FANDOM


Hej!

Nastawiałam się na jutrzejszą publikację, ale po dzisiejszych dwóch przeczytaniach stwierdziłam, że jest w porządku, więc nie ma co zwlekać, bo jeszcze mnie najdzie ochota na przebudowanie 1/3 tekstu, bo właściwie czemu by nie XD. W ogóle jak sprawdzałam interpunkcję, to mi się pokazała informacja, że cały tekst się składa z 379 zdań i mam takie poczucie, że to mało, choć tekst ma osiem stron, haha XD.

Pozdrawiam urlopową Asanamir <3 i Rosseę - tak jak zapowiedziałam, wprowadziłam zmianę według Twojego pomysłu, haha xD <3.

Link do pozostałych części

Miłej lektury <3




Przez chwilę po wyjściu ze sklepu Purroya stałam jak kołek, zaaferowana tym, co zauważyłam podczas rozmowy z nim, ale w końcu dotarło do mnie, że z boku to mogło dziwnie wyglądać, więc ruszyłam przed siebie wolnym krokiem. Dopiero co minęła dwunasta, a ja już napotkałam dwie sytuacje, z którymi nie miałam pojęcia co zrobić. Zdawałam sobie sprawę, że na pewno nie powinnam ich łączyć, przynajmniej dopóki nie będzie za tym przemawiało coś więcej niż wystąpienie zaraz po sobie… ale to tak strasznie kusiło! W końcu to tak pięknie do siebie pasowało, że Purroy okazał się rozpoznać dzwoneczek, a Valkyon wykazał się inicjatywą sugerującą prowadzenie jakiegoś własnego, prywatnego śledztwa. Do tego dodać informację, że nie było żadnej oficjalnej analizy tego należącego do Ashkore’a przedmiotu oraz fakt, że kotowaty chętnie i dyskretnie świadczy takie usługi, i voilà, teoria gotowa.

Tyle że nieważne jak do siebie to wszystko pasowało, to ciągle mogła być ślepa uliczka i tylko zmarnowałabym czas, podążając nią… Musiałam koniecznie porozmawiać z dziewczynami, bo jeszcze trochę takich rozważań i ból głowy gwarantowany.

Dotychczas szłam bez celu i gdy wynurzyłam się z rozmyślań, to się okazało, że całkiem nieświadomie dotarłam niemal do kiosku. Teraz jednak byłam już zdecydowana pójść do Karenn i Alajei, więc skierowałam swoje kroki do budynku Kwatery. Nie miałam pojęcia, co dziewczyny mogły teraz robić i czy w ogóle robiły to razem, ale musiałam je znaleźć, choćby schowały się pod ziemią.

Gdy wróciłam się na targ, wśród krążących na nim osób niespodziewanie zobaczyłam Chrome'a. Minęłam się z nim, nie przywiązując do tego większej uwagi, po czym zatrzymałam kilka kroków dalej, przypominając sobie, o tym co obiecałam Nevrze. Ostatnio jakoś nie miałam szczęścia do wilkołaka, więc zobaczenie go teraz uznałam za znak z góry, by z nim od razu porozmawiać. Narada z dziewczynami będzie musiała jednak chwilę poczekać...

Zawróciłam i z łatwością na nowo wypatrzyłam Chrome'a, który na szczęście nie zdążył zbyt daleko odejść. Podbiegłam kawałek, po czym zwolniłam, gdy byłam ze dwa kroki od wilkołaka i już idąc normalnym tempem, zrównałam się z nim.

– Cześć – powiedziałam, biorąc go pod ramię i bez czekania na odpowiedź pociągnęłam w stronę ścieżki prowadzącej do ogrodów.

– He... hej! – przywitanie Chrome’a od razu przerodziło się w protest. – Gdzie mnie zabierasz? – zapytał oburzony. Dał się prowadzić, ale czułam pewien opór w jego krokach.

– Chcę tylko pogadać w spokojniejszym miejscu – odparłam, uśmiechając się przepraszająco, a wilkołak demonstracyjnie przewrócił oczami. – Zapewniam, że zajmę ci tylko chwilę.

– Dobrze, niech będzie – zgodził się niechętnie. – Ale jeśli znowu coś kombinujecie, to nie licz, że coś ci powiem.

– Nie, nie, to prywatna sprawa – zapewniłam go, dobrze sobie zdając sprawę, że tym stwierdzeniem mocno naginałam rzeczywistość, ale w gruncie rzeczy to nie było kłamstwo. W końcu nie zamierzałam się dowiadywać czegokolwiek o Leiftanie czy Ashkorze, tylko potrzebowałam wiedzieć, czy Chrome mógł się wygadać.

– A to w porządku – stwierdził wilkołak. Miałam wrażenie, że po tej deklaracji trochę się rozluźnił.

Dotarliśmy do Ogrodu Muzyki i choć było tam teraz bardzo spokojnie, to i tak nerwowo się rozglądałam wokoło w poszukiwaniu ewentualnego niechcianego podsłuchiwacza. Chrome wyswobodził się z mojego uścisku, gdy tylko przystanęliśmy.

– Nie wyglądasz, jakbyś miała prywatną sprawę – oznajmił wilkołak, z powątpiewającą miną krzyżując ręce na piersi.

– Dobra, przyznaję, nie byłam z tobą do końca szczera – stwierdziłam skrępowana, tym razem rozglądając się już tylko po to, by uniknąć ewentualnego kontaktu wzrokowego.

– Wiedziałem – burknął Chrome, po czym się odwrócił, najwyraźniej chcąc odejść.

– Poczekaj, proszę, to naprawdę nie dotyczy „waszych” spraw – powiedziałam, odruchowo wyciągając do niego ręce, jakbym zamierzała go złapać, ale nie odważyłam się tego zrobić.

– Gardienne, nie jestem w nastroju do gierek – odparł Chrome, ale na szczęście się zatrzymał.

– A coś się stało? – zapytałam szczerze zaniepokojona, ale zaciśnięte w wąską linię usta wilkołaka zdradzały, że jego cierpliwość była już na wykończeniu. To zachowanie trochę mnie zdziwiło, ale też naprawdę mocno zmartwiło, bo dotychczas Chrome raczej nie okazywał, by lawirowanie między nami a Ashkorem i Leiftanem jakoś szczególnie mu ciążyło. Może właśnie po raz pierwszy okazywał, jak naprawdę się z tym czuł? – Rozumiem, że mam nie pytać? – odezwałam się po długiej chwili, podczas której wilkołak nie kwapił się do odpowiedzi.

– Nie – odparł krótko, ucinając temat jak nożem. Po samej jego minie widziałam, że choćbym błagała, to niczego mi nie powie. Wszystko we mnie krzyczało, że coś było nie tak, ale przez jego postawę musiałam odsunąć od siebie tę sprawę. Potrzebowałam się skupić na tym, z czym tu przyszłam. – Więc o co chodzi?

– Po prostu... po prostu chciałam zapytać, czy istnieje chociaż cień szansy, że twoi koledzy mogą się domyślać, że coś wiem – powiedziałam cicho. Chciałam ująć to możliwie krótko, ale nie umiałam tak wprost zarzucić wilkołakowi, że się wygadał.

– Jeśli masz na myśli to, czy coś im powiedziałem, to nie – odparł wilkołak, domyślając się, co tak naprawdę się kryło za moimi słowami.

– Nawet choćby przypadkiem? O jedno słowo za dużo? – dopytywałam już bardziej konkretnie, skoro oboje myśleliśmy o tym samym.

– Nie – powiedział od razu Chrome, brzmiąc na urażonego.

– Przepraszam, że pytam, ale potrzebowałam się upewnić – oznajmiłam, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Czułam, że podejrzewając go, zachowałam się podle, szczególnie teraz, gdy wyraźnie miał jakiś problem, ale naprawdę musiałam wiedzieć.

– A właściwie to dlaczego o to pytasz?

– Bo... – zaczęłam, chcąc mu opowiedzieć tę całą dziwną sytuację z propozycją współpracy, ale się zawahałam. Dotarło do mnie, że jeśli Chrome się nie domyślał, dlaczego akurat teraz zwątpiłam w jego umiejętność dotrzymania tajemnicy, to Leiftan prawdopodobnie nic mu o tym nie powiedział... Więc to była jakaś jego indywidualna inicjatywa? A może naprawdę zamierzał wrobić Chrome'a?! Ale przecież nie mogłam mu tego teraz powiedzieć, bo na pewno próbowałby zbadać tę sprawę, a wtedy już wszystko może się posypać! Zrobiło mi się zimno na tę myśl – Bo się wydarzyło coś, co mnie zaniepokoiło, ale najwidoczniej jestem przewrażliwiona – wymyśliłam coś na poczekaniu, na koniec śmiejąc się ze skrępowaniem, jakbym właśnie sobie uświadomiła, że zrobiłam coś bardzo głupiego. Chrome zmierzył mnie wzrokiem.

– Nie chcąc mi wytłumaczyć, o co chodzi, pogrywasz nieuczciwie – stwierdził w końcu.

– Popkultura mnie nauczyła, że właśnie tak należy postępować z czarnymi charakterami – powiedziałam, rozkładając ręce.

– Jaka kultura? – odparł Chrome, unosząc jedną brew.

– Wytłumaczę ci kiedyś.

– Lista rzeczy, które masz mi wytłumaczyć, zaczyna się powoli rozrastać – stwierdził wilkołak, tym razem już odrobinę rozbawiony. Ulżyło mi nieco na widok słabego uśmiechu na jego twarzy.

– O wszystkich pamiętam! – oznajmiłam, po czym lekko klepnęłam Chrome'a w ramię. – To ja już będę wracać do swoich zajęć. Jeszcze raz przepraszam, ale musiałam uspokoić moją paranoję – dodałam, po czym chciałam się odwrócić, by wreszcie pójść do budynku Kwatery, ale widząc znikający uśmiech wilkołaka, zatrzymałam się. – Pamiętaj, jeśli coś cię gryzie, to się nie krępuj, tylko przyjdź do mnie, dobrze? Ciągle jesteśmy przyjaciółmi, Chrome.

– Wiem, Gardienne – odparł wilkołak, po czym uciekł wzrokiem gdzieś w bok. – Dzięki – dodał i choć na ogół to słowo używało się do wyrażenia wdzięczności, tak teraz czułam, że miało ono tylko zakończyć tę rozmowę. Nie chciałam zostawiać Chrome’a w takim nastroju, ale całą swoją postawą dawał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie chciał mojej pomocy, więc zebrałam się w sobie i odeszłam. Pozostało mi mieć nadzieję, że kiedyś się zdecyduje skorzystać z mojej propozycji.

Dziewczyny odnalazłam całkiem łatwo, bo okazały się jeść drugie śniadanie na stołówce. Kiedy zobaczyłam je razem, pomyślałam z ulgą, że wreszcie coś się zaczęło dzisiaj układać. Podeszłam pośpiesznie do stolika, przy którym na szczęście siedziały same.

– Muszę wam coś powiedzieć – oznajmiłam jeszcze zanim dobrze usiadłam na krześle naprzeciwko nich.

– A co się stało? – zdziwiła się Alajea, nabijając na widelec kawałek pomidora z sałatki, która stała przed nią. Popatrzyłam na nią w wymownym milczeniu. – Ooo... rozumiem – odezwała się po chwili, kiwając przy tym głową.

Dopóki dziewczyny jadły, rozmawiałyśmy o jakichś nieistotnych drobiazgach i ploteczkach, przy których śmiałyśmy się tak jak zawsze, ale natychmiast spoważniałyśmy, gdy tylko opuściłyśmy stołówkę. Przeniosłyśmy się do mojego pokoju i zanim zamknęłam drzwi, jeszcze czujnie się rozejrzałam po korytarzu, ale nie zauważyłam niczego niepokojącego.

– Byłam dzisiaj u Purroya z dzwoneczkiem – oznajmiłam przyciszonym głosem, gdy podeszłam do dziewczyn, które już zdążyły zasiąść na swoich miejscach przy stoliku. – Rozpoznał go – dodałam i spodziewałam się co najmniej zaskoczenia, ale dziewczyny tylko patrzyły na mnie z uprzejmym zainteresowaniem, wyraźnie czekając na jakiś dalszy ciąg. No tak, wspominałam im, że w oficjalnym śledztwie prawdopodobnie nie zbadano dzwoneczka zbyt dokładnie, ale w końcu nie potwierdziłam tego stwierdzenia. – Nevra zapewniał mnie, że sprawdził raport i nikt nawet nie zlecił magicznej analizy dzwoneczka, a już na pewno nie Purroyowi – wyjaśniłam, a na twarzach dziewczyn wreszcie pojawiło się zrozumienie.

– Czyli sugerujesz... – zaczęła Karenn.

– ... że ktoś wykradł go już wcześniej i zbadał na własną rękę? – dokończyła Alajea.

– Właśnie tak.

– Ale kto? – zdziwiła się syrena.

– Czekaj, ale skąd wiesz, że Purroy go rozpoznał, powiedział ci to? – zdziwiła się również Karenn.

– Było coś takiego w jego postawie, gdy go oglądał... w tym jak się zatrzymał na rysie... jak ucho mu dziwnie zadrżało, gdy się przyglądał... – zaczęłam tłumaczyć i sama zbiłam się tym z tropu, uświadamiając sobie w miarę mówienia, jak słabe miałam argumenty. Przecież to wszystko mogło mi się przewidzieć...

– Czyli nie wiesz – stwierdziła Karenn z wrednym uśmieszkiem, najwyraźniej czując, że moja pewność co do tej sprawy zaczęła się chwiać w posadach.

– Przeczucie mi podpowiada, że mam rację – odparłam urażona, mimo wszystko decydując się pozostać przy swoim zdaniu.

– Przeczucie mówiło Karenn, że Leiftan jest smokiem – wtrąciła Alajea, a wampirzyca przewróciła oczami.

– Ile razy jeszcze zamierzasz to powtarzać? – burknęła w stronę syreny.

– Do syta – odparła Alajea z zadowolonym uśmiechem. Karenn nie odpowiedziała, tylko pochyliła głowę i palcami potarła czoło. – A tak na poważnie, to jeśli masz rację z Purroy’em i przyjmiemy, że wszyscy w Lśniącej wiedzą, że między nimi jest kret, to w zasadzie nie powinnyśmy się dziwić, że ktoś jeszcze wpadł na pomysł ze śledztwem – dodała syrena, zwracając już twarz ku mnie.

– Więc mogłybyśmy brać pod uwagę Miiko i Valkyona – oznajmiłam po chwili zastanowienia. Już chciałam powiedzieć o dzisiejszej sytuacji pod wiśnią i zrzucić z siebie brzemię teorii, na jaką wpadłam na targu, ale wtedy odezwała się Alajea.

– To mógłby być też Ezarel.

– Jak to? – zdziwiłam się. Zamrugałam, nie rozumiejąc skąd w ogóle taki pomysł.

– Jeśli zależałoby mu na dyskrecji, to pewnie wolałby nie zostać przyłapanym przez nikogo na badaniu przedmiotu związanego z Ashkorem – wyjaśniła syrena ze wzruszeniem ramion, a ja pokiwałam głową na zgodę. W takiej sytuacji to miało sens.

– To mógłby być także Leiftan – wtrąciła Karenn, unosząc głowę. – Mógł chcieć sprawdzić, czy dzwoneczek w jakiś sposób może doprowadzić do niego – wyjaśniła, gdy z Alajeą nie skomentowałyśmy jej stwierdzenia. Niestety to podejrzenie też miało sens.

– Myślę jednak, że to mógłby być Valkyon – powiedziałam po chwili ciszy, a gdy obie dziewczyny spojrzały na mnie z zainteresowaniem, to opowiedziałam im o tym, czego dzisiaj byłam świadkiem przy wiśni. – Fakt, że postanowił sprawdzić mur, gdy część Lśniącej wyjechała i nie podzielił się z Nevrą żadnymi podejrzeniami, może sugerować, że prowadzi jakąś własną sprawę – stwierdziłam na koniec.

– Może warto byłoby do niego zagadać? – zaproponowała Karenn.

– To dobry pomysł, ale chyba lepiej poczekać z tym na powrót Nevry.

– Bo? – zapytała wyraźnie niezadowolona z mojej odpowiedzi wampirzyca.

– Bo żadna z nas nie zna się zbyt dobrze z Valkyonem i może nas nie potraktować poważnie, nie wspominając już o tym, że nie wiadomo jak z nim w ogóle gadać… – wyjaśniłam, bezradnie rozkładając ręce. Z rzadkich wspólnych spotkań z chłopakami wiedziałam, że da się z Valkyonem miło spędzić czas, ale nigdy nie udało mi się z nim nawiązać porozumienia, które by mnie zachęciło do poznania się z nim bliżej. Zresztą od kiedy niechcący poruszyłam, jak się okazało, dość bolesny temat jego brata, raczej unikałam rozmów z nim sam na sam. Właściwie jakby się tak zastanowić, to moja propozycja poczekania na Nevrę mogła wypływać głównie z tego, by rozmowa z szefem Obsydianu nie padła na mnie.

– To fakt – stwierdziła Alajea. – Też uważam, że lepiej poczekać na Nevrę.

– Nie podoba mi się ta zwłoka, ale niestety muszę przyznać wam rację – odparła Karenn, wyrozumiale potakując ruchem głowy.

– Skoro już jesteśmy przy zwłoce – powiedziałam, gdy coś mi się przypomniało. – Co z biblioteką? Jak wam idzie?

– Potrzebujemy jeszcze z trzech dni – odparła od razu Alajea. Milczałam przez chwilę, czekając, aż dowiem się czegoś więcej, ale obie dziewczyny nie sprawiały wrażenia chętnych do podzielenia się ze mną swoim planem.

– A dlaczego tak? – zapytałam w próbie zachęcenia ich do zwierzeń. Dziewczyny wymieniły spojrzenia, po czym Alajea przewróciła oczami.

– Bo muszę najpierw zakończyć porządkowanie ksiąg, które zlecił mi Ezarel – wyjaśniła syrena.

– Czemu? – wykrztusiłam zdziwiona. – Co to ma z tym w ogóle wspólnego?

– Plan jest taki, że ja zarzucę Ykhar dokumentami i zagadam, a Karenn w tym czasie podkradnie z jej biurka spis ocalonych z wypadku ksiąg – wreszcie Alajea wytłumaczyła mi tyle, żebym zaczęła coś z tego rozumieć. Więc to dlatego w laboratorium nie sprawiała wrażenia załamanej przydzielonym zadaniem, bo to było akurat po jej myśli! – Ale Ezarel zastrzegł, że mam wynieść albo wszystkie księgi inwentarzowe, albo żadną.

– A Karenn nie może ci pomóc?

– Pomagam! – zawołała wampirzyca, z irytacją unosząc przy tym ręce. – Ale tego jest tyle, jakby Ez co najmniej od pięciu lat nic z tym nie robił i tylko czekał, aż ktoś podpadnie na tyle, by mu to zlecić – dodała, tym samym tłumacząc swoje zdenerwowanie. Nie zdziwiłabym się, gdyby jej podejrzenia były słuszne.

– Przecież Eza nie ma teraz, to nie będzie wiedział, czy przyniosłaś wszystko od razu, czy nie – powiedziałam, nie za bardzo rozumiejąc, na czym polegał problem. W końcu sama podróż do kapp i z powrotem trochę trwała, a Ez i Nevra mieli jeszcze misję do wykonania, więc dziewczyny miałyby dostatecznie dużo czasu, żeby dokończyć zadanie tak, by nikt się nie dowiedział, że wykonały je na raty.

– O nie, nie zamierzam mu podpaść po raz drugi – oznajmiła Alajea, unosząc obie ręce przed siebie, jakby chciała nas przed czymś powstrzymać.

– W porządku – stwierdziłam z rozbawieniem. – Ale ten plan nie jest jakiś karkołomny – powiedziałam po chwili, gdy to sobie uświadomiłam.

– Bardziej karkołomne pomysły zostawiłyśmy na ewentualne wykradnięcie księgi, jeśli jakaś nas zaciekawi – wyjaśniła Karenn tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

– Więc dlaczego nie chciałyście mi o tym powiedzieć? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Bo robisz śmieszną minę, gdy się niepokoisz – oznajmiła Karenn, odsłaniając kły w złośliwym uśmieszku. Spojrzałam na Alajeę, sądząc, że wampirzyca robiła sobie ze mnie żarty, ale syrena śmiejąc się, przytaknęła ruchem głowy. Nie skomentowałam tego inaczej jak przysłonięciem twarzy dłonią. – No co? – zapytała ze śmiechem wampirzyca, wyraźnie domagając się ode mnie jakiejś konkretniejszej reakcji.

– No nic, zastanawiam się tylko, dlaczego właściwie mnie to nie dziwi – stwierdziłam, czubkami palców masując skórę między brwiami. – No dobra, to wróćmy do poważniejszych spraw – dodałam po chwili z głośnym westchnięciem, prostując się przy tym. – Czyli na razie pozostaje nam czekać?

– Na to wygląda – stwierdziła Alajea.

– W porządku, to ja dam wam znać, jak Purroy przygotuje dla mnie analizę dzwoneczka, a wy się odezwijcie, jak będziecie wiedziały co z biblioteką – zarządziłam, wstając.

– A obserwujemy Valkyona? – zaciekawiła się Karenn. Zastanowiłam się chwilę.

– W sumie nie zaszkodzi – oznajmiłam ze wzruszeniem ramion.

***

W drodze na dyżur w przychodni, w progu między korytarzem Straży a Salą Drzwi nieoczekiwanie zatrzymała mnie Huang Hua.

– Gardienne, dobrze, że cię widzę – oznajmiła i może zaniepokoiłabym się tymi słowami, gdyby nie szeroki uśmiech, z jakim je wypowiadała.

– Coś nie tak?

– Nie, nic z tych rzeczy, po prostu zaczęłam się zastanawiać, czy nie chciałabyś wrócić do nauki języka Wyroczni – powiedziała, kładąc dłonie na moich ramionach. – Wiem, że Wyrocznia od uleczenia Kryształu nie wykazuje żadnej aktywności, ale mimo badań nadal nie mamy pojęcia, na czym polega wasza więź, więc myślę, że lepiej byś była przygotowana na ewentualny kontakt.

– To świetny pomysł, bardzo chętnie podejmę naukę. – odparłam z entuzjazmem. – Prawdę powiedziawszy ostatnio tyle się dzieje wokół mnie, że zupełnie wypadło mi to z głowy.

– A co się dzieje? – zdziwiła się Huang Hua, a moja bogata kolekcja momentów, w których miałam ochotę się ugryźć w język, właśnie się powiększyła o jeden.

– Ach, no wiesz... dużo drobnych rzeczy naraz – zaśmiałam się i machnęłam przy tym ręką, chcąc podkreślić, że to naprawdę nic ważnego. – To kiedy mogłybyśmy się umówić na lekcję? – zapytałam, by szybko zmienić temat.

Na szczęście tyle wystarczyło, by odwrócić uwagę Huang Hua. Umówiłyśmy się na następny dzień.

***

W przychodni, spędzając część zmiany z Ewelein, czułam się trochę jak zdrajca, nic jej nie mówiąc o tym, co usłyszałam o Ezarelu. Wiedziałam jednak, że Nevra miał rację i nie powinnam się w to mieszać. Niestety ta świadomość nie uchroniła mnie przed jeszcze gorszym samopoczuciem, gdy elfka zaproponowała lekcję alchemii już po tym, jak skończyła dyżur, czyli w swoim prywatnym czasie. Niestety nie przyjęła odmownej odpowiedzi, tłumacząc, że przychodnia zostanie w dobrych rękach Oluhui, która co prawda dopiero co wróciła z misji szkolenia nowej pielęgniarki w jednej z okolicznych wiosek, ale już rwała się do pracy.

W laboratorium było dzisiaj wyjątkowo spokojnie i mogłyśmy przebierać w stołach roboczych, ale i tak skorzystałyśmy z tego, który Ewelein najbardziej lubiła. Zajęłyśmy się przygotowaniem kończących się w przychodni preparatów do dezynfekcji, ale nie szło mi zupełnie, bo moje myśli zdawały się interesować wszystkim, tylko nie tym, co właśnie robiłam.

Na przemian myślałam o sprawie Ewelein i Ezarela, o analizie Purroya, o tajemniczym zachowaniu Valkyona, o braku Nevry, a nawet o propozycji Huang Hua i problemie Chrome’a. Przy tym ostatnim pojawiała się także kwestia współpracy z Leiftanem, na którą już mi brakowało miejsca w głowie, by ją potraktować jako coś osobnego. Nie żeby w tych rozmyślaniach był jakiś sens, ot po prostu skakałam z tematu na temat, żadnemu nie poświęcając dłuższej chwili na refleksję, czy wyciągnięcie wniosków, ale w takim nagromadzeniu zagadnień nie dało się inaczej. Dlatego nic dziwnego, że oczyszczoną wodę rozlałam, srebrnego pyłu nasypałam podwójną porcję, a jedną zlewkę stłukłam, gdy zbyt energicznie przechyliłam fiolkę z wysokoprocentowym alkoholem i uderzyłam nią w brzeg tego naczynia. Całe szczęście, że było puste.

– Można wiedzieć, o czym tak myślisz, Gardienne? – zapytała Ewelein z niepokojem, gdy akurat znowu rozmyślałam o niej i o tym, czy była jeszcze jakaś szansa, by nadal kochała Ezarela, dlatego poczułam się, jakby złapała mnie za rękę na gorącym uczynku.

– Em... przepraszam – wykrztusiłam, czerwieniąc się. – Ja... po prostu tęsknię, wiesz? – wyjaśniłam, wybierając z wachlarza poruszanych przeze mnie tematów ten najbezpieczniejszy. W duchu odetchnęłam głęboko, ciesząc się, że Ewelein już wcześniej przejrzała mnie i Nevrę, bo w innym wypadku nie wiem, czym mogłabym się wykpić.

Elfka pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym odwróciła się, by spojrzeć w stronę okna.

– Nie dziwię się – stwierdziła z wyraźną zadumą, po czym potrząsnęła głową, jakby odganiała jakieś nieciekawe myśli. – Niestety czasem przychodzi pracować także w mniej przyjaznych warunkach, a ciągle trzeba być tak samo skutecznym, także proszę, Gardienne, spróbuj się skupić i zaczniemy od nowa.

Ciężko mi było się zebrać w sobie, szczególnie że bardzo mnie ciekawiło, o czym Ewelein przed chwilą myślała, ale po takiej uwadze wypowiedzianej z ogromnej sympatią i zatroskaniem po prostu musiałam się doprowadzić do porządku. Inaczej chyba by mnie zjadły wyrzuty sumienia. Do końca lekcji już nie zrobiłam żadnego błędu.

Wieczorem, po dyżurze i tych wszystkich dzisiejszych perypetiach zdobyłam się tylko na wybranie do stołówki na kolację, po czym od razu poszłam do swojego pokoju, by się położyć spać. Idąc tam, pomyślałam, że miałam jeszcze uważać na Valkyona, ale powieki miałam tak ciężkie, że pomysł szukania go teraz umarł, zanim w ogóle zdążył się wyklarować.

***

Kiedy obudziłam się rano i przysiadłam na skraju łóżka, miałam dziwne wrażenie, że śniło mi się coś ważnego. Wspomnienia ze snu jednak miałam mgliste i szczątkowe – pamiętałam jedynie, że długo chodziłam po lesie, a potem dotarłam na równinę, z której mogłam podziwiać widniejący w oddali wielki, majestatyczny klif.

Zastanawiałam się dobrą chwilę, próbując się dopatrzyć w zapamiętanych przeze mnie obrazach czegoś ważnego, ale nic z tego. Ostatecznie zrezygnowałam z dalszych prób, stwierdzając, że to może moja podświadomość zaczęła się domagać odrobiny wolnego, ale to przecież nie wchodziło w grę. Miałam zbyt wiele rzeczy do zrobienia.

Następne dwa dni spędziłam krążąc między przychodnią a laboratorium, gdzie Ewelein dalej mnie uczyła alchemii, i biblioteką, gdzie z kolei spotykałam się z Huang Hua. Nie narzekałam, bo dzięki temu nie niecierpliwiłam się aż tak bardzo o analizę Purroya. Gdybym miała więcej wolnego czasu, to chyba z trudem by mi przyszło nieodwiedzanie go co godzinę, żeby się zapytać, czy może już skończył... Gorzej, że przez to zabieganie, nawet nie miałam chwili, by choćby pomyśleć o obserwowaniu Valkyona, nie wspominając już o próbowaniu przyłapania go na czymkolwiek.

Wyrwałam się na rynek w sprawie dzwoneczka dopiero wczesnym wieczorem drugiego dnia, ale nie martwiłam się, bo wiedziałam, że Purroy w swoim sklepie praktycznie mieszkał. Zanim weszłam, upewniłam się jeszcze, że w środku nie było nikogo poza nim i że nikt nie obserwował z zewnątrz. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się fatygowałam przyjściem tutaj, bo analiza nie była gotowa. Purrekos gorąco mnie za to przepraszał, tłumacząc się przy tym, że czeka jeszcze na wynik dwóch testów i poprosił o przyjście jutro o podobnej porze. Skoro jednak już tam byłam, to mu zapłaciłam umówioną kwotę.

Przez całą rozmowę przyglądałam się bardzo uważnie Purroyowi, ale tym razem w jego zachowaniu nie zauważyłam niczego, co mogłoby sugerować, że rzeczywiście znał już dzwoneczek i tylko udawał, że robił jakąś analizę. Wręcz przeciwnie, kotowaty wyglądał teraz na naprawdę przejętego i zawiedzionego sobą, że się nie wyrobił. Po tym jak Karenn mnie wypunktowała podczas spotkania w moim pokoju, z coraz większym trudem ufałam w swoje pierwsze wrażenie odnośnie do Purroya z dzwoneczkiem. Może byłam przewrażliwiona i doszukiwałam się tropów tam, gdzie ich nie było?

Poszłam na stołówkę na kolację i od razu wypatrzyłam tam Karenn z Alajeą, co w pierwszej chwili uznałam za uśmiech losu, bo dobrze by było je poinformować o postępach z dzwoneczkiem, a potem wreszcie mój mózg przeanalizował, co ja właściwie widziałam. Wampirzyca powoli uderzała głową w stół, a syrena tępo się wgapiała w talerz z gulaszem, w którym grzebała widelcem bez najmniejszej oznaki apetytu. Zaciekawiona załadowałam swoje jedzenie na tacę i czym prędzej do nich podeszłam.

– Co tam? – zapytałam, przysiadając się. Karenn uderzyła głową w blat, ale tym razem już jej nie uniosła ponownie.

– Od trzech dni nie robimy nic, tylko porządkujemy te cholerne księgi – powiedziała, ale przez bliskość stołu jej słowa brzmiały trochę jak mamrot. – Byłyśmy pewne, że dzisiaj skończymy i jutro z rana będzie można to zanieść Ykhar – dodała, na koniec podnosząc nieco głowę, by spojrzeć na mnie wilkiem. – I wiesz co?

– Co?

– Na sam koniec dnia znalazłyśmy jeszcze jeden karton wetknięty za zapleczowe biurko Ezarela – wyjaśniła ze złością w głosie, po czym znowu uderzyła czołem w blat. Teraz wyglądała na całkowicie opadniętą z sił.

– Och, to... to niedobrze – stwierdziłam, ani przez chwilę nie łudząc się, że ten dodatkowy karton znalazł się w tak nieoczekiwanym miejscu przypadkiem.

– Najgorzej, że teraz trzeba będzie przeszperać całe zaplecze, by sprawdzić, czy nie ma więcej takich niespodzianek – powiedziała Alajea niemal szeptem, nie odrywając wzroku od talerza.

– Dobry pomysł – stwierdziłam pocieszająco.

– Jeśli schował tylko ten jeden karton, to może jutro się wyrobimy – mruknęła Karenn.

– Na pocieszenie wam powiem, że jutro powinnam dostać wyniki analizy – powiedziałam, zabierając się wreszcie za jedzenie kolacji.

– To fantastycznie – odparła Karenn bez entuzjazmu, obracając głowę tak, że widziałam teraz jej profil. Uniosła rękę i złapała za sztuciec, który leżał najbliżej, czyli akurat widelec, i zamieszała nim w stojącym obok kubku z herbatą.

– Przyjść do was, jak już będę je miała?

– Taaaa – powiedziała do reszty zblazowana wampirzyca, a ja się zaśmiałam.

– No to jesteśmy umówione – stwierdziłam i już nie zważając na ogólny marazm dziewczyn, zjadłam kolację.

***

Jak już nadszedł wieczór następnego dnia to niemal nadludzkim wysiłkiem siły woli udało mi się powstrzymać przed pobiegnięciem do Purroya, bo byłam podekscytowana i zniecierpliwiona, a to naprawdę niebezpieczna mieszanka. Gdy dotarłam na targ, czułam dumę z samej siebie, że mimo kłębiących się we mnie emocji, myślałam na tyle trzeźwo, by jeszcze się upewnić, że w okolicy sklepu purrekosa, nie działo się nic niepokojącego.

Po wejściu do środka, Purroy przywitał mnie serdecznie, po czym jeszcze raz przeprosił za opóźnienie, kładąc na ladzie zawinięty w szmatkę dzwoneczek oraz zwój, a ja od razu sięgnęłam po to drugie. Zsunęłam z niego tasiemkę i pośpiesznie rozwinęłam, by przeczytać zawartość. Właśnie w tym momencie się poczułam, jakbym wbiegła w ścianę, bo spodziewałam się samych soczystych kąsków, a analiza składała się głównie z cyfr i słownictwa, które na pierwszy rzut oka nic mi nie mówiło.

– Em... Purroyu, a mógłbyś mi streścić najważniejsze wnioski? – zapytałam nieśmiało, a kotowaty się ucieszył, jakby tylko czekał, aż o to poproszę.

– Hmhm... – zastanowił się głośno, z namysłem podkręcając jeden z wibrysów, tak jak czasem to robią ludzie z wąsami. W każdym ruchu był teraz tak autentyczny, że do reszty zwątpiłam w moje podejrzenia, że już znał ten dzwoneczek. – Z takich czysto technicznych spraw, szczegółowa analiza składu wykazała, że dzwonek został wykonany ze spiżu – oznajmił, a ja kiwnęłam głową, że rozumiem. – Znalazłem na nim parę nałożonych zaklęć, dlatego zrezygnowałem ze zbyt czasochłonnego określania wieku przedmiotu na podstawie materiału i skupiłem się na samej analizie magicznej.

– I czego się dowiedziałeś? – powiedziałam, by Purroy nie myślał, że słuchałam go bez zainteresowania.

– Większość zaklęć jest w strzępach, ale to, co ocalało, wystarczyło, bym mógł stwierdzić, że są smoczej proweniencji i rzucono je przynajmniej pięćset lat temu, a to oznacza, że dzwoneczek mógł powstać jeszcze na Ziemi – wyjaśnił uprzejmie Purroy.

– A dlaczego zaklęcia są w strzępach? – zapytałam, starając się nie okazać, jak bardzo mnie zainteresowało to, że na tym przedmiocie wykorzystano prawdziwą smoczą magię.

– Bo ten dzwoneczek stanowił jedynie część większej całości, zakładam, że jakiegoś pancerza, bo ma na sobie zaklęcia ochronne charakterystyczne dla takiej części uzbrojenia i których raczej się nie nakłada na dzwonki. Prawdopodobnie zaklęcia objęły go jedynie przy okazji – wytłumaczył ochoczo Purroy. – Z ciekawostek znalazłem jeszcze ślady zaklęcia pozwalającego na wyciszenie przedmiotu – dodał zaraz potem, a na koniec podparł się łapkami pod boki. Pokiwałam głową, wreszcie rozumiejąc, jakim cudem z takimi ozdobami przy zbroi Ashkore mógł pozostać niewykryty. – Jednak nie to jest w tym najważniejsze.

– A co jest? – zapytałam zupełnie automatycznie.

– Jak wspomniałem, nie wszystkie zaklęcia zostały uszkodzone. Obok tych dość archaicznych i obecnie raczej nieużywanych smoczych czarów ochronnych i wyciszających, znalazłem także coś o wiele nowszego, co zachowało się w całości, prawdopodobnie dlatego, że zostało nałożone tylko na sam dzwoneczek – mówił Purroy, zeskakując z podestu, na którym stał, a potem wychodząc zza lady. – To zaklęcie mogło zostać rzucone nie dalej niż dwa albo trzy lata temu i co zaskakujące, to także magia smoków. Nie znałem go wcześniej, dlatego dokładnie zbadałem jego arkaniczne nici i sploty, dzięki czemu z całą pewnością mogę ci powiedzieć, Gardienne, że ten czar miał na celu uczynienie dzwoneczka kluczem – dodał, wyraźnie dumny z siebie i swojej dociekliwości.

– Kluczem? Do czego? – odezwałam się mimowolnie. Nie do końca rozumiałam, co właściwie Purroy zrobił, by to odkryć, ale i tak czułam, jak z ekscytacji zaczęła mnie mrowić skóra. To właśnie był trop, na jaki liczyłam!

– Do jakiejś skrzyni, drzwi lub jeszcze czegoś innego, trudno powiedzieć. Niestety nie znalazłem w zaklęciu niczego, co by to jasno określało – wyznał Purroy, bezradnie rozkładając łapki na boki. – Nie umiem też powiedzieć, czy wystarczy go mieć przy sobie, żeby to coś otworzyć, czy potrzebne jest coś jeszcze.

– Hmm... – zamyśliłam się na głos, jakbym właśnie na spokojnie analizowała, co właśnie usłyszałam, choć tak naprawdę całą sobą miałam ochotę już po prostu biec do dziewczyn. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobimy z tą informacją, ale na pewno była bardzo ważna. Może wtedy, pod murem, odgadłyśmy hasło, ale bez dzwoneczka ono nie miało prawa zadziałać? – Dziękuję za wyjaśnienie, Purroyu – oznajmiłam po chwili ciszy, kiwając lekko głową, chcąc w tej sposób pokazać, że niby doszłam do jakichś wniosków. – Wykonałeś kawał świetnej roboty, naprawdę dziękuję – dodałam z wdzięcznością, zgarniając owinięty dzwonek do kieszeni, a następnie wsuwając zwój pod bluzę, po czym po pożegnaniu wyszłam ze sklepu. Czym prędzej udałam się do budynku Kwatery, gorączkowo się zastanawiając, czy Karenn i Alajea nadal siedziały w laboratorium, czy mogły być teraz gdzieś indziej.

Gdy wkroczyłam do Sali Drzwi, zupełnie niespodziewanie zobaczyłam dziewczyny znikające za rogiem Korytarza Straży. Drgnęłam zaskoczona, po czym bez zastanowienia pobiegłam za nimi, wołając je. Obie się obróciły zdziwione.

– Musimy pogadać – oznajmiłam, gdy tylko dziewczyny się ogarnęły w sytuacji.

– Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo – odparła Karenn, ściskając w ręku jakiś spory notes. Zaciekawiłam się, o co mogło chodzić, ale zdawałam sobie sprawę, że korytarz to nieodpowiednie miejsce na takie dyskusje.

– Zatem do mojego pokoju – oświadczyłam i już bez czekania wszystkie trzy poszłyśmy do mnie.

– To kto zaczyna? – zapytała Alajea, gdy już usiadłyśmy przy moim stoliku. Karenn położyła swój notes tyłem do góry, także nie widziałam, co to właściwie było.

– Może lepiej Gardienne, bo nasza sprawa na pewno będzie bardziej czasochłonna – oświadczyła wampirzyca, a Alajea pokiwała głową. Rzuciłam im zaintrygowane spojrzenie, ale gdy Karenn jedynie ponagliła mnie gestem do mówienia, to wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z kieszeni dzwoneczek, a potem zza pazuchy wysunęłam zwój od Purroya. Obie rzeczy ułożyłam przed sobą na blacie.

– Dzwonek jest kluczem – oświadczyłam prosto z mostu.

– Co? – zapytała Karenn.

– Jak to? – wyrwało się w tym samym momencie Alajei.

– Purroy znalazł na dzwonku zaklęcie, które coś otwiera… na przykład drzwi – oznajmiłam, a Karenn się poderwała.

– To na co jeszcze czekamy? – zawołała, wyciągając rękę po dzwoneczek, ale odtrąciłam jej dłoń gładkim ruchem. Spojrzała na mnie zaskoczona, a ja w duchu byłam z siebie dumna, że tak świetnie wykorzystałam jej brak przygotowania na to, że jakoś zareaguję.

– Sprawdzałam już to – wyjaśniłam, starając się mówić spokojnie. – Byłam przy murze z dzwoneczkiem i nic się nie stało.

– Więc… – powiedziała powoli Karenn, wyraźnie skonfundowana. – … Dzwonek otwiera coś innego?

– To możliwe – przyznałam niechętnie. – Purroy jednak wspomniał, że dzwonek może być kluczem albo jedynie jednym z elementów potrzebnych do otwarcia czegoś.

– Czyli to coś może jeszcze wymagać na przykład hasła? – odezwała się Alajea, z miną zdradzającą, że chciała się upewnić, czy dobrze zrozumiała to, co sugerowałam swoją odpowiedzią.

– Tak! – oznajmiłam.

– Więc mogłyśmy odgadnąć hasło i nawet o tym nie wiedzieć... – powiedziała Karenn, z namysłem gładząc się po brodzie. Nie usiadła z powrotem na krzesło.

– Właśnie tak – odparłam, kiwając przy tym głową, bo przecież wcześniej pomyślałam dokładnie o tym samym. – Niestety Purroy nie umiał mi powiedzieć nic więcej na temat tego zaklęcia, poza tym, że może mieć co najwyżej parę lat i ma smocze pochodzenie – dodałam, a wampirzyca uniosła głowę i spojrzała w moją stronę tak nagle, że aż się wystraszyłam.

– Powiedziałaś „smocze”? – zapytała, wbijając we mnie wzrok.

– … tak? – potwierdziłam nieśmiało.

Tym razem Karenn była szybsza i zgarnęła dzwoneczek prosto sprzed mojego nosa, po czym ruszyła do drzwi.

– Gdzie idziesz? – zawołała za nią Alajea.

– Nie „gdzie idę”, tylko „gdzie idziemy” – oświadczyła wampirzyca, zatrzymując się przy moich drzwiach. – No na co czekacie? Idziemy sprawdzić te drzwi! – dodała poganiającym tonem, po czym tak po prostu wyszła. Wymieniłyśmy z Alajeą spojrzenia i wzruszyłyśmy ramionami, po czym poszłyśmy za Karenn, pamiętając, by zamknąć drzwi od mojego pokoju.

Wampirzyca szła szybkim i zdecydowanym krokiem, przez który ledwo za nią nadążałam. Sprawiała wrażenie, że miała jakiś plan, ale każde pytanie o to spławiała niedbałym ruchem ręki.

Zaczęło już się robić ciemno na dworze i właściwie to byłyśmy jedynymi osobami, które zmierzały w kierunku ogrodów, a nie do Kwatery. To mnie akurat cieszyło, bo zwiększało prawdopodobieństwo, że nikt nam nie będzie przeszkadzał przy wiśni.

Miałyśmy szczęście, bo ta część ogrodów, która nas interesowała, już zdążyła opustoszeć, więc nie musiałyśmy czekać, ale i tak wolałam stanąć na czatach przy wejściu, bo nie chciałam drugi raz dać się na czymś przyłapać. Karenn podeszła do miejsca, gdzie widziałyśmy zarys przejścia, a Alajea ustawiła się gdzieś w połowie drogi między nami, jakby z każdej strony wolała zachować bezpieczną odległość.

Wampirzyca odetchnęła głęboko, po czym wyciągnęła w stronę muru dłoń, w której trzymała dzwoneczek.

– Rzowto eis powiedziała cicho w języku, w którym z łatwością rozpoznałam język Wyroczni. Te słowa oznaczały po prostu „otwórz się”.

Jakież było moje zdziwienie, gdy coś ledwo słyszalnie zgrzytnęło, po czym kawałek muru ustąpił, odsłaniając wąskie i jak się okazało, dość dyskretne przejście. Karenn odwróciła się w moją stronę.

– Ha – powiedziała, w zadowolonym uśmiechu obnażając kły.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.