mam nadzieję, że to miejsce będzie warte tego kłamstwa – powiedziałam, nieco niezadowolona, że już na samym początku Menhis zdecydował się postąpić wbrew temu, co obiecał Miiko i Huang Hua. Wątpiłam jednak, by udało się go przekonać do powrotu na właściwą trasę... i w sumie to nawet nie miałam ochoty tego robić, bo mimo wszystko zaciekawiło mnie, co takiego psion chciał pokazać, że aż specjalnie nadkładaliśmy drogi.

– Właściwie to nie będzie miejsce – odparł Menhis, a moja ciekawość tylko wzrosła.

– A co?

– Pamiętasz, jak chciałaś, bym ci opowiedział coś więcej o matce Martela?

– ... tak? – odparłam ostrożnie, zastanawiając się, do czego to pytanie mogło zmierzać.

– Pomyślałem, że najlepiej będzie, jak sama ci o sobie opowie – odparł, a ja w pierwszej chwili nie zrozumiałam i tylko zmarszczyłam brwi. Odezwałam się, dopiero gdy oberwałam olśnieniem jak obuchem.

– To ona gdzieś tu mieszka? – powiedziałam nie bez zdziwienia.

– Tak, na starość zrobiła się sentymentalna i wróciła w rodzinne strony.

– Więc jest fenghuangiem?

– Tak, w jednej trzeciej – odparł Menhis i znowu nie zrozumiałam, ale tym razem nie nadeszło żadne cudowne olśnienie.

– Jak to „w jednej trzeciej”? Takie coś jest w ogóle możliwe?

– Zobaczysz – powiedział Menhis z machnięciem ręki, najwyraźniej nie chcąc, żebym dopytywała.

– To chociaż powiedz, jak się nazywa – odparłam, przewracając oczami.

– Izyda.

– Jak ta egipska bogini?

– Nie wiem, prawdę powiedziawszy, nigdy mnie to specjalnie nie interesowało – odparł, odwracając głowę, by znów patrzeć na wprost.

– Cały czas była tak blisko i nie odwiedziłeś jej? – zapytałam, zaintrygowana relacją, jaka mogła łączyć Menhisa z tą całą Izydą.

– Nie, bo po co? – odpowiedział pytaniem Menhis, a oschły ton skutecznie mnie zniechęcił do dalszego wypytywania. Zastanawiałam się, o co mogło tu chodzić, ale domyślałam się, że niedługo się dowiem.

***

Z krótkimi przerwami, jechaliśmy od rana, aż do wczesnego wieczoru. Pogoda nam sprzyjała, zresztą jak zawsze w Eldaryi. Droga zgodnie z przewidywaniami Menhisa okazała się całkiem spokojna, choć nie miała zbyt wielu walorów turystycznych – nie widziałam nic innego poza ubitym stopami podróżników i łapami chowańców traktem, oraz ciągnącym się po obu jego stronach lasem. Początkowa ekscytacja podróżą dość szybko się przemieniła w znudzenie monotonią widoków, dlatego z miłą chęcią podjęłam się rozważaniom na temat Izydy.

Jaka była? Jak wyglądała? Dlaczego Menhis tak skąpo się o niej wypowiadał? Może się nie lubili? Wtedy to byłoby nawet urocze, że wniósł się ponad osobistą niechęć, żeby mnie z nią poznać i zaspokoić moją ciekawość... no chyba że lubili się aż za bardzo i dlatego Menhis wolał nie wchodzić zanadto w szczegóły...

Mimowolnie przykryłam dłonią usta, gdy ta myśl przyszła mi do głowy. Jeszcze by tego brakowało, żebym poznała jakąś jego dawną kochankę... ale przecież to Menhis i gdyby rzeczywiście miał z nią taką relację, to by mi się nią pochwalił, nie widząc w tym nic krępującego. Naprawdę mocno trzymałam się tej myśli.

Właściwie to nie wiem, co się spodziewałam zobaczyć u celu naszego dzisiejszego etapu podróży, ale prawie na pewno nie białego domku z czerwoną dachówką i ogromnego na pierwszy rzut oka ogrodu, otoczonego wysokim, drewnianym płotem. Zsiedliśmy z chowańców i Menhis otworzył szeroką furtkę, przez którą wprowadziliśmy nasze wierzchowce. Zostawiliśmy je pod daszkiem, najwyraźniej właśnie do tego przeznaczonym, po czym ruszyłam za psionem w głąb ogrodu w poszukiwaniu gospodyni.

– Tam – mruknął Menhis, wskazując na stojącą do nas tyłem kobietę w dość obcisłym ciemnym stroju, przycinającą wysoki, kwiecisty krzak. Po tym jak wspomniał, że Izyda na starość przeprowadziła się w te okolice, to spodziewałam się zobaczyć starszą, a przynajmniej dojrzałą wiekiem kobietę, a tymczasem miałam przed sobą szczupłą, drobną i niebywale żwawą osobę. Na jej długich do łopatek, czarnych jak węgiel włosach nie było śladu siwizny. Używała dużych nożyc ogrodniczych i gdy podchodziliśmy, to mignęły mi jej odsłonięte dłonie, na których nie dopatrzyłam się żadnych oznak starzenia, a wręcz przeciwnie, były gładkie i niemal białe, co wskazywało na bardzo jasną cerę ich właścicielki. Zdziwiło mnie to trochę, ale wiedziałam, że dopiero widząc jej twarz, będę mogła ostatecznie ocenić, ile miała lat.

– Izydo – odezwał się Menhis, gdy przystanęliśmy kilka kroków za nią. Nie wiedziałam, czy udawała, że nas nie usłyszała wcześniej, czy naprawdę była taka zaabsorbowana pracą. – Jesteśmy.

– Ach, witam, witam, przepraszam, nie zauważyłam waszej obecności – powiedziała kobieta przyjemnym, niskim głosem, odwracając się przy tym. Gdy zobaczyłam jej twarz, stanęłam jak wryta.

Wcale nie chodziło o to, że wyglądała na niewiele starszą ode mnie. Nie chodziło też o białą, niemal porcelanową skórę, która wydawała się nieco absurdalna, jeśli rzeczywiście tylko ona dbała o ten piękny ogród. Brwi miała ładne i wyraziste, jakby się wspomogła makijażem, a usta wąskie i rozciągnięte w uprzejmym uśmiechu, ale to też nie to, co zrobiło na mnie takie wrażenie.

Spiorunowały mnie jej oczy o jadowicie zielonych tęczówkach i czarnych jak noc białkach. Widziałam już podobne u Enthry, więc samo to jeszcze nie było jakoś niesamowite, ale to, jak patrzyły... Daleka byłam od poetyckich porównań, ale jej wzrok mógłby być tym, o którym myślał Nietzsche, gdy pisał o odwzajemniającej spojrzenie otchłani.

Oczy Izydy przeniosły się ze mnie na stojącego obok Menhisa, dzięki czemu wreszcie przypomniałam sobie o oddychaniu.

– Sądząc po jej minie, to jej nie uprzedziłeś? – powiedziała, ale nie umiałam określić, czy była niezadowolona, czy raczej rozbawiona.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo byłem ciekawy właśnie tej miny – odparł Menhis i choć spojrzałam na niego bez zrozumienia, to miałam takie mgliste poczucie, że powinnam mu solidnie walnąć.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.