FANDOM


Hej!

Dzisiaj wyjątkowo będzie bez marudzenia, bo prawdę powiedziawszy chciałabym, żeby każdy rozdział pisało mi się tak lekko jak ten XD. Właściwie to sama się zdziwiłam, że tak szybko mi poszło XD. Jestem też z siebie dumna, bo wreszcie trochę pchnęłam fabułę 21 odcinka (choć też nie jakoś dużo, nie byłabym przecież sobą, gdybym coś za bardzo przyspieszyła XD) - w sumie to tkwię w nim już od 6 rozdziałów i zaczynam mieć go powoli dość XD.

Pozdrawiam motzno Rosseę i Asanamir <3

Link do pozostałych części

Miłej lektury <3



Nie zdążyłam nawet na dobre się rozsiąść w pracy nad przydzielonym mi przez Ewelein zadaniem, gdy do przychodni przyszedł Ezarel i oświadczył z dumą, że pora na moją pierwszą lekcję.

– Ale że tak teraz? – zapytałam nerwowo. Nie zdążyłam się jeszcze oswoić z perspektywą zajęć z Ezarelem i prawdę powiedziawszy, nie za bardzo mi odpowiadało pójść na nie tak z marszu. Obawiałam się, że nauka u niego przybierze formę pasma żartów i kpin ze mnie oraz z mojego nieobycia w alchemii, a na to zdecydowanie nie byłam teraz psychicznie gotowa.

– A niby kiedy? – zdziwił się elf.

– A nie lepiej na przykład jutro? – zaproponowałam, starając się wydusić z siebie uprzejmy uśmiech.

– Mam teraz trochę wolnego – powiedział elf, po czym wymownie rozejrzał się po pustej przychodni. – I ty też raczej nie masz zbyt wiele do roboty, to szkoda nie skorzystać – dodał, podpierając się pod boki.

– Ale ja mam co robić... – broniłam się jeszcze, wskazując na leżące przede mną materiały, z których miałam zrobić opatrunkowe plastry, choć wiedziałam, że to bardzo słaby argument. Ezarel przechylił lekko głowę i popatrzył na mnie bez przekonania, po czym na jego usta wypłynął wredny uśmieszek.

Z pomieszczenia obok nagle wyłoniła się Ewelein prawdopodobnie zwabiona odgłosami rozmowy, bo od razu spojrzała w naszą stronę. Ezarel wyprostował się na jej widok.

– O, cześć Ez – powiedziała, przystając na progu, jakby wolała zachować bezpieczną odległość. – Co tam?

– Zamierzam zabrać Gardienne na pierwszą lekcję – wyjaśnił uprzejmie elf, a ja pod stołem zacisnęłam mocno kciuki, licząc, że Ewelein jednak odmówi.

– O, to świetnie – odparła elfka, tym samym bezlitośnie pogrzebując moją ostatnią nadzieję. – Gardienne, jakby coś się działo, to cię wezwę – poinformowała zaraz potem, podchodząc do mnie. Położyła rękę na moim barku. – Także skup się na nauce i nie myśl o przychodni, dobrze?

– Dobrze... – obiecałam, wstając przy tym. Zupełnie się nie przygotowałam na dzisiejszą lekcję, więc podeszłam jeszcze do szafki, w której przechowywaliśmy cienkie, kilkustronicowe notesy. Zazwyczaj robiliśmy z nich karty dla nowych pacjentów, ale na notatnik też się nada.

Wychodząc z Ezarelem z przychodni, na odchodnym rzuciłam Ewelein ostatnie spojrzenie, a ta mi pomachała na pożegnanie. Miałam wrażenie, że rozbawiła ją moja mina.

Kiedy weszliśmy do laboratorium, okazało się, że Ezarel bardzo poważnie podszedł do tematu, bo połowę stołu, przy którym najczęściej go widywałam, zajmowały teraz różne przyrządy alchemiczne, z czego funkcji niektórych mogłam tylko się domyślać. Leżała tam również taca, na której zostało wyłożonych kilkanaście składników, ale nie wszystkie umiałam nazwać.

Podeszłam do alchemicznego blatu, by to wszystko obejrzeć, a Ezarel go obszedł i stanął naprzeciwko mnie.

– Zanim zaczniemy, ustalmy sobie jedną rzecz, Gardienne – oznajmił elf, a ja uniosłam głowę, by na niego spojrzeć z zaciekawieniem, bo brzmiał jakoś tak nie jak on. – Wszędzie indziej możemy sobie żartować, docinać i wyzłośliwiać, ale tutaj, przy alchemicznym stole jesteśmy poważni – powiedział powoli, mocno akcentując słowa, jakby chciał mieć pewność, że dobrze go zrozumiałam. – Alchemia sama w sobie wymaga ogromnego skupienia, ale jej medyczna odmiana wymaga jej jeszcze więcej, bo tutaj, pomylenie się nawet o szczyptę może decydować o czyimś życiu – dodał, patrząc mi prosto w oczy. – Rozumiemy się?

– Rozumiem – odparłam, kiwając przy tym głową, chcąc dodatkowo podkreślić moją zgodę. To co powiedział Ezarel jednocześnie mnie uspokoiło i zaniepokoiło, bo z jednej strony cieszyłam się, że podchodził do tego bardzo poważnie, ale z drugiej strony przerażała mnie wielka odpowiedzialność, jaka się z tym wszystkim wiązała.

– To świetnie, w takim razie zaczynajmy – stwierdził Ezarel, rozkładając ręce na boki, jakby mnie zapraszał do stołu na poczęstunek.

Tak jak poprosiła Ewelein, przez następnych parę godzin byłam całkowicie skupiona na lekcji. Ezarel zaczął od pokazania i objaśnienia działania aparatury, także tej, którą już miałam okazję poznać w trakcie moich rzadkich spotkań z alchemią. Przeszło mi przez myśl, że takie powtarzanie informacji było trochę bezcelowe, ale dobrze, że się powstrzymałam przed powiedzeniem tego na głos, bo strasznie bym się wygłupiła – znane przeze mnie przyrządy okazały się mieć także mniej oczywiste zastosowania, na których przedstawienie elf poświęcił dłuższą chwilę. Wszystko sobie notowałam, ale w późniejszej rozmowie podsumowującej tę część lekcji, przyznałam szczerze, że prawdopodobnie nie nauczę się tego zbyt szybko, a Ezarel wykazał się nadzwyczajnym zrozumieniem. Przypominał mi trochę Ewelein, gdy mówił, że będziemy powtarzać i próbować tak długo, aż się nauczę.

Kiedy skończyliśmy omawianie aparatury i naczyń, Ezarel skupił się na przygotowanych przez niego składnikach, o których też opowiedział, ale tym razem pokrótce, twierdząc, że inne ich zastosowania przyswoję sobie wraz z przyrządzaniem kolejnych przepisów. Po tym na chwilę zrobiliśmy przerwę, bo przyszła Alajea i Ezarel odszedł, by wyznaczyć jej zadanie na zapleczu. Niestety zdążyłam tylko pomachać syrenie na przywitanie, zanim zniknęła mi z oczu.

Nie zależało mi jakoś specjalnie na podsłuchiwaniu, bo wątpiłam, by obecność Alajei tutaj miała drugie dno, a jeśli by miała, to i tak dowiedziałabym się o tym później od niej. Niemniej podczas przeglądania notatek dotarły do mnie urywki rozmowy, z których wywnioskowałam, że zadaniem syreny było uzupełnienie jakichś ksiąg inwentarzowych. Nie brzmiało to zbyt dobrze, przez co miałam wrażenie, że Ezarel jeszcze jej nie odpuścił tamtego szantażu… Choć nie słyszałam w głosie Alajei by była smutna czy zrezygnowana, to i tak zaczynałam czuć wyrzuty sumienia, bo w końcu to dla mnie tak się naraziła swojemu szefowi.

Byłam już trochę zmęczona natłokiem wiedzy, ale gdy Ezarel wrócił na salę i zaproponował uwarzenie najprostszego eliksiru przeciwbólowego, to nie odmówiłam. Nawet mnie ciekawiły jego metody pracy i jakoś nie zdziwiłam się specjalnie, gdy także w tym przypominał trochę Ewelein – wszystkie działania alchemiczne kazał mi wykonywać samodzielnie. Asystował tylko czasem, głównie w chwilach, gdy po prostu zabrakło mi trzeciej ręki do przytrzymania czegoś, poza tym ograniczał się jedynie do czujnej obserwacji. Nie czułam się jednak niezręcznie, wręcz przeciwnie – uspokajająca była myśl, że elf na pewno zareaguje odpowiednio wcześnie, gdy zauważy, że zmierzam do popełnienia jakiegoś błędu.

Starałam się całkowicie skupić na tym wszystkim, co miałam przed sobą, ale gdy raz kątem oka spojrzałam na uważnego Ezarela, mimowolnie przeszło mi przez myśl pytanie, dlaczego między nim a Ewelein nie zaiskrzyło. Niestety ta chwila dekoncentracji niemal od razu się na mnie zemściła, bo rozlałam odrobinę zawartości jednej z fiolek.

– Za dobrze ci szło, co? – skomentował to Ezarel z lekkim rozbawieniem.

– Przepraszam – mruknęłam zła na siebie i jednocześnie trochę zawstydzona tym, co mnie właściwie rozproszyło.

– Na szczęście to nic żrącego – stwierdził elf, sięgając do półki pod blatem, skąd wyciągnął szmatkę, którą wytarł to, co rozlałam. – A teraz skup się i już nie bałagań – dodał po chwili, wracając do swojej pozycji ze skrzyżowanymi rękami na piersi.

– Dobrze – mruknęłam, karcąc się w duchu za nieuwagę. Odetchnęłam głośno, by się wyciszyć i oczyścić głowę z głupich myśli, po czym wróciłam do przerwanego zajęcia.

Po skończeniu warzenia i posprzątaniu po tym wróciłam normalnie do przychodni. Ezarel zaproponował odprowadzenie mnie, co wydało mi się trochę dziwne, ale uznałam, że po tylu godzinach stania jak kołek może przecież mieć ochotę się przejść.

Po pracy szukałam Karenn i Alajei, ale jak na złość nie mogłam ich nigdzie znaleźć. Dowiedziałam się tylko od Ykhar, że Alajea gdzieś poszła z Colaią, a wampirzyca to chyba po prostu zapadła się pod ziemię. Nie podobało mi się to, ale najwidoczniej informacje o przyjętej przeze mnie propozycji współpracy z Leiftanem musiały poczekać do jutra. Myślałam jeszcze o porozmawianiu z Chromem, ale on też gdzieś zniknął, zupełnie jakby się umówił z dziewczynami...

Gdy się poddałam z poszukiwaniami, to reszta dnia minęła mi szybko, a noc już w szczególności, bo Nevra niestety się nie pojawił. Zanim położyłam się do łóżka, pomyślałam jeszcze, że wypadałoby zacząć brać jałowy eliksir, o czym wczoraj przez wizytę wampira całkowicie zapomniałam. Ewelein mówiła, że należy go brać codziennie o mniej więcej tej samej porze i uznałam, że późny wieczór to najlepszy na to czas, bo wtedy najłatwiej będzie mi się z tym ukryć.

Do wydrążonego wewnątrz korka nalałam tyle, ile nakazała mi elfka i połknęłam całość z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że eliksir nie będzie gorzki. Okazało się, że smakował jak bardzo cienka i oszczędnie posłodzona czarna herbata, która lekko paliła w język, ale o tym akurat uprzedzała Ewelein – podobno liście płomiennego kwiatu dawały właśnie taki efekt.

Po tym już wreszcie poszłam spać.

***

Następny dzień wyglądał podobnie jak wczorajszy, choć tym razem Ezarel przyszedł po mnie trochę później i odprowadził do przychodni prawie na sam koniec mojej zmiany. Ta asysta wydawała mi się trochę śmieszna, bo niejako sugerowała, że bez niej mogłam się zgubić po drodze między jednym pomieszczeniem a drugim, ale nie komentowałam tego na głos. Podczas tej lekcji już całkowicie poświęciliśmy się warzeniu eliksirów i po wszystkim byłam naprawdę wykończona, ale gdy później w stołówce na obiedzie spotkałam Karenn z Alajeą, to od razu się ożywiłam.

Jak tylko zjadłyśmy wspólnie, to przeniosłyśmy się do mojego pokoju, gdzie opowiedziałam im wszystko o nieoczekiwanej wizycie Leiftana i późniejszej dyskusji z Nevrą.

– No to kiepsko – podsumowała Karenn z niezadowoloną miną naszą dłuższą rozmowę, która niestety nie zaowocowała niczym, o czym nie mówiłabym już z jej bratem. – Ale w sumie dobrze, że pociągnęłaś ten temat dalej, przynajmniej wiemy, że Leiftan coś kombinuje.

– Tyle że zupełnie nie wiemy co – stwierdziła Alajea.

– Lepsze to, niż nic – odparła Karenn, rozkładając ręce. – A z tym Ezarelem to tak całkowicie improwizowałaś, czy to kłamstwo ma jakieś pokrycie? – zainteresowała się zaraz potem.

– Widziałam wczoraj Gardienne w laboratorium – wtrąciła syrena, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

– Akurat tak się złożyło, że Ezarel zaczął mnie uczyć alchemii, więc to wykorzystałam – wytłumaczyłam, a obie dziewczyny spojrzały na mnie zdumione.

– Ty i alchemia? – zapytała wampirzyca, marszcząc ze zdziwieniem czoło. – Jak to się stało?

– Umm... Ewelein stwierdziła, że przyda mi się znajomość medycznej alchemii, a Ezarel się zgodził mnie poduczyć – oznajmiłam po niewielkim zawahaniu. Wolałam im nie mówić, że wszystko się zaczęło od mojego zapotrzebowania na antykoncepcję… Karenn raczej wolałaby tego nie wiedzieć.

– Ach, to ma sens – przyznała Alajea, kiwając głową.

– A tak w ogóle to jak wam idzie z biblioteką? – zmieniłam temat, bo Karenn wyglądała mi na niezbyt przekonaną.

– Mamy plan, teraz już tylko potrzebujemy odpowiedniej okazji – odparła wymijająco wampirzyca.

– Ale to nie będzie nic karkołomnego? – dopytałam niepewnie, dziwiąc się, że Karenn była na ten temat taka oszczędna.

– Nie – powiedziała wampirzyca, obnażając kły w uśmiechu, przez co trochę się obawiałam drążyć dalej ten temat. – Spokojnie Gardienne, załatwimy to – dodała Karenn, wyraźnie rozbawiona moją reakcją.

– W takim razie w porządku – oznajmiłam, poprawiając się na krześle. – Nasze plany pozostają bez zmian, skoro i tak musimy czekać na kolejny ruch Leiftana – dodałam, a obie dziewczyny skinęły głowami na zgodę.

***

Tej nocy Nevra też się nie pojawił i gdyby nie to, że spotkałam go dzisiaj na korytarzu, to zaczęłabym się martwić. Wyglądał mi wtedy na bardzo zajętego, więc rozumiałam, że zmęczony mógł woleć odpocząć w swoim pokoju. Tęskniłam za nim, ale przecież musieliśmy jakoś funkcjonować.

Kolejny dzień to kolejna lekcja, która ponownie została poprzedzona przyjściem Ezarela do przychodni. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, czy to jedynie uprzejmość elfa, o którą nigdy wcześniej bym go nie podejrzewała, czy kryło się pod tym jakieś drugie dno. Później, już w trakcie zajęć w miałam dziwne wrażenie, że elf chciał mnie o coś zapytać, ale ostatecznie nie zainicjował żadnej rozmowy na tematy niezwiązane z alchemią, więc równie dobrze mogłam po prostu być przewrażliwiona.

– Jutro wyjeżdżam na misję, także na jakiś czas musimy zawiesić lekcje – oznajmił Ezarel, gdy kończyłam myć zlewki.

– Na jak długo? – zaciekawiłam się.

– Trudno powiedzieć, wszystko zależy od tego jak sprawy potoczą się na miejscu – odparł tajemniczo Ezarel, najwidoczniej nie chcąc wprowadzać mnie w szczegóły... a może po prostu nie mógł. Niezależnie od powodu, rozumiałam to i nie dociekałam.

– W porządku, na czas twojej nieobecności poproszę Ewelein, żeby mnie dalej uczyła – powiedziałam z uśmiechem, wycierając ręce z wody.

– Jak wrócę, to sprawdzę – zapowiedział Ezarel, grożąc mi palcem.

– Nie wątpię – odparłam ze śmiechem. – W takim razie powodzenia na misji – dodałam, po czym skierowałam się ku drzwiom wyjściowym.

– Odprowadzę cię – zaproponował elf, a ja nie widziałam powodu, żeby się nie zgodzić. Właściwie to nawet doszłam do wniosku, że Ezarel tak na dłuższą metę potrafił być dość sympatyczny i jak najbardziej dało się z nim spędzić czas w fajnej atmosferze, więc ta minuta więcej w jego towarzystwie nawet mi odpowiadała.

***

Nie miałam pojęcia, czy tej nocy Nevra zamierzał mnie odwiedzić, ale na wszelki wypadek przekopałam się przez bieliznę w szafie i ostatecznie się zdecydowałam na założenie krótkiej, fioletowej koszulki nocnej. Jej materiał był lejący i lśniący, dzięki czemu ładnie się układała na moim ciele i eksponowała to co najlepsze, jednocześnie zostawiając trochę miejsca dla wyobraźni… Z rozbawieniem pomyślałam, że ten efekt tajemniczości mógł być jednak niepotrzebny, bo przecież Nevra bardzo dobrze wiedział, co znajdzie pod spodem, ale zrezygnowałam z szukania czegoś innego. Wystarczyło mi już tego bałaganu w szafie.

Robiąc pośpieszne porządki wśród koszulek, zaczęłam się zastanawiać, skąd ja właściwie ich tyle miałam, ale nie znalazłam w głowie żadnej pewnej odpowiedzi. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam jedynie, że to najprawdopodobniej Purriry mi ich nawciskała podczas kupowania innych rzeczy – w końcu z butiku kocicy trudno było wyjść bez naręcza ubrań. Jakoś jednak nie żywiłam do niej wielkiej urazy, bo przynajmniej miałam teraz całkiem niezły wybór.

Przed planowanym położeniem się do łóżka wypiłam porcję eliksiru i właśnie chowałam fiolkę do pudełka leżącego w głębi najniższej półki mojej szafki nocnej, gdy usłyszałam skrzypnięcie okiennicy. Zerwałam się na równe nogi, doskonale wiedząc, że ten dźwięk oznaczał przybycie Nevry. Gdy spojrzałam w kierunku okna, wampir właśnie stawiał nogi na podłodze i choć zdawałam sobie sprawę, że się za nim stęskniłam, to widząc go teraz, dopiero sobie uświadomiłam jak bardzo. Ledwie zdążył odejść od okna, a ja już skoczyłam na niego i zarzuciłam mu ręce na szyję. Stanęłam na palcach, by go pocałować, na co chętnie przystał.

– Co to za smak? – mruknął zdziwiony, korzystając z okazji, że nasze usta na chwilę się rozłączyły. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo znowu mnie pocałował, jakby nie chciał, żebym mu podpowiadała. – Czuję nirn… – stwierdził bardziej do siebie niż do mnie. – I płomienny kwiat? – dodał po chwili, po czym popatrzył pytająco w moją stronę. Najwidoczniej zagadka go przerosła.

– Biorę jałowy eliksir – wyznałam, czując, że się rumienię pod jego spojrzeniem.

– To... to fantastycznie – wykrztusił Nevra, a na jego twarzy entuzjazm mieszał się z zaskoczeniem. Pocałował mnie znowu, tym razem popychając mnie ciałem w stronę łóżka. Domyślałam się, że się ucieszy, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo!

– Ale... to jeszcze parę dni... zanim zacznie działać – wymamrotałam między pocałunkami, mimo wszystko chętnie dając się prowadzić.

– I tak się cieszę – odparł, gdy nie przerywając miłosnego uścisku, przysiedliśmy na brzegu łóżka. Odchyliłam się, by położyć się na plecach. Pociągnęłam Nevrę za sobą, ale on oparł ręce po obu stronach mojej głowy i zawisł nade mną ze zdezorientowaną miną. – Ale zaraz... skąd go masz? – zapytał podejrzliwie, a ja uciekłam wzrokiem gdzieś w przestrzeń nad jego ramieniem. No tak, mogłam przecież się spodziewać, że o to zapyta…

– Cóż… Ewelein nas przejrzała... – wyjaśniłam cicho, a Nevra wymownie pokiwał głową.

– No nie byliśmy przy niej zbyt dyskretni, to fakt – przyznał i brzmiał na trochę niezadowolonego z siebie, że tego nie dopilnował. Ja jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że Ewelein mogła nas zobaczyć w takich chwilach, w których trzeba byłoby chyba mieć serce z kamienia, żeby niczym się nie zdradzić.

– Poprosiłam, by zachowała to dla siebie i się zgodziła – pocieszyłam go, lekko tarmosząc mu włosy tuż nad czołem.

– Chociaż tyle dobrego – stwierdził, ale nie wyglądał, by to go uspokoiło. – I co z tym eliksirem?

– Ewelein zaproponowała mi wspólne uwarzenie go kilka dni temu, a ja się zgodziłam – wyjaśniłam trochę zmieszana tą całą sytuacją. W oku Nevry nagle zobaczyłam błysk rozbawienia.

– Więc ten eliksir… był dla ciebie? – upewnił się, a ja milcząco potwierdziłam to ruchem głowy, trochę nie rozumiejąc pytania, bo przecież przed chwilą powiedziałam to samo. Wtedy usta wampira drgnęły lekko, po czym rozciągnęły się w uśmiechu. – Nie wierzę – powiedział, śmiejąc się. Odchylił się do tyłu i opadł plecami na łóżko.

– O co chodzi? – zapytałam, przewracając się na bok. Podparłam się ręką pod głową, by spojrzeć na Nevrę w poszukiwaniu zrozumienia dla tej nieoczekiwanej zmiany nastroju.

– Dwa dni temu spotkaliśmy się wieczorem z chłopakami przy drinku... – zaczął mówić wampir, z rozbawieniem przykrywając twarz wierzchem dłoni. – … żeby mniej formalnie pogadać o strażowych sprawach – wytłumaczył się pośpiesznie, jakby się obawiał, że spadną na niego z mojej strony za to gromy, ale ja się w ogóle nie przejęłam. W końcu miał prawo spotykać się z chłopakami kiedy chciał. – I Ezarel się nas spytał, czy może wiemy, z kim Ewelein się spotyka – dodał zaraz potem, a ja ze zdziwienia aż uniosłam się na łokciu.

– Żartujesz.

– Ani trochę – odparł Nevra, próbując zdławić śmiech, ale nie wychodziło mu to najlepiej. – Zaciekawiło mnie to, więc go podpytałem skąd w ogóle taki pomysł i tak od słowa do słowa wyszło, że spotkał ją w laboratorium, gdy robiła jałowy eliksir – opowiedział, a na koniec rozbawiony przymknął oko. Ta cała sytuacja wydawała mi się absurdalna, ale jednocześnie bardzo logiczna, bo świetnie tłumaczyła, dlaczego Ez tak chętnie mnie odprowadzał. – Oczywiście twierdzi, że interesuje się jedynie z troski, bo Ewelein zasługuje na wszystko co najlepsze – dodał Nevra, starając się przy tym naśladować głos elfa.

– To Ez... jest zazdrosny? – zapytałam dla pewności, choć nie było tu za bardzo miejsca na wątpliwości. Chichotałam przy tym lekko, bo śmiech Nevry okazał się całkiem zaraźliwy.

– Najwyraźniej – odparł wampir, wzruszając ramionami.

– Nie wierzę, przecież on... – stwierdziłam już trochę poważniej, bo ta cała sytuacja wydawała mi się jednak trochę zbyt pokręcona.

– Widać poczucie samczego zagrożenia zmienia perspektywę – zaśmiał się Nevra. – W sumie to mnie to nie dziwi, Ezarel zawsze był na bakier z logiką, szczególnie w sercowych sprawach.

– Powinnam powiedzieć o tym Ewelein – stwierdziłam, unosząc się do siadu.

– Myślę, że lepiej się w to nie wtrącać – odparł wampir, też już przybierając poważniejszy ton. – Cholera wie, co tak naprawdę Ezarel sobie myśli i równie dobrze może mu przejść za parę dni, a mówiąc o tym Ewelein możesz tylko narobić jej niepotrzebnych nadziei – wytłumaczył, siadając koło mnie. Oparł brodę o moje ramię, a ja odruchowo znowu lekko potarmosiłam jego włosy nad czołem. Strasznie lubiłam ich dotykać. – Nie martw się. Są dorośli, jeśli mają się zejść, to się zejdą – dodał, odwracając głowę, by ucałować delikatnie moją szyję.

– Może masz rację – przyznałam, nie potrafiąc znaleźć dobrych kontrargumentów.

– Nie mówmy już o tym – zaproponował Nevra. – Lepiej zobacz, co dla ciebie mam – dodał i wyciągnął przede mnie rękę. Zrobił dziwny ruch dłonią, przywodzący mi na myśl gest iluzjonisty, po czym moim oczom ukazał się znajomy dzwoneczek.

– Zdobyłeś go! – zawołałam ucieszona.

– A jak – stwierdził z dumą Nevra. – Dla pewności jeszcze sprawdziłem raport ze śledztwa i nie ma w nim nic, co by sugerowało, że dzwoneczek został zbadany.

– Dziękuję – powiedziałam, wyciągając rękę, ale Nevra wykonał kolejny dziwny gest dłonią i trzymany przez niego przedmiot zniknął. – Ej! – zaprotestowałam.

– Dostaniesz go, ale wolałbym, żebyś mi najpierw wyjaśniła, co właściwie chcesz z nim zrobić – oznajmił wampir, podczas gdy ja uporczywie obmacywałam jego rękawiczkę w poszukiwaniu dzwoneczka, ale on po prostu wyparował.

– To bardzo nieładna zagrywka – burknęłam, gdy się w końcu poddałam.

– Taka miała być – stwierdził rozbawiony Nevra, a ja demonstracyjnie westchnęłam ciężko. Gdy się zastanawiałam, co zrobić z dzwoneczkiem, to nie wpadło mi do głowy zbyt wiele pomysłów, ale uznałam, że to co wymyśliłam, wystarczy jako punkt wyjścia.

– Przede wszystkim chciałabym go dokładnie obejrzeć – wyjaśniłam. – No i podejrzewam, że nie obejdzie się bez pomocy osoby dobrze obeznanej w magii, która by to dla mnie zbadała i będzie umiała zachować dyskrecję – dodałam zaraz potem. – Zamierzałam cię o kogoś takiego zapytać.

– Myślę, że Purroy będzie dobrym wyborem – oznajmił Nevra, w zadumie pocierając brodę. – Zazwyczaj takimi analizami zajmuje się Ezarel, ale Purroy jest równie dobry i do tego dyskretny… choć pewnie to będzie trochę kosztowało – wytłumaczył, odsuwając się, by usiąść już równo ze mną.

– Ale czy na pewno mogę mu zaufać? – dopytywałam niepewnie. – Co, jeśli współpracuje z Leiftanem?

– Purrekosy to bardzo pragmatyczna rasa, Gardienne – oświadczył Nevra, uśmiechając się łagodnie. – Bardziej je interesuje tu i teraz, niż jakaś dalsza, nieokreślona przyszłość, więc szczerze wątpię, by Leiftan był w stanie zaoferować im coś, co by je skłoniło do współpracy z nim, skoro z nami jest im tu i teraz bardzo dobrze – dodał. W ciszy wymieniłam z nim spojrzenia, analizując to, co właśnie powiedział.

– Dobrze, w takim razie pójdę jutro do Purroya – stwierdziłam wreszcie.

– I to już? Tylko tyle? – zapytał Nevra z krzywym uśmieszkiem.

– Od czegoś trzeba zacząć – burknęłam z obrażoną miną. – Skoro już ci powiedziałam, to możesz mi go wreszcie dać?

– Jakoś nie jestem przekonany… – droczył się ze mną, na co przewróciłam oczami. Wiedziałam, że mógł tak jeszcze długo, dlatego postanowiłam zachować się inaczej, niż się prawdopodobnie spodziewał.

– W porządku, to sama go sobie wezmę – odparłam i pchnęłam Nevrę z powrotem na łóżko, po czym usiadłam na nim dla wygody i zaczęłam bezczelnie obmacywać. – Gdzieś go musisz mieć – wymamrotałam do siebie, ostrożnie w palcach miętoląc jego kimono, po tym jak nic nie znalazłam w obu rękawiczkach ani pod szalem.

– Przyznam, że to trochę nietypowe, ale nawet mnie to kręci – powiedział po jakimś czasie rozbawiony Nevra, który dotychczas bez większych protestów znosił moje przeszukiwanie. Śmiał się tylko od czasu do czasu, gdy trafiłam na miejsce, gdzie miał łaskotki. Dopiero po tych słowach uniosłam wzrok na jego twarz i obdarzył mnie tak wymownym spojrzeniem, że aż zrobiło mi się gorąco.

– Odwracasz moją uwagę – mruknęłam, zaczynając czuć podniecenie.

– Ależ skąd – zaprotestował Nevra. Sięgnął ręką do mojego ucha i założył mi za nie kosmyk włosów, a gdy skończył, to usłyszałam ciche „dzyń”. Odwróciłam głowę i tuż przed moim nosem wampir trzymał dzwoneczek. Musiałam zrobić lekkiego zeza, by skupić na nim wzrok.

– Ale... jak? – zdziwiłam się.

– Dobry magik nie zdradza swoich sztuczek – oznajmił Nevra z satysfakcją. Podniósł się do siadu i podparł jedną ręką z tyłu, a drugą zabrał mi dzwoneczek sprzed twarzy i położył na mojej wyciągniętej już dłoni. – Proszę.

Zważyłam przedmiot w dłoni i stwierdziłam, że jest zaskakująco lekki, po czym uniosłam go z powrotem do oczu, by się przyjrzeć, ale zaraz z tego zrezygnowałam, czując na sobie intensywne spojrzenie Nevry. Należały mu się odpowiednie podziękowania.

– Dziękuję jeszcze raz – powiedziałam cicho, ostrożnie wkładając dzwoneczek do sakiewki przy pasku wampira. Do szafki nocnej było mi za daleko, a nie chciałam nim rzucać, więc uznałam, że to będzie najbezpieczniejsze miejsce. – Potem zabiorę – szepnęłam, poklepując lekko sakiewkę. Po tym już zarzuciłam wampirowi ręce na szyję i niemal wpiłam mu się usta, jednocześnie przesuwając biodrami do przodu, by znaleźć się jak najbliżej jego torsu. Mruknął zaskoczony, ale zadowolony.

– Więc... – odezwał się cicho, między pocałunkami. – Przypomnij mi... ile już bierzesz eliksir?

– Trzeci dzień – mruknęłam w odpowiedzi.

– Hmm... – odparł niezbyt elokwentnie Nevra, po czym się odsunął i miał minę, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. – Cholera, jak zacznie działać, to prawdopodobnie będę jeszcze na misji – stwierdził niezadowolony.

– Na misji? – zdziwiłam się najpierw, a po tym zabrałam ręce z jego szyi i groźnie przymrużyłam oczy, podpierając się pod boki. – Niby kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?

– No właśnie teraz... – odparł wampir, ze skrępowaniem pocierając kark. Widząc go takim, uświadomiłam sobie, że wcześniej właściwie nie miał za bardzo okazji, by mnie o tym poinformować.

– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytałam już spokojniej.

– Jutro rano razem z Ezarelem wypływamy do kapp.

– Do kapp? – zdziwiłam się po raz kolejny. – Po co?

– Jakbyś się zgodziła na propozycję Miiko, to byś wiedziała – odparł Nevra z już o wiele mniej pokorną miną niż jeszcze chwilę wcześniej. W odpowiedzi jedynie zmierzyłam go wzrokiem. – Mamy do zbadania ważny trop, ale to nic związanego ze spiskiem, więc nie ma powodu, bym ci tym zaprzątał głowę – dodał, niezrażony moim wymownym spojrzeniem. Pozostało mi jedynie się pogodzić z tym, że mi nie powie.

– Ale to nic niebezpiecznego? – upewniłam się tylko.

– Nie – zapewnił Nevra, patrząc mi prosto w oczy. Jeszcze mieliśmy przed sobą całą noc, a ja już zaczynałam za nim tęsknić.

– Więc muszę się nacieszyć tobą na zapas?

– Na to wygląda – stwierdził Nevra. Na tę odpowiedź złapałam go za szal.

– No to chyba nie ma na co czekać – odparłam, przyciągając go do siebie.

***

Następnego dnia miałam do pracy na popołudniową zmianę, co mi bardzo odpowiadało, bo miałam szansę choć trochę odespać nocne wariactwa. Dzisiaj wyjątkowo tego potrzebowałam, bo mając w perspektywie dłuższą rozłąkę z Nevrą, bardzo ciężko było się nam rozstać. Kiedy wreszcie przejrzałam na oczy i doszłam do siebie, było już dobrze po dziesiątej. Nie zerwałam się jednak z łóżka, tylko sięgnęłam po dzwoneczek, który teraz leżał w szufladzie mojej szafki nocnej.

Ponownie zważyłam ten kulisty przedmiot w dłoni, dziwiąc się, że był taki lekki. Niewielka kulka w środku podzwaniała cicho niemal przy każdym moim ruchu. Ciekawiło mnie, jakim cudem Ashkore z przyczepionym czymś takim do zbroi, był w stanie poruszać się niepostrzeżenie.

Podsunęłam dzwoneczek bliżej do oczu i uważnie prześledziłam niemal każdy milimetr jego powierzchni. Kolor przywodził mi na myśl miedź, ale podejrzewałam, że został jednak wykonany z innego metalu. W jednym miejscu natrafiłam na rysę, ale gdy przeciągnęłam obok paznokciem, to nie udało mi się naruszyć struktury materiału, więc stwierdziłam, że to musiało być jakieś poważniejsze mechaniczne uszkodzenie.

Zakończyłam oglądanie, dopiero gdy oczy zaczęły mnie boleć od wytężania wzroku. Zamierzałam od razu po śniadaniu udać się do Purroya, więc po ubraniu się owinęłam dzwoneczek w miękką szmatkę, by chociaż trochę wytłumić jego podzwanianie i schowałam go do kieszeni.

Tak jak zaplanowałam, tak zrobiłam – jak tylko zjadłam, to od razu oddałam Karuto talerz i udałam się w stronę wyjścia z Kwatery. Już nawet dotarłam na targ, ale przeszło mi przez myśl, że dzwoneczek może być bardzo dosłownie naszym kluczem – może to na niego reagowało przejście przy wiśni? Właściwie to przecież Ashkore mógł go nosić nie tylko ze względów estetycznych... Nie miałam pojęcia, czy ten pomysł miał w ogóle jakiś sens, ale spodobał mi się na tyle, że wolałam od razu to sprawdzić. Niemal obróciłam się na pięcie, by się skierować na most, a stamtąd już prosto do wiśni.

Jakież było moje zdziwienie, gdy docierając na miejsce zobaczyłam Valkyona obmacującego mur w miejscu, gdzie z dziewczynami parę dni temu odkryłyśmy zarys przejścia. Na początku zmartwiałam, nie mając pojęcia, jak się zachować, ale wtedy zadziałał instynkt i po prostu schowałam się za rogiem kamiennej ściany, skąd miałam dobry widok na Valkyona, samej nie będąc przy tym przez niego widzianą. Miałam strasznie dużo farta, bo chwilę po tym, jak się schowałam, szef Obsydianu odwrócił się i rozejrzał. Cóż, przynajmniej był bardziej uważny ode mnie i dziewczyn... Sama na tę myśl też się pośpiesznie rozejrzałam, bo naprawdę wolałam nie zostać przyłapana na podglądaniu. Na szczęście w tych godzinach rekreacyjna część ogrodów Kwatery nie cieszyła się zbyt wielkim zainteresowaniem.

Przyglądałam się Valkyonowi zza rogu, zastanawiając się, co powinnam teraz zrobić. Najlepiej byłoby po prostu podejść, by go o to zagadać... Już nawet się odbiłam od ściany, by to zrobić, ale zaraz naszło mnie sporo wątpliwości. Bo co ja mu powiem, kiedy zacznie mnie wypytywać o naprawy? Parę dni temu jakoś udało się wykpić, ale nie dlatego, że miałyśmy dobrą gadkę, tylko po prostu Nevra wkroczył we właściwym momencie... Teraz już nie mogłam liczyć na podobny ratunek.

Kiedy niefortunny zbieg okoliczności wtrącał mnie w sytuację, w której musiałam improwizować, to jakoś sobie radziłam, bo po prostu nie miałam innego wyjścia, jednak nie umiałam dobrowolnie się w coś takiego wpakować. Możliwość zastanowienia się sprawiała, że miałam za dużą świadomość, jak wiele mogłoby pójść nie tak, by zaryzykować. Dlatego skończyło się na tym, że jedynie przez długą chwilę obserwowałam Valkyona, a gdy zauważyłam, że zamierzał już odejść, to z trudem się hamując przed biegiem, podeszłam do ławki stojącej na początku Alei Łuków. Akurat gdy szef Obsydianu opuścił ogród z wiśnią, zdążyłam przymknąć oczy i wystawić twarz do słońca, udając przy tym, że właśnie świetnie się relaksowałam.

Trochę się obawiałam, że Valkyon do mnie podejdzie i zagada, ale uspokajałam się, że nie byliśmy w aż tak dobrych stosunkach, by tak ni stąd ni zowąd poczuł potrzebę odbycia ze mną niezobowiązującej pogawędki. Zresztą on raczej nie należał do osób, które lubiły gadać dla samego gadania... Po długiej chwili, gdy nic się nie działo, odważyłam się uchylić jedną powiekę i spojrzeć w stronę Valkyona – okazało się, że szef Straży po prostu odszedł w stronę Kwatery. Odetchnęłam głośno.

Czego on mógł tu szukać? Może gdy pojawił się przy nas przy wiśni, to podobnie jak Alajea, od razu dostrzegł zarys przejścia? Tylko dlaczego o tym nie powiedział? Niekoniecznie nam, w końcu my twierdziłyśmy, że mamy jedynie problem natury technicznej, ale mógł o tym wspomnieć Nevrze, a on już na pewno by mi to przekazał... Ta cała sprawa wydawała się co najmniej podejrzana, a że nie umiałam znaleźć rozsądnego wytłumaczenia, to obiecałam sobie w duchu porozmawiać o tym jak najszybciej z dziewczynami. Że też musiało się to wydarzyć akurat, gdy Nevra wyjechał! A może właśnie to dlatego to się wydarzyło akurat teraz? Może powinnam właśnie się rzucić do śledzenia Valkyona, zamiast tylko się gapić jak kołek?

Potrząsnęłam głową, by odgonić nieciekawe myśli. Nie powinnam się nakręcać, bo to przecież mogło nie być nic ważnego... W końcu Valkyon nigdy się nie znajdował w kręgu podejrzanych... ale Leiftan w sumie też nie... Cholera! Jeszcze raz potrząsnęłam głową. Nie, musiałam się teraz skupić na dokończeniu jednej sprawy, a nie od razu zaczynać następną. Szefa Obsydianu jeszcze zdążę poobserwować. Zdecydowanym krokiem ruszyłam do Purroya.

Byłam tak zaaferowana, że dopiero dotarłszy na targ, przypomniałam sobie, że miałam przecież coś sprawdzić przy wiśni. Zdławiłam przekleństwo i ponownie obróciłam się na pięcie, by wrócić w miejsce, z którego dopiero co przyszłam. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie obserwował, bo moje zachowanie dzisiaj mogło wyglądać nie tylko podejrzanie, ale także strasznie głupkowato.

Pod wiśnią wysupłałam dzwonek z kieszeni i szmatki, po czym przeszłam się z nim w ręku wzdłuż muru, czekając na jakąś reakcję, ale niestety nic się nie wydarzyło. Dla pewności zrobiłam jeszcze jeden taki kurs, a w miejscu, gdzie znajdowało się przejście, przystanęłam na dłużej i nawet trochę podzwoniłam, licząc, że może to coś da, ale też bez skutku. Przemilczałam kolejne przekleństwo, które cisnęło mi się na usta i tym razem już ostatecznie udałam się do Purroya.

Kręciłam się przez dłuższą chwilę przy magicznym sklepie kotowatego, czekając na moment, kiedy będę mogła z nim porozmawiać sam na sam. Gdy tylko wypatrzyłam taką okazję, od razu z niej skorzystałam i weszłam do środka.

– Witaj, Gardienne – odezwał się uprzejmie Purroy. Swego czasu wykonałam dla niego kilka misji, dlatego nie zdziwiło mnie, że pamiętał moje imię. Właściwie to zrobiło mi się z tego powodu całkiem miło. – Co cię do mnie sprowadza?

– Dzień dobry Purroyu, będę potrzebowała twojej pomocy – odparłam, podchodząc bliżej. Na moje słowa kotowaty zastrzygł uszami. Sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam zawiniątko z dzwoneczkiem, po czym położyłam je na sklepowej ladzie. – Potrzebuję, żebyś to dla mnie zbadał – wyjaśniłam cicho, ostrożnie odciągając materiał, by odsłonić przedmiot. – Zależy mi na dyskrecji – dodałam, co by nie było wątpliwości, jakie miałam oczekiwania. Purroy popatrzył na mnie, a później na dzwoneczek.

– Mogę? – zapytał, gestem sygnalizując, że chciał sięgnąć po przedmiot.

– Tak, tak, oczywiście – odparłam pośpiesznie, podsuwając dzwoneczek w jego stronę. Kotowaty delikatnie ujął go w puchatą łapkę, podczas gdy drugą przyłożył sobie do oka coś w rodzaju lupy jubilerskiej. Obserwowałam uważnie, jak oglądał dzwoneczek i w chwili, gdy się zatrzymał na rysie, coś w jego postawie mi podpowiedziało, że spodziewał się ją znaleźć właśnie w tym miejscu... zupełnie tak, jakby już ten przedmiot kiedyś oglądał.

– Dobrze, zajmę się tym, ale analiza może potrwać ze dwa albo trzy dni – oznajmił Purroy, prostując się. Teraz to dziwne wrażenie, że już widział ten konkretny dzwoneczek, się ulotniło, ale to nie oznaczało, że przestałam o tym myśleć.

– Dziękuję – odparłam, kłaniając się lekko. – Potrafiłbyś mi już określić koszt tej usługi?

– Myślę, że nie wyjdzie więcej jak siedemset maany – powiedział, chowając przedmiot do swojej sakiewki. Trochę mnie ta cena zabolała, ale zdążyłam się już od wczoraj oswoić z myślą, że trzeba będzie wyłożyć na stół konkretną sumkę. Całe szczęście, że po powrocie ze Świątyni wypłacono mi zaległe tygodniówki, bo dzięki temu mogłam bez mrugnięcia zgodzić się na taką kwotę.

– Dobrze, dziękuję – oznajmiłam, ponownie się kłaniając. – Nie przeszkadzam ci już, życzę miłej pracy – dodałam i pośpiesznie wyszłam ze sklepu, uprzejmie żegnana przez Purroya.

Nevra mnie zapewniał, że w raporcie o śledztwie nic nie sugerowało, by dzwoneczek został zbadany, ale ja nie mogłam się pozbyć wrażenia, że Purroy już dobrze znał ten konkretny przedmiot. Czyżby ktoś jeszcze tak jak ja przyniósł mu go, a potem zachował wyniki dla siebie? Tylko kto?

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.