FANDOM


Hej!

Powiem szczerze, że gdybym tak nie lubiła Menhisa i nie byłoby jeszcze tylu rzeczy, jakie chciałabym o nim przekazać w tekstach, to chyba darowałabym sobie tę serię, bo pisanie tego to mordęga XD. Dość powiedzieć, że początkowo 1/3 tego rozdziału napisałam zupełnie bezproblemowo, ale po tym stwierdziłam, że poruszenie pewnych tematów kompletnie mi rozwaliło plan na pozostałą część tekstu, więc skończyło się to na tym, że trzy strony poszły do kosza i musiałam wszystko napisać jeszcze raz, tylko inaczej XD. Nie wspominając już o tym, że tekst (ZNOWU) wyszedł mi za długi i musiałam go skończyć w innym miejscu niż pierwotnie zakładałam...  Ech, no ale rezygnacja nie wchodzi w grę, więc pozostaje mi tylko sobie pomarudzić... xD. Serio, kiedy piszę Menhisa, to przydałoby mi się jakieś wsparcie moralne 24/7 XD.

Pozdrawiam bardzo Rosseę i Asanamir <3.

Link do pozostałych części

Miłej lektury <3




Menhis z powrotem usiadł prosto, a ja wynurzyłam się z wody na tyle, by wygodnie się oprzeć przedramionami o skalny brzeg. Nawet i bez obietnicy psiona o braku nudy ekscytowałabym się perspektywą podróży z nim. Wiedziałam jednak, że musiałam na razie się powstrzymać przed wybuchem entuzjazmu, przynajmniej dopóki się nie rozwiąże sprawa strefy. Nie zmieniało to jednak faktu, że byłam ogromnie zaciekawiona, jakie atrakcje mnie czekały.

– No to uchyl chociaż rąbka tajemnicy – poprosiłam, mokrym palcem rysując uśmiechniętą buźkę na suchym kawałku brzegu.

– Zamiast przez Balenvię, pojedziemy przez Ankh–tjenu – oznajmił Menhis. Nic mi to nie powiedziało, ale nie czułam potrzeby przyznawania się do tego. – To mniej popularna droga i trochę dłuższa, ale prowadzi przez kilka ciekawych miejsc.

– Na przykład jakich? – dopytywałam, by choć trochę zaspokoić głód informacji.

– Zobaczysz trochę ładnych widoków i parę historycznych ciekawostek – stwierdził wymijająco Menhis. – Nie masz pojęcia o historii tego świata, to taka wycieczka ci się przyda – dodał zaraz potem, nawet nie próbując udawać, że to nie miało zabrzmieć złośliwie. W zasadzie miał rację w tym, co mówił, ale ton, w jakim to powiedział, sprawił, że najpierw się zapowietrzyłam, a potem przeszłam do ataku.

– Nieprawda, trochę wiem – oznajmiłam z pełnym protestu burknięciem.

– Ach tak, kojarzę, że coś ci się obiło o uszy o Niebieskiej Ofierze – poprawił się Menhis wyraźnie rozbawiony. Siedział do mnie plecami, ale jakoś instynktownie wiedziałam, że na jego twarzy właśnie gościł bezczelny uśmieszek.

– Wyobraź sobie, że nie tylko – powiedziałam naburmuszona.

– Tak? To co jeszcze?

– Wiem także trochę o historii psionów – oznajmiłam, a gdy zaskoczony Menhis znowu odruchowo się odwrócił, to poczułam, że w tej słownej potyczce szala wygranej zaczęła się przechylać na moją stronę. Tym razem nawet nie drgnęłam, bo byłam pewna, że psion nie otworzy oczu.

– Ooo? – chyba jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam tak przesyconej zaciekawieniem głoski.

– Wiem o Menezo – oświadczyłam, a Menhis nieznacznie zmarszczył brwi. – O tym, jak ujawnił wasze istnienie, jak współpracował z królem i jak odszedł, gdy mu się znudziło – wyjaśniłam, z łatwością przypominając sobie to wszystko, co opowiedział mi Ethel. – O tym, jak psioni pomagali tropić daemony i o terrorze, jaki siali wśród faery, podkuszeni bezkarnością Meneza – zasypywałam Menhisa faktami, żeby nie miał najmniejszych wątpliwości, że dysponowałam konkretną wiedzą. Co prawda bardzo pobieżną, ale może pod natłokiem informacji tego nie zauważy.

– Intrygujące – przyznał psion, prostując się. – Teraz tym bardziej jestem ciekawy, jaki proces myślowy musiał się wydarzyć w twojej głowie, że nawet taka wiedza nie skłoniła cię do refleksji nade mną – powiedział po chwili. Spodziewałam się z jego strony raczej jakiejś pochwały czy po prostu wielkiego zdziwienia, a w najgorszym wypadku uporczywego dopytywania aż znajdzie coś, o czym nie wiedziałam, więc to stwierdzenie, które usłyszałam, było zupełnie niespodziewane. Miałam jednak na nie gotową odpowiedź, bo wbrew temu co Menhis sugerował, nie przyjęłam opowieści Ethela bezrefleksyjnie.

– Wręcz przeciwnie, dobrze się nad tobą zastanowiłam – oznajmiłam, podpierając się ręką pod brodą. – I uznałam, że prawdopodobnie nie byłeś święty, ale daleko ci do tej degeneracji, jaka toczyła pozostałych psionów. Bo przecież gdybyś był taki zły jak oni, to byś mi nie pomagał i nie mogłabym na ciebie liczyć, prawda? – wyjaśniłam i dopiero gdy to wypowiedziałam, uświadomiłam sobie, jak intymnie mogło zabrzmieć to wyznanie. – Poza tym… – chciałam kontynuować, ale się zawahałam na chwilę, nie będąc pewną, czy mówić o opinii Melchiora o innych psionach. Zaraz jednak uznałam, że powinnam o tym powiedzieć, bo jakby nie patrzeć, to przecież wspomnienie Ethela o „dobrym psionie” ostatecznie mnie uspokoiło. – Poza tym osoba, która mi to wszystko opowiedziała, okazała się przyjaźnić z jednym psionem i ten jej z kolei powiedział, że oprócz niego, jest jeszcze jeden „porządny” psion. Pasowało mi to do tego, jak ciebie postrzegałam, więc bez wątpienia uznałam, że to ciebie musiał mieć na myśli – powiedziałam, będąc w duchu ciekawą, jak Menhis na to zareaguje... i okazało się, że jedynie zaśmiał się cicho. – O co chodzi?

– Z mojej perspektywy to bardzo zabawne, bo jest tylko jeden psion, który uwielbia szafować określeniami w rodzaju „porządny”, „dobry”, „zły” i tak dalej, i jestem pewny, że gdy to mówił twojemu znajomemu, to na pewno nie miał mnie na myśli – wyjaśnił wreszcie Menhis, po czym znowu się zaśmiał. – Nie spodziewałem się, że jakakolwiek wieść o Melchiorze mogłaby mnie tak rozbawić.

– Dlaczego? – zdziwiłam się.

– Bo Melchior mnie nie cierpi i chyba dostałby wylewu, gdyby się dowiedział, że coś, co powiedział, zadziałało na moją korzyść – wyjaśnił psion, lekko pochylając głowę. Uniósł rękę i choć nie widziałam, co robił, to wydawało mi się, że pocierał czoło.

– Podkreślasz, że to on cię nienawidzi, więc domyślam się, że tobie jest obojętny? – zapytałam, pamiętając o jego relacji z Wei. Menhis się przygarbił i wydał z siebie pełne zamyślenia mruknięcie.

– Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi, Gardienne – stwierdził i to mi brzmiało na tyle wymijająco, że nie spodziewałam się usłyszeć czegoś więcej na ten temat, ale tym razem psion mnie zaskoczył. – Kiedyś odwzajemniałem jego niechęć tak bardzo, jak tylko potrafiłem, ale od kiedy postanowiłem się zmienić, to niezbyt wiele o nim myślałem. A teraz… hmmm… – zadumał się głęboko, po czym nagle wyprostował. – Nie, nadal go nie cierpię... – oznajmił wreszcie. – … i im dłużej o nim myślę, tym mniej mam ochotę o nim rozmawiać – dodał, a ja z cichym stuknięciem zamknęłam otwarte do zadania kolejnego pytania usta. Wiedziałam, że dotychczas szło coś za łatwo...

– To chociaż powiedz, kogo mógł mieć na myśli – poprosiłam z niewinną miną, próbując ugryźć temat z innej strony. Zaciekawiło mnie, że Menhis nie chciał rozmawiać o Melchiorze.

– Mogło chodzić tylko o Meldana – odparł od razu Menhis. Jakoś się nie zdziwiłam, gdy usłyszałam, że kolejny psion miał imię zaczynające się na literę „m”. – To prawdopodobnie jedyny psion w historii, o którym chyba każdy mógłby powiedzieć, że jest dobry, bo się urodził z najmniej ograniczoną emocjonalnością i moralnością. Melchior zawsze go podziwiał i w miarę swoich skąpych możliwości próbował naśladować – dodał sam z siebie, a ja pokiwałam głową.

To co powiedział Menhis, pokrywało się z tym, co usłyszałam od Ethela, bo w końcu Melchior przecież im pomógł, a to bez wątpienia było dobrym czynem. Potem jednak zastygłam w bezruchu, gdy sobie przypomniałam, jak źle ten psion się wypowiadał o swoich braciach... Wtedy nie myślałam o tym zbyt wiele, bo za bardzo zajmował mnie Menhis, ale czy ktoś, kto naprawdę chciał być dobry, pielęgnowałby w sobie nienawiść? I to tak potworną, że najchętniej by wszystkich zabił? Coś mi tutaj nie pasowało, ale wiedziałam, że dopytywanie o to mijało się z celem, skoro Melchior stanowił, przynajmniej na razie, temat zakazany. Na szczęście to jeszcze nie oznaczało dla mnie końca tej rozmowy.

– A ty? – odezwałam się. – Co sądziłeś o Meldanie?

– Nie interesowały mnie jego zasady, podobnie jak wszystko, co mogłoby w jakikolwiek sposób mnie ograniczać – stwierdził Menhis, rozkładając ręce, jakby chciał pokazać, że nic nie mógł na to poradzić.

– Zasady? – podchwyciłam, przypominając sobie, że psion już wspominał, że był uczony zasad. To mogło być zbyt odległe skojarzenie, ale wolałam od razu o to zapytać, niż się później zastanawiać. – Więc to on próbował cię wychować?

– „Próbował” to bardzo dobre słowo – odparł Menhis, układając dłonie z powrotem na kolanach. – … ale do tego chyba też nie mam ochoty teraz wracać – dodał, a ja demonstracyjnie dmuchnęłam głośno przez nos. Więc tutaj stała kolejna ściana.

– Powinieneś mi chyba przygotować listę drażliwych tematów – powiedziałam, obracając się do niego plecami.

– Taka lista miałaby tylko jeden punkt.

– I niby jak miałby on brzmieć? Bo szczerze wątpię, byś się zmieścił w mniej niż dwudziestu punktach – zaprotestowałam, krzyżując ręce na piersi. Może brzmiałam na urażoną, ale w zasadzie nie miałam Menhisowi za złe, że wolał nie poruszać pewnych tematów. Doświadczenie z ostatnich dwóch tygodni pokazało, że jak będzie chciał, to sam o wszystkim powie. Samo nawiązanie z nim relacji nie zobowiązywało go przecież do spowiadania się przede mną z każdego faktu ze swojego życia.

– Brzmiałby: „drażliwym jest każdy temat, który tak nazwę w rozmowie, w której jest poruszany” – oznajmił i miałam wrażenie, że był z siebie dumny, gdy to mówił. Parsknęłam na koniec.

– Błyskotliwe – stwierdziłam, przysłaniając twarz dłonią.

– Dzięki – odparł, a ja z westchnięciem oparłam się plecami o brzeg i rozłożyłam ręce, by się na nich wygodnie podeprzeć.

Rozumiałam, że Menhis mógł nie chcieć o czymś rozmawiać, ale nadal miałam ochotę o czymś posłuchać, bo lubiłam, jak opowiadał. Postanowiłam więc zagadnąć o coś bardziej ogólnego – zdążyłam już zauważyć, że tematy niedotyczące bezpośrednio jego życia raczej nie sprawiały mu problemu. – To jak nie chcesz rozmawiać ani o jednym, ani o drugim, to może chociaż mi wytłumacz, o co chodzi z tymi waszymi imionami – poprosiłam, odchylając lekko głowę do tyłu.

– A o co ma chodzić?

– Wszystkie zaczynają się na „m”!

– Ach, o tym mówisz – stwierdził Menhis i z kątem oka zauważyłam, że machnął przy tym ręką. – W ten sposób upamiętniamy Meneza.

– Meneza? – zdziwiłam się. – Dlaczego upamiętniacie zbrodniarza?

– Zapominasz, że my z reguły nie myślimy w kategoriach dobra i zła, a już na pewno nie martwimy się tym, jak oceniają nas normalni faery – oznajmił, wyraźnie rozbawiony moją reakcją. – Na ten pomysł wpadli psioni żyjący w czasach Meneza, a ich interesowało przede wszystkim to, co on dla nich zrobił... a zrobił całkiem sporo.

– Niby co takiego? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Powiedzmy, że był kimś w rodzaju wielkiego odkrywcy – wyjaśnił Menhis. – Odkrył kilka nowych zastosowań dla psioniki, a także opracował lepsze techniki dla tych już znanych. Był naprawdę wszechstronnym psionem i właściwie do dziś każda specjalizacja w jakimś stopniu korzysta z jego pracy.

– A tak… Ethel coś wspominał o tym – przyznałam, gdy słowa Menhisa odświeżyły moją pamięć.

– Są też bardziej przyziemne powody tego uwielbienia – kontynuował psion, jakby w ogóle nie usłyszał, że coś powiedziałam.

– Jakie?

– Psioni zmuszeni do wycofania się, z zaskakującym rozrzewnieniem wspominali te krótkie czasy pełnej wolności i rozpusty, jakie wydarzyły się za sprawą Meneza.

– Nie ukrywam, że odczuwam pewne zdegustowanie, gdy o tym mówisz – powiedziałam, mimowolnie krzywiąc się przy tym.

– Nawet przez chwilę nie podejrzewałem, że mogłabyś inaczej zareagować – oznajmił Menhis i nie byłam pewna, ale brzmiał mi na lekko rozbawionego. – Jednak niezależnie od tego, co na ten temat sądzisz, Menezo jest dla psionów bardzo ważną postacią, nawet biorąc pod uwagę to, jak skończył.

– A jak myślisz, jak skończył? – zapytałam, myśląc o teorii o upozorowanej śmierci. Co prawda wyleczyłam się już z podejrzeń, że Menhis mógłby być Menezem i z perspektywy czasu uważałam to za naprawdę głupi pomysł, ale ciekawiło mnie jego zdanie na ten temat.

– Nie rozumiem pytania – niby to było stwierdzenie, ale wydawało mi się, że na końcu usłyszałam niewielki znak zapytania.

– Melchior wspominał, że psioni nie byli zgodni, czy Menezo naprawdę zginął, czy tylko upozorował swoją śmierć – wyjaśniłam, znowu odwracając się do psiona przodem. Byłam co najmniej trochę zdziwiona, że nie od razu załapał, o co mi chodziło.

– Faktycznie ta sprawa przez jakiś czas wzbudzała pewne wątpliwości, ale obecnie już mało kto wierzy w mistyfikację.

– Dlaczego?

– Bo wiemy o istnieniu tarcz.

– Tarcz? – powtórzyłam za nim zaciekawiona.

– Tak nazywamy kobiety takie jak Wei – wyjaśnił pośpiesznie Menhis.

– To nie wiedzieliście o nich od zawsze? – zapytałam, znowu mimowolnie marszcząc przy tym brwi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że można coś takiego przegapić.

– Nie – odparł krótko psion, z teatralną przesadą wzruszając ramionami. Sprawiał wrażenie urażonego. – Bardzo długo nie zauważaliśmy tarcz, bo nie dość, że jest ich tak samo mało jak nas, to na nasze nieszczęście ich umiejętności są czysto pasywne i niewidoczne ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka. Właściwie to dopiero po nieudanym ataku rozpoznajemy, z kim mamy do czynienia – wyjaśnił spokojnie. – Menezo pewnie nawet nie miał szans odpowiednio zareagować.

– Więc ta dziewczyna, która go zabiła, była tarczą?

– Prawdopodobnie, inaczej to ona nie miałaby z nim szans – oznajmił Menhis i kiwnął przy tym głową, a ja westchnęłam. Domyślałam się, że Menezo naprawdę zginął, ale jakaś część mnie, ta lubująca się w teoriach spiskowych, czuła się trochę zwiedziona.

– Szkoda, mimo wszystko podobał mi się pomysł, że Menezo mógł upozorować swoją śmierć – stwierdziłam z westchnięciem.

– Naprawdę? – zdziwił się Menhis, po czym nagle drgnął i uniósł dłoń z wyprostowanym wskazującym palcem, jakby właśnie doznał jakiegoś olśnienia. – Zaraz, to dziwne sprawdzenie, czy nie mam paru setek lat... Podejrzewałaś, że to ja jestem Menezem? – zapytał zaraz potem ze szczerym zaskoczeniem.

– T... tak – przyznałam cicho, wbijając wzrok w gładką powierzchnię skały i zalewając się wstydem jeszcze bardziej gorącym niż otaczająca mnie woda.

– Bardzo mi to schlebia... – wyznał psion, wyraźnie hamując śmiech, ale na końcu go to przerosło. – Ale dlaczego?

– Menezo podobno był bardzo ciekawski i zabrzmiało mi to znajomo – wytłumaczyłam nieśmiało, patrząc teraz już gdzieś w bok, choć wiedziałam, że Menhis nie miał prawda widzieć mojego zawstydzenia.

– To takie urocze – stwierdził, nie przestając się śmiać. Właściwie to wcześniej chyba tylko raz, pierwszego dnia naszej znajomości słyszałam, żeby tak otwarcie i długo się śmiał... Mimo ogólnego skrępowania pomyślałam, że wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz bardzo podobał mi się ten dźwięk. – A tak na poważnie to z całą pewnością nie jestem Menezem. Co prawda dysponuję sporą siłą, ale jestem zupełnie zwyczajnym Menhisem – powiedział, gdy już się uspokoił.

– I zupełnie zwyczajnie nosisz w sobie energię Wielkiego Kryształu – odparłam z przekąsem.

– Z mojej perspektywy to ty jesteś dziwna, skoro jej nie masz – stwierdził, a ja z parsknięciem prysnęłam w niego wodą, po czym odbiłam się od brzegu.

Po tym już niewiele rozmawialiśmy, ale nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie. Daleka byłam od nerwowego poszukiwania tematu do rozmowy, bo w obecności Menhisa czułam się komfortowo, nawet gdy milczeliśmy. Właściwie to panującą między nami ciszę przerywał tylko psion, który najpierw się zaciekawił, co robiłam przez ostatnie półtora tygodnia, bo jak przyznał, niespecjalnie się tym wcześniej interesował, a później już tylko mi przypominał, że powinnam zrobić krótką przerwę w kąpieli, tak jak zalecał Gihei. Mnie było tak dobrze w tej ciepłej wodzie, że zupełnie o tym zapominałam, więc dobrze, że Menhis tego pilnował, bo pozostawiona sama sobie prawdopodobnie nie wynurzałabym się aż do ugotowania się na twardo. Najchętniej nawet nie wracałabym do domu wypoczynkowego, tylko moczyła się do samego rana, ale moje ciało niestety w końcu zaczęło się domagać snu i nawet na chwilę przysnęłam, gdy akurat siedziałam przy brzegu.

Menhis zgodził się na powrót bez najmniejszego zająknięcia – ot gdy to zaproponowałam, to po prostu wstał i poprawił swoje ubranie. Otworzył oczy, dopiero gdy mu na to pozwoliłam po dokładnym owinięciu się ręcznikiem, ale nawet wtedy unikał patrzenia w moją stronę.

Dojście do domu wypoczynkowego zajęło nam tylko chwilę. Półprzytomna od razu poszłam do łaźni tylko się przebrać w pidżamę, którą spakowała mi Wei, bo jak mówił Gihei, po kąpieli w źródle nie należało się już myć, by dobroczynne składniki z wody mogły odpowiednio się wchłonąć w skórę. Kiedy wróciłam na salę, Menhis miał już przygotowane z poduszek i koca siedzisko na podłodze. Jak to zobaczyłam, to nie byłam specjalnie zdziwiona, bo pamiętałam, że psion ostatnio dużo medytował… Nieoczekiwanie jednak w mojej głowie pojawiła się teraz myśl, która całkiem przytomnie stwierdziła, że musiał być ku temu jakiś dobry powód, bo przecież z rozmów z Menhisem w Kwaterze wiedziałam, że na ogół potrzebował sypiać jak każdy inny śmiertelnik. Zainteresowanie tym zagadnieniem trochę mnie ożywiło.

– Teraz też będziesz medytował? – zagaiłam, gdy w drodze do wcześniej wybranej przeze mnie leżanki, minęłam moszczącego się na poduszkach psiona.

– Tak.

– A właściwie dlaczego? – zapytałam, siadając na swoim miejscu.

– Pracuję nad czymś.

– Dla króla?

– Nie, tym razem akurat robię coś dla siebie – powiedział psion, chyba znajdując wreszcie najwygodniejszą pozycję, bo zastygł w bezruchu.

– A co? – zaciekawiłam się, samej też się kładąc. Ułożyłam się na boku i przykryłam kocem, po czym podłożyłam rękę pod głowę.

– Próbuję coś osiągnąć – oznajmił Menhis, po czym zaraz podjął swoją wypowiedź, tym samym nie dając mi dojść do słowa. – Wolę nie wchodzić w szczegóły, by nie zapeszać, ale jeśli się uda, to na pewno zauważysz.

Trochę mnie zdziwiło to, że tym razem tak dla odmiany wyjaśnił, dlaczego nie chciał o czymś mówić... I od razu też się zaciekawiłam, na czym mogło mu zależeć aż tak bardzo, że wolał nawet nie ryzykować kuszeniem losu. Postanowiłam jednak się zastosować do jego prośby i nie dopytywać.

– W porządku – powiedziałam. – A jak długo już próbujesz?

– Przynajmniej ładnych parę lat, ale dopiero od oddania części energii fletowi po raz pierwszy czuję, że jestem naprawdę blisko.

– Czyli od półtora tygodnia praktycznie nie spałeś? – zdziwiłam się. Usiadłam przy tym na leżance i podparłam się rękami z tyłu.

– Medytacja jest formą odpoczynku – stwierdził Menhis ze wzruszeniem ramion.

– Co to za odpoczynek, kiedy ciągle pracujesz – odparłam, przewracając oczami.

– Mnie wystarcza.

– A mi to brzmi na zwyczajne przepracowanie – oznajmiłam, podciągając nogi, żeby usiąść po turecku. – A co jeśli jesteś blisko, ale nie możesz tego dosięgnąć, bo medytacyjny odpoczynek jednak nie wystarcza? – zapytałam, a Menhis spojrzał na mnie z ukosa, jakbym właśnie powiedziała jakąś niewygodną prawdę. – Chodź spać ze mną – zaproponowałam po chwili. – Odrobina prawdziwego odpoczynku na pewno ci nie zaszkodzi, a może pomóc.

– Z tobą... czyli na twojej leżance? – zapytał nieoczekiwanie Menhis, unosząc jedną brew, a ja poczułam, jak się rumienię.

– Eee... – wykrztusiłam głupio. Moja propozycja wynikała jedynie z dobrej wiary, że to faktycznie najlepsze rozwiązanie i nie spodziewałam się, że Menhis mógłby ją potraktować jak zaproszenie. Chyba powinnam przy nim poświęcać więcej czasu na zastanowienie się, co ja właściwie mówię... – Prawdę powiedziawszy, niezupełnie to miałam na myśli – wyznałam szczerze, ze skrępowaniem pocierając kark dłonią, ale zaraz w mojej głowie pojawiło się pytanie „właściwie dlaczego by nie?”. Być może nawet zostało mi ono podsunięte przez tę samą myśl, która spowodowała tę całą rozmowę. Samo spanie razem to przecież nic wielkiego. Ot, będziemy blisko siebie, a ja już zdążyłam naprawdę to polubić. – ... ale jakby się tak zastanowić... to nie mam nic przeciwko – dodałam, ale Menhis miał dziwną minę, dlatego pośpiesznie powiedziałam coś jeszcze. – Oczywiście, tylko jeśli tobie to odpowiada.

– Dopytałem, bo nie byłem pewny, czy dobrze cię zrozumiałem, a nie dlatego, że mam coś przeciwko temu – wyjaśnił psion, po czym wziął wdech, a potem z wydechem wstał. – Dobrze, przekonałaś mnie, ale tylko się zdrzemnę.

– W porządku – odparłam z lekkim uśmiechem, choć obserwując go, jak wstawał, wbrew swoim wcześniejszym myślom zaczęłam się trochę stresować. Niby nie miałam czym, bo przecież mieliśmy tylko razem spać, ale teraz, gdy już dawno opadły emocje związane z naszym pocałunkiem, jego bliskość okazywała się wywoływać we mnie lekką nerwowość... ale nie potrafiłam jej sobie odmówić.

Myślałam, że Menhis od razu podejdzie do leżanki, na której się znajdowałam, dlatego zdziwiłam się, gdy odwrócił się do mnie plecami. Wyciągnął coś z kieszeni, a potem uniósł rękę do twarzy i lekko pochylony coś przy niej robił. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co się dzieje, ale zaraz potem skojarzyłam, że najprawdopodobniej wyciągał soczewki. Ciche stuknięcie pudełka zdawało się potwierdzać moje podejrzenia. Dopiero po tym psion do mnie podszedł, a ja się przesunęłam, by zrobić mu miejsce.

Poczułam ścisk w żołądku, gdy Menhis się kładł obok na plecach, ale gdy już leżał, to w nieoczekiwanym przypływie odwagi podsunęłam się do niego i lekko przytuliłam. Po prostu takie zbliżenie wydawało mi się zupełnie naturalne i oczywiste, w końcu osoby, które są razem, przecież tak robią… Nie rozumiałam, dlaczego moje myśli co chwilę przyjmowały inny front, ale stykając się teraz z ciałem Menhisa, byłam z tej obecnej zmiany zadowolona.

– Rozumiem, że też mogę cię objąć? – usłyszałam, a gdy uniosłam głowę, by spojrzeć na psiona, to w kąciku jego ust czaił się cwany uśmieszek.

– Tak – oznajmiłam, a Menhis po prostu uniósł rękę i mnie nią objął, dzięki czemu mogłam się podsunąć jeszcze bliżej i oprzeć wygodnie głowę na jego ramieniu. Przykryłam nas oboje kocem. – No to dobranoc? – powiedziałam, ale w mój głos wkradł się pytający ton.

– Dobranoc, Gardienne – odparł psion, po czym wypowiedział hasło, które kontrolowało światła w sali i wreszcie zapadła ciemność.

Cała ta rozmowa mnie rozbudziła, ale panujący mrok, a także bliskość Menhisa i przyjemne ciepło jego ciała bardzo mi pomogły na powrót się wyciszyć. Moim myślom wreszcie udało się zachować konsekwencję i już nie biły na alarm, że powinnam się stresować. Gdy zaczęłam powoli odpływać w sen, to zrobiło mi się tak dobrze i miło, że zapragnęłam podzielić się tymi odczuciami z Menhisem. W końcu chciał wiedzieć, jak na mnie działał, a ja nawet przez chwilę nie wątpiłam, że moje obecne samopoczucie to przede wszystkim dzieło jego obecności.

– Menhis? – powiedziałam cicho.

– Hm? – mruknął w odpowiedzi, ale nie miałam wrażenia, że go obudziłam.

– Jeśli chcesz, to możesz wejść do mojej głowy... – oznajmiłam nieśmiało. – Byś mógł się poczuć tak jak ja.

– Dzięki, Gardienne – odparł Menhis. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam przed zaśnięciem, było to, jak psion mocniej mnie do siebie przygarnął. Nic jednak na to nie odpowiedziałam, tylko po prostu uśmiechnęłam się pod nosem.

***

Obudziłam się, gdy już świtało. Z zaskoczeniem, ale też z radością odkryłam, że Menhis ciągle leżał koło mnie, a jego miarowo unosząca się pierś zdradzała, że prawdopodobnie jeszcze spał. Nie miałam jednak potrzeby tego sprawdzać, tylko po prostu wtuliłam się w niego na nowo i poprawiłam nasz koc, po czym z powrotem zasnęłam.

***

Za drugim razem obudził mnie dziwny szum. Przez chwilę nasłuchiwałam z zamkniętymi oczami i zrozumiałam, że to po prostu dźwięk lecącej wody. Dopiero po tym sobie uświadomiłam, że Menhis już przy mnie nie leżał.

Wszystkie moje półprzytomne myśli przybrały jeden front i tym razem już bez zmian trzymały się go aż do samego końca – nie byłam na tyle odważna, żeby w ogóle rozważyć dołączenie do psiona pod prysznicem. Przekręciłam się na drugi bok i wysunęłam nogi spod koca, bo zrobiło mi się trochę za ciepło, po czym w bezruchu i z przymkniętymi powiekami czekałam na powrót mojego partnera.

Odwróciłam się, dopiero gdy usłyszałam stukot butów, uznając to za oczywisty sygnał, że Menhis już musiał być ubrany. Pomyliłam się tylko trochę, bo okazało się, że psionowi została jeszcze do zapięcia tunika. Robił to nieśpiesznie i dłonie nawet mu nie zadrżały, gdy się zorientował, że patrzę na niego. Sama na szczęście też zaoszczędziłam sobie wstydu i powstrzymałam się przed szopką z odwracaniem się czy zasłanianiem oczu.

– Cześć – odezwał się Menhis, zapinając guzik na wysokości mostka. Usiadłam na leżance, mimo wszystko nie potrafiąc się zdecydować, gdzie podziać wzrok, bo niby nie chciałam się gapić, ale przecież już widziałam psiona bez tuniki. Ba, sama jej go wtedy pozbawiłam.

– Hej – odparłam, postanawiając po prostu patrzeć na jego twarz. – Jak się spało? – zapytałam, z rozbawieniem uświadamiając sobie, że Menhis na pewno spał dłużej, niż zamierzał.

– Mam poczucie zmarnowanego czasu, ale nie narzekam – stwierdził ze spokojem, zapinając guzik wyżej.

– A właśnie, że to robisz – stwierdziłam, starając się nie czuć urażoną jego wypowiedzią.

– Tak? – zdziwił się, po czym zaśmiał. – Nawet nie sięgnąłem do dolnej granicy moich możliwości marudzenia, Gardienne – oznajmił, ale nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo rozległo się pukanie, po którym do sali wszedł Gihei. Niósł jakiś pakunek.

– Dzień dobry – przywitał nas, kłaniając się przy tym, a ja pośpiesznie zerwałam się z leżanki, by to odwzajemnić. Menhis za to się odwrócił, prawdopodobnie nie chcąc, by fenghuang zobaczył kolor jego oczu. – Wei przysłała posłańca z informacją, że Kryształ został uleczony – wyjaśnił, prostując się.

– To świetna informacja – powiedziałam, czując przypływ radości. Wiedziałam, że dadzą radę! – W takim razie już mogę wracać do Świątyni i Kwatery?

– Huang Hua sądzi, że tak – odparł Gihei.

– W takim razie tylko się przebiorę i możemy wracać – oznajmiłam, po czym spojrzałam na Menhisa, a on kiwnął głową na zgodę.

– Będziemy na was czekać przy źródle – obiecał Gihei, po czym podszedł do mnie i wręczył pakunek. Zajrzałam do środka i zobaczyłam kilka bułeczek baozi, które już jadałam na tutejszej stołówce i były naprawdę pyszne. – To dla was na śniadanie – oznajmił, a po tym ponownie się ukłonił i skierował do wyjścia.

– Dzięki! – zwołałam za nim.

Choć Menhis twierdził, że nie ma pośpiechu, ja naprawdę szybko się przebrałam i zjadłam swoją porcję baozi. Poganiał mnie niestety niepokój, że samo wyleczenie Kryształu mogło nie wystarczyć, bym już nie miała żadnych dziwnych objawów i chciałam jak najszybciej rozwiać wszelkie wątpliwości. Poza tym popychał mnie też entuzjazm związany z zaplanowaną przez Menhisa inną trasą powrotu do Kwatery.

– Po drodze do Świątyni skontaktuję się z Miiko i Huang Hua, żeby je poinformować o naszym powrocie – oznajmił Menhis, gdy przechodziliśmy ten krótki kawałek między domem wypoczynkowym a źródłami.

– Powodzenia zatem – odparłam rozbawiona, bo podejrzewałam, że to nie będzie łatwa rozmowa.

Gdy dotarliśmy do źródeł, to zauważyłam, że brakowało Zhidonga, ale i tak czekały na nas cztery osoby – tą czwartą dość niespodziewanie okazał się Zao, który ucieszył się na mój widok.

– Gardienne! – zawołał, podchodząc do mnie, po czym ze śmiechem krótko poczochrał moje włosy, co stanowiło dla niego coś w rodzaju standardowego powitania.

– Domyślam się, że to ty jesteś tym posłańcem, który przyniósł szczęśliwe wieści? – zapytałam rozbawiona, poprawiając grzywkę.

– No ba – odparł Zao, zatykając kciuki za pas, przez co jego pierś wysunęła się lekko do przodu, jakby z dumą. – Mam nadzieję, że dzisiaj trochę potrenujemy – dodał zaraz potem i to nie brzmiało jak propozycja, tylko jak stwierdzenie faktu. Nie przeszkadzało mi to jednak jakoś.

– Jeśli tylko będę miała możliwość, to bardzo chętnie – powiedziałam, zerkając w stronę Menhisa, ale on już wyglądał na pogrążonego we własnych myślach. Nie sądziłam, by miał cokolwiek przeciwko treningowi, bo niby dlaczego? Tym bardziej że poparł moją chęć dalszej nauki walki, gdy o tym rozmawialiśmy w źródle. Na przeszkodzie mógł stanąć chyba tylko pośpieszny wyjazd.

– Och, to świetnie – ucieszył się Zao, zupełnie jakby usłyszał tylko tę część zdania po przecinku, a jego radość była tak zaraźliwa, że gdyby nie wtrącenie się Giheiego, to chyba zaproponowałabym mu trening już tutaj.

– Możemy ruszać?

– Tak, chodźmy – odparłam od razu.

***

Idąc przez wąską leśną ścieżkę, która za dnia okazała się jeszcze bardziej urokliwa, niż podejrzewałam, rozmawiałam z Zao. Chłopak z entuzjazmem opowiadał o planie treningowym na dziś i jak próbowałam to sobie wyobrazić, to zaczynałam nabierać przekonania, że czekał mnie dzisiaj solidny wycisk.

Mimowolnie ciągle obserwowałam Menhisa, który szedł z pochyloną głową, jakby się nad czymś zastanawiał. Zamierzałam spokojnie poczekać, aż odezwie się do mnie pierwszy, ale złamałam to postanowienie, gdy psion nagle odchylił się lekko do tyłu i całą postawą sprawiał wrażenie mocno zirytowanej osoby, wznoszącej oczy do nieba. Zaintrygowało mnie to na tyle, że przeprosiłam Zao i dogoniłam Menhisa akurat w chwili, gdy dotarliśmy do szerokiej, głównej drogi.

– Jak idzie? – zagaiłam, zrównując się z psionem.

– Chcesz posłuchać? – zaproponował niespodziewanie w odpowiedzi.

– A mogę? – zdziwiłam się. Psion pokiwał potwierdzająco głową. – To jasne, że chcę!

– W takim razie potrzebuję cię dotknąć – oświadczył, a ja ze szczerym zdumieniem uniosłam brwi. – Normalnie nie potrzebuję fizycznego kontaktu, by działać, ale teraz podtrzymanie rozmowy z Miiko i Huang Hua na taką odległość pochłania większość moich obecnych możliwości.

– Nie chciałabym, żebyś... – zaczęłam, obawiając się, że to jednak zły pomysł, skoro w grę wchodziło ryzyko przeforsowania.

– ... inaczej bym nie proponował – dokończył obojętnie Menhis. Ta fraza zaczynała na mnie działać jak wytrych. Naprawdę chciałam wierzyć, że psion wiedział, co robił, szczególnie że ponownie jego oferta była bardzo kusząca.

– Dobrze – zgodziłam się wreszcie i wyciągnęłam do niego dłoń, a on ujął ją delikatnie, ale pewnie. Nie było w tym geście ani odrobiny czułości, ale i tak przyjemnie mi było iść z Menhisem, trzymając się za ręce. – Potrzebujesz mojej zgody?

– Nie – odparł Menhis, po czym uśmiechnął się lekko. – Można powiedzieć, że tym razem zapraszam cię do siebie.

... jest nieodpowiedzialne, niemądre i stanowi niepotrzebne ryzyko... – usłyszałam nagle w głowie zbulwersowany głos, który bez wątpienia należał do Miiko. Jej słowa brzmiały jak podsumowanie dłuższej tyrady, co tłumaczyło, dlaczego Menhis wcześniej sprawiał wrażenie zirytowanego. – Musisz wrócić jak najszybciej do Kwatery, a nie szlajać się nie wiadomo gdzie! Musisz unikać niebezpieczeństw, a nie pakować się w nie!

Mówisz to tak, jakbyś wcale nie była osobą odpowiedzialną za bezpieczeństwo na ziemiach Eel – stwierdził ze spokojem Menhis. Spojrzałam na niego kątem oka, ale jego usta nawet nie drgnęły. Dziwnie się z tym czułam.

Jestem za to odpowiedzialna, ale nie jestem w stanie zapewnić bezpieczeństwa na wszystkich szlakach – odparła Miiko i po jej głosie miałam wrażenie, że uwaga Menhisa ją uraziła.

To może pora się zastanowić, czy jesteś odpowiednią osobą do tego zadania? – kontynuował beznamiętnie psion.

Ja... – wykrztusiła kitsune. Mimo wszystko zrobiło mi się jej szkoda, bo psion był dla niej po prostu bezlitosny.

Menhis, pohamuj się – usłyszałam nagle Huang Hua. No tak, Mehis wspomniał, że ona też uczestniczy w tej rozmowie. – Wiem, że jesteś nami zawiedziony, ale to nie powód, by się wyżywać.

Co ma mój zawód do oczekiwania, by Miiko się wywiązywała ze swoich podstawowych obowiązków? – zapytał psion takim tonem, że niemal fizycznie poczułam bijący z niego chłód.

Po stronie Miiko i Huang Hua zapadła cisza. Znowu spojrzałam na Menhisa, nie wiedząc, co teraz robić, ale on nadal spokojnie szedł.

Jaką trasę planujesz? – odezwała się w końcu Huang Hua i wydawało mi się, że w jej głosie słyszałam pewną sztywność.

Przez pola Osstephu i Ankh–tjenu – poinformował od razu Menhis.

To... to dobra trasa – stwierdziła Huang Hua. – Spokojna.

Wiem.

Ale dłuższa o co najmniej kilka dni – zaprotestowała Miiko.

Gdyby nie to, że już półtora tygodnia spędziłem w Świątyni i nic mi się nie dzieje mimo normalnego korzystania z psioniki, to może ten argument zrobiłby na mnie wrażenie.

Ponownie zapadło milczenie i miałam takie dziwne przeczucie, że Miiko i Huang Hua właśnie bardzo gorączkowo rozmawiały między sobą.

Dobrze, możecie tak wracać – odezwała się wreszcie Huang Hua.

Ale macie trzymać się trasy i nocować tylko w karczmach! – zawołała Miiko.

Tak zrobimy.

I melduj się co jakiś czas.

Mhm.

I bądźcie ostrożni – nie odpuszczała Miiko.

Będziemy. To do zobaczenia – odparł niewzruszenie Menhis.

– Myślałam, że pójdzie gorzej – stwierdziłam po chwili ciszy, po której się upewniłam, że już nikt nie miał nic do dodania.

– Nie miały żadnych argumentów poza nieuzasadnionymi obawami, więc nie spodziewałem się innego wyniku – stwierdził Menhis, puszczając moją dłoń, żeby wsadzić ręce do kieszeni. Zrobiło mi się trochę przykro z tego powodu, ale nie czułam, by to był dobry moment na omówienie tej kwestii. Wolałam poruszyć inny temat.

– Jesteś trochę nieprzyjemny względem Miiko – oznajmiłam, przyglądając się uważnie Menhisowi. Rozumiałam go, ale w tej dzisiejszej sytuacji było mi szkoda kitsune, bo słyszałam w jej głosie, że naprawdę się martwiła.

– Następna – wymamrotał psion, wymownie przewracając oczami.

– Nie, nie o to mi chodzi – powiedziałam pośpiesznie. – Masz prawo być na nią zły, nie odmawiam ci tego, ale teraz ona po prostu się o ciebie troszczyła.

– Rzecz w tym, że ponownie mylnie przyjmujesz, że myślę tak samo jak ty. Nie jestem zły na Miiko. Nadal ją szanuję i podziwiam, że postanowiła uratować kogoś takiego jak ja – odparł Menhis, wzruszając ramionami. – Po prostu straciłem do niej zaufanie i zacząłem żądać dowodów na to, co wcześniej przyjmowałem na wiarę, i teraz okazuje się tylko, że nie potrafi mi ich dać. Nie ma w tym ani zemsty, ani pragnienia dołożenia jej.

– Przepraszam – odparłam zmieszana tą całą sytuacją. Nie wiedziałam, co innego mogłabym powiedzieć na takie oświadczenie.

– Nie szkodzi – stwierdził Menhis z machnięciem ręki, prawdopodobnie chcąc podkreślić, że nie czuł się urażony. – Jesteśmy już blisko Świątyni, więc postaraj się teraz skupić na odczuciach. Musimy mieć pewność, że wraz z wyleczeniem Kryształu, nic ci już nie grozi.

– Masz rację – odparłam, po czym zamilkłam i wbiłam wzrok w ziemię, starając się oczyścić umysł z wszelkich niepotrzebnych mi teraz myśli. Nie czułam w sobie nic, co mogłoby wzbudzić jakieś podejrzenia, ale to jeszcze nic nie znaczyło.

W ciszy dotarliśmy do świątynnych murów, a ja nadal nie zauważyłam niczego niepokojącego. Przy bramie czekała na nas Wei wraz z Zhidongiem, który najwidoczniej musiał wyruszyć wcześniej, by sprawdzić drogę. Stąd wszyscy razem weszliśmy do Świątyni. Dopiero po paru minutach nieśpiesznego spacerowania jej korytarzami udało mi się wreszcie ostatecznie uspokoić. Uleczenie Wielkiego Kryształu wystarczyło, by pomóc także mi.

Wei odprawiła strażników i Zao, ale ja ich zatrzymałam jeszcze na chwilę, by ponownie im wszystkim podziękować. Podczas wymiany ukłonów usłyszałam podniesiony, ale opanowany głos fenghuang.

– Wykluczone.

– Bo? – odparł oschle Menhis i mimowolnie spojrzałam w ich stronę kątem oka.

– Dopóki nie otrzymam potwierdzenia od Huang Hua, nie zgodzę się na coś takiego.

– Ja ci przekazuję potwierdzenie od Huang Hua – oznajmił Menhis, krzyżując ręce na piersi.

– To za mało – stwierdziła na to Wei. Dokończyłam pożegnanie i czym prędzej podeszłam do rozmawiającej dwójki.

– Ja też słyszałam zgodę Huang Hua – wtrąciłam się, a Wei przyjrzała mi się uważnie.

– Przykro mi, Gardienne, ale zaakceptuję tylko potwierdzenie od samej Huang Hua – oznajmiła w końcu.

– Kiedy macie się skontaktować? – zapytał Menhis.

– Po południu – odparła Wei, ciągle patrząc na mnie. – Jeśli mówisz prawdę, to osobiście wszystko przygotuję na wasz jutrzejszy wyjazd – dodała, wreszcie przenosząc wzrok na psiona.

– Niech tak będzie – zgodził się Menhis. Wei odeszła bez pożegnania, ale nie miałam do niej o to żalu. Psion prawdopodobnie samym oddychaniem potrafiłby wyprowadzić z równowagi nawet świętego.

– Skoro musimy czekać, to ja pójdę na trening – stwierdziłam z westchnięciem, patrząc ponad ramieniem Menhisa na Zao, który czekał w głębi korytarza.

– W porządku, ja będę w swoim pokoju.

– Przyjdę do ciebie później – obiecałam, po czym się rozeszliśmy.

***

Po słodkim lenistwie, jakiemu oddałam się minionej nocy w gorących źródłach, dobrze mi było trochę się poruszać. Zao, gdy się dowiedział, że to nasz ostatni trening, postanowił mi dać naprawdę solidny wycisk, co bym jeszcze przez kilka następnych dni o tym pamiętała. Na koniec nie odmówiłam propozycji poważniejszej walki – dotychczas poza pierwszym dniem, gdy się zmierzyliśmy, by porównać nasze umiejętności, ćwiczyliśmy głównie krótkie wymiany ciosów, co trudno było nazwać pełnoprawnym sparingiem.

Tak jak podczas naszego pierwszego treningu, tak i teraz dałam z siebie wszystko. Wiedziałam, że w tak krótkim czasie nie miałam szans zbyt wiele się nauczyć, ale ciekawiło mnie, czy mimo wszystko zauważę jakiś postęp. Ostateczny wynik był taki, że zaliczyłam kilka bolesnych lądowań na trawie, ale tym razem udało mi się wygrać kilka rund, a to już coś, bo poprzednio tylko zaliczałam glebę za glebą.

Ale nie dajesz mi forów, prawda? – zapytałam, dysząc ze zmęczenia i podając Zao rękę, by pomóc mu wstać.

Właściwie to zacząłem podejrzewać, że to ty wcześniej dawałaś mi fory, bo zrobiłaś się naprawdę szybka – zaśmiał się chłopak, równie zdyszany jak ja.

To prawda, Gardienne, zrobiłaś naprawdę spory postęp jak na tak krótki czas – powiedział Kirin. Zawahałam się przez chwilę, bo też zauważyłam, że pewne ruchy przychodziły mi dzisiaj łatwiej i szybciej, ale nie przypominałam sobie, bym nagle uzyskała dostęp do jakichś supermocy. Wątpiłam również, by to kąpiel w gorącym źródle tak zadziałała, więc wyjaśnienie mogło być tylko jedno.

Miałam dobrych nauczycieli – odparłam, naprawdę tak uważając, a Zao niby z zawstydzeniem, położył jedną rękę na swoim policzku, a drugą machnął w moją stronę.

Och, daj spokój – oznajmił przesadnie skrępowany.

Ależ nie, niech mówi – wtrącił się Kirin, nie przerywając pykania fajki. Tak rozbieżne reakcje rodzeństwa rozbawiły mnie i w tej chwili pomyślałam, że naprawdę będzie mi ich obojga brakowało.

Będzie nam ciebie brakowało, Gardienne – przyznał Zao, tym samym wypowiadając moje własne myśli. – Wpadnij jeszcze tutaj kiedyś.

A może wy przyjedźcie do Kwatery? – zaproponowałam ze śmiechem.

Nie sposób odmówić takiemu zaproszeniu – odparł Zao, po czym kciukiem wskazał na swojego brata. – Jak tylko się wykuruje, to się pakujemy i jedziemy.

Zao, nie szarżuj już tak – zgasił go Kirin, po czym pyknął fajką i uśmiechnął się do mnie. – Wpadniemy w wolnej chwili – obiecał, a ja się zaśmiałam.

W takim razie pozostaje mi tylko powiedzieć wam „do zobaczenia”.

***

Po treningu poszłam pod prysznic, a potem zjadłam suty posiłek na stołówce, bo byłam głodna jak wilk. Spotkałam tam Ewelein, która uśmiechnęła się wymownie, gdy powiedziałam o moim planowanym jutro wyjeździe. Nie musiała tego wypowiadać na głos, ale jej usta zdecydowanie mówiły „ja wiedziałam, że tak będzie”. O dziwo jednak nie czułam potrzeby zwierzenia się jej z tego, co się działo między mną a Menhisem. Jakoś tak zazdrośnie wolałam to zachować dla siebie.

Po wspólnym posiłku rozeszłyśmy się w różne strony korytarza – ona do siebie, a ja do pokoju psiona. Uprzejmie zapukałam i weszłam, dopiero gdy usłyszałam jego zapraszające wołanie. Sądziłam, że znowu będzie siedział na poduszkach pod oknem, ale tym razem zastałam go przy niewielkim stoliku w kącie, wpatrującego się w talię kart. Kusiło mnie, by zapytać, czemu to gapienie się miało służyć i obiecałam sobie dzisiaj to zrobić, jeśli tylko natrafi się odpowiednia okazja.

Minęłaś się z Wei – powiedział Menhis, nie odrywając wzroku od kart.

Tak? I co powiedziała? – zapytałam, podchodząc do niego.

Jutro z samego rana wszystko będzie gotowe na nasz wyjazd.

To świetnie!

To była tylko formalność, Gardienne – stwierdził rozbawiony Menhis.

Mimo wszystko się cieszę, że oficjalnie wszystko gra – powiedziałam, przewracając oczami. – Jestem wykończona po treningu, więc chyba położę się wcześniej, żeby nie zaspać na rano.

Dobry pomysł – przyznał psion, a mój wzrok mimowolnie uciekł w stronę jego łóżka.

Nie będzie ci przeszkadzało, jak prześpię się u ciebie? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam dobrze się nad tym zastanowić.

Nie.

A ty zamierzasz się kłaść?

Jeszcze nie zdecydowałem – przyznał uczciwie, po czym wreszcie spojrzał na mnie. – Chyba wolałbym jednak medytować.

Przepracujesz się – oznajmiłam, podpierając się rękami pod boki, by podkreślić swoją opinię także postawą ciała, skoro już miałam całą jego uwagę.

To nie tak... zresztą, nie rozumiesz – powiedział, po czym wykonał ruch ręką, jakby chciał mnie spławić. – I nie mam jak ci tego wytłumaczyć – dodał od razu, nawet nie dając mi szansy pomyśleć o dopytanie o to. – Ale wiem, co robię.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale kątem oka zobaczyłam jakiś ruch na stoliku. Zaciekawiona spojrzałam w tamtą stronę i zdziwiona odkryłam, że opakowanie z kartami przesuwało się powoli po blacie, jakby ktoś je nieśpiesznie popychał palcem.

Menhis?

Tak? – odparł, ciągle patrząc w moją stronę, najwyraźniej spodziewając się jakiejś błyskotliwej riposty.

Dlaczego talia się przesuwa?

Hm? – mruknął zaskoczony psion i popatrzył na blat, po czym nagle się wyprostował. Talia się zatrzymała na moment, a potem zaczęła na nowo się przesuwać, tylko w drugą stronę.

Nie rozumiejąc, co się dzieje, spojrzałam na Menhisa. Znowu wpatrywał się w pudełko, ale tym razem jego usta rozciągnęły się w uśmiechu zadowolenia. Zaśmiał się cicho, po czym odetchnął głęboko i opadł na oparcie fotela, zamykając przy tym oczy. Wyglądał na zrelaksowanego.

Co to było? – zapytałam, widząc, że bez tego najprawdopodobniej się nie dowiem.

To, Gardienne, jest właśnie to, nad czym tyle pracowałem – oznajmił, unosząc powieki. W jego oczach widziałam nieznany mi błysk. – Odzyskałem telekinezę.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.