FANDOM


Hej!

Jak ja uwielbiam jak w trakcie poprawiania tekstu gruntownie przebudowuję poszczególnie sceny po dwa, czasem trzy razy, a czasem nawet cztery, z czego ten ostatni raz wypada tuż przed publikacją... ech -,- xD. Wersja, którą publikuję, względem tej pierwszej "sensownej" ma wspólne może ze trzy zdania i kilka przecinków... XD. Czasem (a podczas pracy nad tym tekstem często) zadaję sobie pytanie, dlaczego ja to sobie w ogóle robię i powiem szczerze, że nie wiem XD. W każdym razie mam nadzieję, że ta praca miała sens i tekst (kobylasty, bo ma prawie 7k słów) się spodoba <3.

Pozdrawiam Rosseę za pomoc, Asanamir za wsparcie duchowe i Natalię, której obiecałam pozdrowienia, bo ten tekst miał się już ukazać tydzień temu, ale poprawianie go mnie przerosło, ahahahaha XD.

Link do wszystkich części

Miłej lektury <3




Kiedy nasze języki wreszcie się zetknęły w pocałunku, moje ciało jak przyciągane jakąś nieznaną siłą zbliżyło się do Menhisa, a on jakby kierowany podobną energią, wciągnął mnie na kolana. Ani się nie obejrzałam, a już siedziałam na nim okrakiem, ale odpowiadał mi taki obrót spraw. Ujęłam w dłonie twarz psiona i napawałam się tą cudowną chwilą zapomnienia, a kąciki moich zajętych przyjemnością ust same wędrowały ku górze do uśmiechu. Tak prawdopodobnie mógł wyglądać raj.

Kiedy dłońmi zaczęliśmy poznawać nawzajem nasze ciała, wszystko zdawało się zmierzać w jak najlepszym i najprzyjemniejszym kierunku, ale wtedy właśnie moją uwagę zwróciła pewna zachowawczość w ruchach Menhisa… tak jakby na coś czekał. Wcale nie miałam ochoty przerywać pocałunku, ale podszepty intuicji, że coś było nie tak, przeszkadzały mi na tyle, że po prostu musiałam. Oparłam ręce na ramionach psiona, po czym odchyliłam się lekko do tyłu i spojrzałam mu pytająco w oczy. Miał spokojny wyraz twarzy, choć słaby rumieniec na policzkach zdradzał, że ta namiętność między nami nie była mu obojętna.

– A teraz spróbuj przekazać mi to samo, ale słowami... – odezwał się Menhis, zanim zdążyłam sformułować pytanie.

– S–Słucham? – wykrztusiłam zaskoczona. To, co psion powiedział, wystarczyło, bym w przyspieszonym trybie zawróciła się z raju.

– Jestem trochę skonfundowany, bo o ile czysto fizyczne relacje nie są mi obce, tak coś bardziej złożonego stanowi dla mnie pewną nowość i mogę tylko snuć domysły, co chciałaś przekazać tym pocałunkiem – wytłumaczył Menhis, ani na chwilę nie odrywając ode mnie wzroku. Pod jego spokojnym spojrzeniem ostygłam na tyle, że zaczęłam czuć skrępowanie naszą nieplanowaną bliskością, dlatego gdy mówił, zsunęłam się na poduszkę. Pozwolił mi na to, choć wcale nie sprawiał wrażenia zawstydzonego czy poruszonego, nawet tym co właśnie powiedział.

– Naprawdę nigdy wcześniej nie byłeś z nikim… tak naprawdę blisko? – zapytałam, by jakoś ugryźć zainicjowany przez niego temat i odwrócić uwagę od mojego skrępowania. Co prawda Huang Hua uprzedzała o jego ograniczonej uczuciowości, ale naprawdę trudno mi było sobie wyobrazić, że można tyle lat żyć i nic do nikogo nie poczuć. Może fenghuang po prostu nie wiedziała wszystkiego?

– Nie – odparł Menhis. – I aż do teraz nawet tego nie chciałem – dodał niespodziewanie, a ja poczułam ścisk w gardle. W jego ustach to stwierdzenie brzmiało tak zwyczajnie, że równie dobrze mógłby mówić o pogodzie, ale nie przejmowałam się tym, bo już sama treść przekazu była dostatecznie niesamowita.

– Więc… – wydusiłam z siebie.

– Chcę z tobą zobaczyć, jak to jest być z kimś „naprawdę blisko” – oznajmił, patrząc mi prosto w oczy. Zamarłam, odwzajemniając to uważne spojrzenie. Czerwień tęczówek psiona wydawała mi się teraz tak hipnotyzująca, że chyba nie umiałabym odwrócić od niej wzroku. Na szczęście wcale nie miałam ochoty tego robić. – Nie wiem, jak się w tym odnajdę, ale chcę spróbować – dodał i prawdopodobnie to była najmniej romantyczna miłosna propozycja w dziejach świata, ale mi to w zupełności wystarczyło. Zakochani już przecież tak mają, prawda?

– Też tego chcę – powiedziałam z uśmiechem, nachylając się lekko do Menhisa. Myślałam o kolejnym pocałunku, ale psion okazał się mieć inny pomysł...

– Tylko będę potrzebował twojej pomocy – oświadczył nagle i trochę mnie to otrzeźwiło.

– Co masz na myśli? – zapytałam, prostując się.

– Moja wiedza o miłości jest czysto teoretyczna, Gardienne – oznajmił Menhis. – Naoglądałem się różnych jej oblicz i przejawów w cudzych głowach, ale nigdy nie miałem potrzeby tego zgłębiać, oceniać czy kategoryzować, dlatego nie wiem, co jest właściwe, a co nie, ani tym bardziej nie mam pojęcia co dla ciebie jakie jest – tłumaczył dalej, a ja chyba jeszcze nigdy nie słuchałam go tak uważnie jak teraz. – Potrzebuję, byś mnie tego nauczyła, byś mówiła i pokazywała mi wprost, czego chcesz, czego nie chcesz, co jest dla ciebie w porządku, a co jest przekraczaniem granicy – dodał, a ja pokiwałam głową, bo przedstawił to tak, że wszystko było dla mnie jasne. Nie musiałam długo się zastanawiać, by wiedzieć, że odpowiedź na tak szczerze i otwarcie wyrażoną potrzebę mogła być tylko jedna.

– Dobrze, zrobię to dla ciebie – obiecałam, choć zdawałam sobie sprawę, że to wcale nie przyjdzie łatwo, bo rozmawianie o moich uczuciach, myślach i emocjach nigdy takie dla mnie nie było. Jednak dla Menhisa naprawdę czułam się gotowa z tym zmierzyć. Poza tym jeśli w czymś bym utknęła, to zawsze mogłam mu to po prostu pokazać, ale prawdę powiedziawszy, tego akurat wolałabym unikać. To zabawne, że umiałam się teraz zdobyć na taką trzeźwą refleksję, ale chyba zbyt wiele razy się przekonałam o inwazyjności ciekawości Menhisa, by zapomnieć o tym, jak ważne było zachowanie prywatności.

– W takim razie ponawiam prośbę: wytłumacz mi, co dla ciebie oznaczał ten pocałunek – powiedział niespodziewanie psion.

– Ale że tak już, teraz? – upewniłam się, czując, jak zaczynam się rumienić, bo pod wpływem tej całej rozmowy zdążyłam już zapomnieć, co ją właściwie zaczęło. Moje dobre chęci przekroczenia własnej strefy komfortu zderzyły się z rzeczywistością dużo szybciej, niż mogłabym przypuszczać.

– A niby kiedy? – odparł zdziwiony psion, a ja przez chwilę patrzyłam na niego z otwartymi ustami, analizując sytuację, ale w końcu się otrząsnęłam, w duchu przyznając mu rację.

– Fakt – stwierdziłam z westchnięciem, ale ta świadomość to jeszcze za mało, by umieć się wysłowić na temat tego, co się czuło. – Cóż... właściwie to pocałowałam cię właśnie dlatego, że zabrakło mi słów – odparłam szczerze i może trochę wymijająco, przepraszająco rozkładając przy tym ręce.

– Teraz masz czas się zastanowić, więc może znajdziesz jakieś – powiedział niezrażony Menhis, odchylając się lekko do tyłu, by się podeprzeć rękami o podłogę, a ja skinęłam głową na zgodę, bo właściwie ponownie mógł mieć rację. Wtedy to wszystko było takie gorączkowe i pod wpływem chwili, a teraz przecież już zdążyłam ochłonąć. Zamilkłam, szukając nazw dla uczuć, które wtedy czułam i nagle coś sobie uświadomiłam.

– Tak właściwie… jeśli nie rozumiałeś, dlaczego cię pocałowałam, to dlaczego się odwzajemniłeś? I to jeszcze… tak – zapytałam, na końcu wymownie wskazując na jego kolana. To byłoby jak na mnie całkiem zgrabne odwrócenie kota ogonem, gdyby nie to, że wcale nie zamierzałam uniknąć odpowiedzi. Naprawdę chciałam mu wszystko powiedzieć, ale potrzebowałam czasu, by sobie ułożyć w głowie wyczerpujące wyjaśnienie.

– Bo domyślałem się, że dla ciebie to coś znaczy i choć nie rozumiałem, to nie miałem nic przeciwko, żebyś dała temu wyraz – stwierdził z rozbrajającą szczerością. – I odwzajemniłem się po prostu tak, jak potrafiłem – dodał zaraz potem ze słabym wzruszeniem ramion, co jednak zignorowałam, bo ważniejsza wydawała mi się pierwsza część wypowiedzi.

– A dla ciebie to nic nie znaczy? – to mogło zabrzmieć jak czepianie się słówek, ale chciałam zrozumieć jego podejście.

– Ja sam nigdy nie przywiązywałem do tego wielkiej wagi – wyjaśnił Menhis wzruszając ramionami. – Dla mnie całowanie to tylko jedna z tych rzeczy, jakie się robi, gdy się idzie z kimś do łóżka – stwierdził obojętnie. Nie mogłam mieć do niego pretensji, że tak na to patrzył, ale i tak zrobiło mi się trochę przykro. Powinnam chyba zacząć się przyzwyczajać, że obok zapierających dech wyznań, będę od niego słyszała też takie mniej miłe stwierdzenia… i to wypowiedziane tym samym tonem. – Znam cię jednak na tyle, by podejrzewać, że chodziło ci o coś innego – dodał i prawdopodobnie nie miał tu nic złego na myśli, ale jego słowa zabrzmiały mi na tyle bezczelnie, że choć się nie mylił, to nie chciałam mu tego tak po prostu przyznać.

– A może właśnie o to mi chodziło? – zapytałam, butnie unosząc brodę do góry. Menhis popatrzył na mnie, a potem bez słów przeniósł wzrok na coś za mną. Widząc sam wyraz jego twarzy, nie musiałam się odwracać, by odgadnąć, że spoglądał na łóżko.

– Ciągle możemy tam trafić – odezwał się bez cienia skrępowania czy choćby najmniejszego zawahania. Na tak postawioną sprawę poczułam kolejne uderzenie fali gorącego zawstydzenia. Co prawda w tamtej chwili, gdy się całowaliśmy, może i dałabym się całkowicie ponieść, ale teraz gdy emocje ostygły, to już nie było takie pewne. Pocałunki psiona podobały mi się i zdecydowanie chciałam ich więcej, ale jakoś nie czułam się teraz gotowa, by pójść dalej. I tak miałam wrażenie, że to wszystko działo się trochę za szybko. – Naprawdę kiepsko blefujesz, Gardienne – zaśmiał się psion, a ja uciekłam wzrokiem w bok. – A odkładając żarty na bok, to jeśli wolisz, to możesz mi to po prostu pokazać… – zaproponował i to była całkiem kusząca oferta, ale naprawdę wolałam ją odrzucić.

– Nie – zaprotestowałam, dodatkowo unosząc rękę, jakbym chciała go zatrzymać. – Chcę ci to powiedzieć, tylko to po prostu nie jest łatwe…

– Obiecuję nie wystawiać noty za styl – odparł Menhis uśmiechając się cwaniacko kącikami ust. Zaśmiałam się.

– Dzięki – powiedziałam, a potem odetchnęłam głęboko. Zamknęłam oczy, licząc, że to pomoże mi się skupić. – Więc… tym pocałunkiem chciałam… chciałam... – zaczęłam, ale zaraz urwałam zmieszana, bo słowa jak na złość, nadal się nie układały. Postanowiłam spróbować z innej strony, choć to oznaczało przyznanie się do rozmowy z Huang Hua. Niestety nie miałam innego pomysłu. – Już wcześniej... od Huang Hua wiedziałam o twojej... hm... uczuciowości, ale przez to twoje wyznanie... jeśli można to tak nazwać... było jeszcze bardziej przejmujące – przerwałam, podejrzewając, że Menhis będzie chciał to jakoś skomentować, bo jakby nie patrzeć razem z Huang Hua po prostu o nim plotkowałyśmy, ale on milczał. – Byłam taka poruszona… ale też zaskoczona i ucieszona… i jednocześnie przytłoczona... – podjęłam powoli, mimowolnie uśmiechając się pod nosem, gdy wróciły do mnie tamte emocje. – ... zabrakło mi słów, ale musiałam ci jakoś to przekazać... musiałeś przecież się dowiedzieć, jak ważne było to, co powiedziałeś... i jak ważny jesteś dla mnie – dodałam i odetchnęłam ponownie, uświadamiając sobie, że powiedzenie tego wszystkiego ostatecznie okazało się nie takie trudne, jak się obawiałam. Teraz bardziej stresowało mnie, jaką usłyszę odpowiedź.

– Hmm... – mruknął Menhis wyraźnie zamyślony, a ja otworzyłam oczy i uniosłam głowę. Okazało się, że psion też miał przymknięte powieki. – Dziękuję za wyjaśnienie – oznajmił krótko. Ta prosta odpowiedź mnie zaskoczyła, bo spodziewałam się raczej jakiegoś bardziej rozbudowanego komentarza. – Chciałbym od czasu do czasu móc zobaczyć te uczucia i emocje, jakie w tobie wzbudzam – dodał zupełnie niespodziewanie, otwierając przy tym oczy.

– Dlaczego? – to pytanie zupełnie naturalnie wypłynęło z moich ust.

– Prawdopodobnie nigdy się nie nauczę czucia tego wszystkiego co ty, ale obserwowanie jak to przeżywasz, da mi jakąś namiastkę – wyjaśnił wprost, a mnie na te słowa coś zakuło przy sercu. To kolejny raz tego wieczoru, gdy Menhis powiedział mi coś tak poruszającego... Czy on w ogóle zdawał sobie sprawę, jak wielkie miało znaczenie to, o czym mówił? To było takie proste wyznanie, ale w zupełności wystarczyło, by przewrócić do góry nogami moje postrzeganie prywatności, bo wcześniej nawet nie pomyślałam, że przyjdzie mi czuć za nas oboje.

– Chcę cię pocałować jeszcze raz – oświadczyłam, prostując się. Teraz też kierował mną impuls, ale nad tym chociaż trochę panowałam. – Żebyś mógł poczuć to, co ja – dodałam, wymownie nachylając się w stronę Menhisa. Obserwował mnie uważnie i uświadomiłam sobie, że znowu na coś czeka, ale teraz dobrze wiedziałam na co, bo psion raczej nie należał do osób, którym trzeba było cokolwiek mówić dwa razy. – Możesz wejść – oznajmiłam.

Menhis uśmiechnął się znowu samym kącikiem ust, po czym również się nachylił. Już zaczęłam czuć ekscytację zbliżającym się pocałunkiem, ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu psion się odsunął nagle, zanim nasze wargi w ogóle zdążyły się zetknąć.

– Nie czujesz tego? – zapytał zdziwiony, tym samym wprawiając mnie w niemałą konsternację.

– Czego? – zapytałam ogłupiała.

– Boli cię – wytłumaczył Menhis, a ja przymknęłam otwarte ze zdziwienia usta i skupiłam się na własnych odczuciach. Wtedy zrozumiałam, że kłucie przy sercu wcale nie wywodziło się ze wzruszenia. To odkrycie sprawiło, że zrobiło mi się zimno. – Strefa... – powiedziałam cicho, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. – … dotarła już tutaj?

– Na to wygląda – stwierdził Menhis, przeczesując dłonią włosy. – Musisz się przenieść gdzieś poza Świątynię – dodał zaraz potem, wstając. – Pójdę po Wei.

– D... dobrze – powiedziałam zmieszana. To głupie, ale choć poszerzanie strefy na nowo mnie wystraszyło, to widząc teraz podnoszącego się psiona poczułam okropny zawód. Naprawdę chciałam go pocałować i podzielić się z nim tym, co sama czułam.

Zalało mnie przyjemne zdziwienie, gdy Menhis nagle ujął mnie lekko pod brodą i skierował moją głowę do góry, a potem chwilę później poczułam na ustach krótki pocałunek. Psionowi przyszło to tak naturalnie, że przez chwilę mogłabym uwierzyć, że ta cała rozmowa, którą dopiero co odbyliśmy, była tylko żartem.

– Hmmm… miłe – mruknął do siebie, a ja spojrzałam na niego pytająco. – Twoje myśli były dość jednoznaczne, więc pozwoliłem sobie spróbować...

– To dobry początek – zaśmiałam się, nie mając nic przeciwko akurat takim niespodziankom. Menhis po tym już dalej nie zwlekał, tylko opuścił pokój.

Pokręciłam się chwilę w poszukiwaniu wygodnego miejsca, gdzie nie przeszkadzałoby mi żadne kłucie w piersi, ale z mizernym skutkiem. Skończyło się na tym, że przysiadłam na parapecie okna, gdzie to odczucie było najsłabsze. Na początku bardzo się wystraszyłam tą całą sytuacją, ale teraz już udało mi się ochłonąć. Przede wszystkim uspokajająca była świadomość, że Huang Hua niedługo dotrze do Kwatery z fletem i zrobi wszystko, by uratować nie tylko Kryształ, ale także mnie. Nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mogłoby pójść nie tak. Tak na to patrząc, trudno widzieć w tym dziwnym kłuciu w piersi coś więcej niż przejściowy dyskomfort.

Inna sprawa, że moją uwagę skutecznie odciągało od zmartwień to, co się właśnie działo między mną a Menhisem. Gdyby nie to rozpraszające odczucie w piersi, to czułabym chyba tylko same motylki w brzuchu. To wszystko co psion powiedział o mnie i o sobie… po prostu nie umiałam o tym nie myśleć. Właściwie to ostatnia godzina dostarczyła mi tyle materiału do rozważań, że nawet nie wiedziałam, od czego zacząć, dlatego moja uwaga skakała jak z kwiatka na kwiatek. Od zastanowienia się, co jeszcze Menhis dla mnie zrobił, o czym nie wiedziałam i postanowienia zapytania go o to jeszcze kiedyś, przez próby wyobrażenia sobie, jak nasz związek będzie właściwie wyglądał, aż do rozpamiętywania jak psion świetnie całował.

Przez ten hałas w głowie kompletnie straciłam poczucie czasu i miałam wrażenie, że minęła raptem chwila od wyjścia Menhisa, a już wpadła do pokoju Wei. Wchodzący za nią psion miał obojętną minę.

– Gardienne, słyszałam, co się stało – powiedziała fenghuang, podchodząc do mnie. Położyła dłonie na moich ramionach i z przejęciem zaczęła mi się przyglądać, jakby ta dziwna przypadłość powodowana przez Kryształ dawała także zewnętrzne objawy. – Wezwać Ewelein albo Koharu, żeby cię obejrzały?

– Mówiłem ci już, że to niepotrzebne. Gardienne po prostu musi opuścić Świątynię – odparł za mnie Menhis. Wei odwróciła głowę.

– Nie przypominam sobie, żebym pytała cię teraz o zdanie – oznajmiła ozięble. Jej ton mocno kontrastował z tym, jak troskliwie mówiła do mnie. Wpatrywałam się w nią osłupiała, bo zupełnie nie spodziewałam się czegoś takiego.

Kątem oka zobaczyłam, jak psion wzruszył ramionami i z niezmiennie obojętną miną oparł się plecami o ścianę przy drzwiach, krzyżując przy tym ręce na piersi. Wei ponownie odwróciła się do mnie i jej twarz od razu się rozjaśniła.

– Eee... – wykrztusiłam ogłupiała, nie rozumiejąc tej dziwnej zmienności fenghuang. Pamiętałam, że kiedyś nazwała Menhisa dupkiem, ale nie podejrzewałabym jej o tak otwarte okazywanie wrogości. – Nie, naprawdę nie trzeba ich wzywać... Ewelein już mnie badała i to nic nie dało – powiedziałam powoli, trochę się obawiając, że moja odpowiedź również się spotka z chłodną reakcją, ale na twarzy Wei nie dostrzegłam nic poza łagodną troskliwością. To mi dodało trochę odwagi, więc wzięłam wdech, by coś jeszcze dodać. – Menhis ma rację, muszę poczekać gdzieś poza Świątynią, aż Huang Hua z fletem uleczy Wielki Kryształ.

– Dobrze, w takim razie pora wdrożyć plan Huang Hua – stwierdziła Wei, uśmiechając się do mnie pocieszająco.

– To jest jakiś plan? – zdziwiłam się.

– „Plan” to może zbyt mocne słowo, ale Huang Hua udzieliła mi wskazówek co robić, jeśli zacznie się z tobą dziać coś niepokojącego – wyjaśniła fenghuang, a mi zrobiło się cieplej na sercu, że w tej całej bieganinie przed wyjazdem Huang Hua pomyślała nawet o tym. – Przeniesiemy cię do gorących źródeł – dodała, a mi się aż rozszerzyły oczy ze zdumienia.

– Nie przypuszczałam nawet, że możecie mieć tutaj gorące źródła – powiedziałam, nie kryjąc entuzjazmu.

– Nie pytałaś, Gardienne, więc nie sądziłam, że mogłoby cię to interesować – stwierdziła Wei, przepraszającym tonem, tak jakby to z jej winy coś mi nawet nie przyszło do głowy. Spojrzałam ponad ramieniem fenghuang na Menhisa i on co prawda powstrzymał się od komentarza, ale uśmieszek na jego twarzy był dość wymowny, bym wiedziała, o czym teraz myślał. Może faktycznie miał rację i nie wykazywałam się dostateczną ciekawością? Ale przecież mu tego nie przyznam! Demonstracyjnie odwróciłam od niego wzrok.

– Nic nie szkodzi, chętnie zobaczę to miejsce – stwierdziłam, odwzajemniając uśmiech Wei.

– Cieszę się, Gardienne – odparła fenghuang z ulgą. – Przydzielę ci czterech strażników, żeby zadbali o twoje bezpieczeństwo – dodała zaraz potem.

– Nie ma takiej potrzeby – wtrącił się Menhis, odbijając się od ściany – Zaopiekuję się Gardienne na czas pobytu poza Świątynią – dodał, podchodząc bliżej.

– Huang Hua mnie uprzedziła, że prawdopodobnie będziesz chciał towarzyszyć Gardienne w takiej sytuacji, czego ci nie odmawiam, jeśli Gardienne to nie przeszkadza... – oznajmiła Wei w stronę psiona tonem pełnym chłodnego profesjonalizmu, jedynie na koniec spoglądając na mnie z wyraźnym oczekiwaniem, aż się do tego ustosunkuję. Kiwnęłam głową na zgodę. – ...ale Huang Hua kategorycznie zabroniła mi się zgadzać na twoje głupie pomysły, a to prawdopodobnie jeden z nich – podjęła beznamiętnie Wei. Chyba nie dało się być mniej przejętym od niej. – Z tego co zrozumiałam, masz się nie przeforsowywać, a na tym pewnie by się skończyło, gdybyście zostali niespodziewanie zaatakowani.

– Jestem innego zdania – stwierdził równie niewzruszenie Menhis.

– A mnie twoje zdanie nie interesuje – odparła Wei, mocno akcentując słowa, najwyraźniej chcąc pokazać, że temat nie podlegał dyskusji. – Takie są rozkazy Huang Hua i zamierzam je wypełnić – dodała zaraz potem. Oboje wymienili spojrzenia, po czym ku mojemu zdziwieniu psion odpuścił.

– Jak Huang Hua każe – stwierdził, kłaniając się przy tym uprzejmie i bez najmniejszej oznaki szyderstwa. W takiej chwili ja bym chyba właśnie triumfowała, ale na Wei to w ogóle nie zrobiło wrażenia.

– Cieszę się, że się zgadzamy – oznajmiła oschle fenghuang. – Zaraz wszystko zorganizuję, a wy tu poczekajcie – dodała, kierując się ku drzwiom. Wtedy przypomniałam sobie o czymś ważnym.

– Wei, mogłabyś zabrać z mojego pokoju parę ubrań na przebranie? – zapytałam, odruchowo chcąc do niej podejść, ale zatrzymałam się, czując mocniejsze ukłucie w piersi, które boleśnie przypomniało, że sytuacja mimo wszystko ciągle była poważna. Przestraszona Wei cofnęła się do mnie i objęła ramieniem. Razem wróciłyśmy do okna.

– Naturalnie, Gardienne – powiedziała fenghuang, znowu jakby chciała mnie pocieszyć. – Czekajcie na moje przyjście ze strażnikami.

– Czekamy niecierpliwie – zapewnił uprzejmie Menhis, a Wei obrzuciła go złym spojrzeniem, ale nic już na to nie odpowiedziała.

– Chyba się nie lubicie – zagaiłam, gdy za fenghuang zamknęły się drzwi.

– Mnie ona jest obojętna – stwierdził Menhis ze wzruszeniem ramion. – ... znaczy drażni mnie, ale nie bardziej niż każdy inny przeciętny mieszkaniec Eldaryi – poprawił się zaraz. – To ona mnie nienawidzi.

– Podpadłeś jej? – sądziłam, że to dość oczywiste wyjaśnienie, ale byłam ciekawa historii, jaka za tym mogła stać.

– Oczywiście, że tak. I to już w chwili, gdy w ogóle się urodziłem – wyjaśnił Menhis, a ja zmarszczyłam brwi. – Nienawidzi mnie za to, że jestem psionem – doprecyzował.

– Ale... dlaczego? Skoro jest tak blisko z Huang Hua, to na pewno wie, że nie jesteś już taki jak inni – powiedziałam, próbując coś z tego zrozumieć.

– Wei wywodzi się z terenów, które wieki temu najbardziej ucierpiały przez działalność psionów i gdzie nienawiść do takich jak ja jest ciągle starannie pielęgnowana – wytłumaczył wreszcie Menhis tak, że coś mi się rozjaśniło w głowie. Podejrzewałam, że psion miał na myśli jedną z krain podległych nieszczęsnemu elfickiemu królowi, o którym mówił mi Ethel, ale nie chciałam teraz wybijać go z opowieści swoimi pytaniami o to. – Nic nie jest w stanie jej do mnie przekonać, a ja nie widzę powodu, by miałoby mi na tym w ogóle zależeć.

– Dziwię się, że okazuje ci to tak otwarcie – stwierdziłam z powątpiewaniem.

– Po prostu ma pewność, że nic jej nie zrobię – odparł Menhis, rozkładając ręce, jakby chciał podkreślić swoją bezradność. – To zazwyczaj dodaje odwagi.

– A skąd ma taką pewność? – zapytałam zdziwiona. Brak zaufania jakoś nie łączył mi się w głowie z poczuciem bezpieczeństwa.

– Ufa swoim barierom, to jej wystarczy – powiedział Menhis, a ja zmarszczyłam brwi, nie będąc pewną, jak powinnam to zrozumieć. – Ewelein pewnie ci wspomniała, że psionami rodzą się tylko mężczyźni? – odezwał się nagle Menhis, prawdopodobnie zainspirowany moim widocznym zdezorientowaniem.

– Tak.

– To prawda, ale nie do końca.

– Jak to?

– Podobnie jak rzadko pojawiają się psioni, tak równie rzadko wśród kobiet zdarzają się osoby, które mają o wiele silniejsze umysły, niż inni faery – powiedział Menhis, zaczynając chodzić po pokoju. Ręce trzymał z tyłu, przez co wyglądał jak jakiś badacz, który właśnie referował rezultaty swoich badań. – Takie kobiety mają naturalny dar korzystania ze swego rodzaju defensywnej odmiany psioniki, która czyni je niesłychanie odpornymi nie tylko na ataki takich jak ja, ale także na manipulację czy opętanie. Mają też świetne wyczucie co do intencji innych osób – tłumaczył, a ja słuchałam go z uwagą, bo naprawdę mnie to zaciekawiło. Na koniec zdziwiona znowu zmarszczyłam brwi, ale Menhis podjął wypowiedź, zanim zdążyłam się odezwać. – ... oprócz psionów. Na intencje psionów są ślepe i właściwie w ten sposób nas rozpoznają – dodał i miałam wrażenie, że był z siebie naprawdę zadowolony. – Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, ale być może natura po prostu nie znosi próżni.

– I Wei ma taki dar? – dopytałam dla pewności.

– Tak – odparł rozbawiony Menhis. – Została doradczynią Huang Hua nie tylko dlatego, że się lubią.

– I naprawdę nic nie możesz jej zrobić? – nie dowierzałam.

– Trudno powiedzieć, bo dawno temu obiecałem Huang Hua nie sprawdzać, ile osłony Wei tak naprawdę są warte – stwierdził Menhis, przystając na środku pokoju. – Choć nie ukrywam, że zawsze mnie to trochę kusiło.

– Z ciekawości?

– Też, choć tutaj bardziej chodzi o to, że od zawsze lubiłem się sprawdzać – oznajmił psion, rozkładając ręce, jakby to o czym właśnie mówił, było silniejsze od niego. – Oprócz Wei poznałem jeszcze dwie takie kobiety. Obrona jednej mnie przerosła, a drugą za to złamałem bez problemu, choć nie ukrywam, że to trochę zajęło, także rozumiesz, jest remis, którego ostateczne rozwiązanie mam na wyciągnięcie ręki. To naprawdę może kusić – dodał i przeszło mi przez myśl, że choć stawiałam wyraźną granicę między tym, jaki Menhis był kiedyś i jaki jest teraz, to chyba nigdy się nie przyzwyczaję do tego, z jakim spokojem mówił o swoich okrucieństwach. – Ale niestety pozostaje mi obejść się smakiem – dodał, co mnie trochę uspokoiło, ale i tak wolałam się skupić na tej części tego tematu, która wydawała mi się najmniej grząska.

– Kim jest ta, która cię pokonała?

– To matka Martela – powiedział Menhis, uśmiechając się przy tym pod nosem, jakby sobie właśnie przypomniał jakąś zabawną sytuację. – Ale to dłuższa historia, a widzę, że już pod oknem zbierają się fenghuangowie.

Odwróciłam się i faktycznie za szybą widziałam jakieś poruszenie, a także blask pochodni. Cholera, znowu nam coś przerwano, akurat kiedy zaczynało się robić ciekawie!

– Ale opowiesz mi o niej kiedyś? – upewniłam się.

– Opowiem – obiecał Menhis.

Skinęłam głową i sięgnęłam do klamki przy oknie, by je otworzyć, podczas gdy Menhis odszedł w stronę szafki przy łóżku. Spojrzałam na młodych fenghuangów, którzy mieli mnie chronić tej nocy i choć ich twarze wydawały mi się znajome, to żadnego z nich nie znałam z imienia. Właściwie to w przypadku trzech z nich nawet nie miałam pojęcia, gdzie moglibyśmy się spotkać, więc założyłam, że musiałam się z nimi kiedyś minąć na korytarzu albo stołówce. W czwartym rozpoznałam pracownika biblioteki, ale to tylko przez charakterystyczny kok, w jaki spinał włosy, bo nawet nie miałam okazji z nim kiedykolwiek porozmawiać. Trochę mnie zdziwiło, że bibliotekarz został wyznaczony do takiego zadania, ale w zasadzie zdążyłam już zauważyć, że większość mieszkańców Świątyni znała przynajmniej podstawy walki.

– Witam panów – oznajmiłam, otwierając sobie jeszcze szerzej okno, by wygodnie przez nie przejść. Jeden ze strażników, ten z kokiem, podał rękę, żeby mi pomóc, za co podziękowałam mu serdecznie.

– Nie ma za co – odparł strażnik, a ja zauważyłam, że tutaj kłucie w piersi było już praktycznie niewyczuwalne. – Jestem Gihei i będę twoim przewodnikiem, a także obrońcą, choć mam nadzieję, że to drugie nie będzie konieczne – dodał po chwili z ukłonem. – A to Zhidong, Shiwen i Omitsu – przedstawił pozostałych, z czego każdy kłaniał się przy swoim imieniu.

– Ja jestem Gardienne i dziękuję wam za przybycie – odpowiedziałam, najuprzejmiej jak potrafiłam, odwzajemniając się pośpiesznym ukłonem. Powtórzyłam w głowie wszystkie imiona i zadowoleniem odkryłam, że udało mi się je wszystkie spamiętać. Widać treningi nie poszły na marne.

– Huang Wei prosiła, byśmy poczekali na nią chwilę – oznajmił mój przyszły przewodnik, na co przytaknęłam.

Usłyszałam nagle za sobą skrzypnięcie okiennicy i przypomniałam sobie o Menhisie. Przesunęłam się w bok, by zrobić mu miejsce. Gdy stanął koło mnie, fenghuangowie skinęli głowami na przywitanie. Najwyraźniej musieli się już wszyscy znać. Zaciekawiło mnie, czy ci strażnicy zdawali sobie sprawę, że Menhis był psionem. Co prawda widziałam u niego czerwone oczy, ale to przecież o niczym nie świadczyło, bo wątpiłam, by usunął ze mnie kamień, który wrzucił prawie dwa tygodnie temu. Równie dobrze mógł mieć założone soczewki już w chwili, gdy przyszedł do mojego pokoju, a ja i tak nie zdałabym sobie z tego sprawy.

Wei nie kazała długo na siebie czekać. Zaraz po przyjściu wręczyła mi pakunek z moimi ubraniami. Dziękując, przejrzałam go pobieżnie i od razu wyciągnęłam bluzę, by się nią okryć, bo wieczorny chłód zaczynał powoli dawać mi się we znaki. Zadowolona pomyślałam, że z przyjemnością się ogrzeję w wodzie z gorących źródeł i wtedy się zorientowałam, że przecież nie zabierałam do Świątyni żadnego stroju kąpielowego... Cholera!

– Um, Wei... – powiedziałam cicho. – Mogłabym cię prosić na chwilę na bok?

– Oczywiście – zgodziła się fenghuang, po czym odeszłyśmy parę kroków.

– Widzisz, ja... – odezwałam się, choć nie do końca wiedziałam jak zacząć. W końcu uznałam, że nie było sensu kluczyć. – Nie mam stroju kąpielowego, a chciałabym...

– W gorących źródłach nie będzie ci potrzebny, Gardienne – odparła Wei z lekkim uśmiechem. – Obyczaj nakazuje korzystanie ze źródeł nago.

– Eee... – wyrwało mi się głupio. Na samą myśl o takiej kąpieli zaczęłam się rumienić. – To takie niezręczne...

– Nie martw się, strażnicy nie naruszą twojej prywatności – obiecała fenghuang. – A z Menhisem mogę porozmawiać...

– Nie, nie trzeba – odparłam pośpiesznie, nerwowo przygładzając ubranie. – Sama z nim porozmawiam.

– Jak wolisz, Gardienne – powiedziała Wei, kłaniając mi się lekko. Nie wątpiłam, że wcale nie miała ochoty rozmawiać z psionem, ale doceniałam, że była w stanie i tak się tego podjąć, jeśli bym tego chciała. – Niestety muszę zostać w Świątyni, ale strażnicy się tobą zaopiekują – dodała, a ja zrozumiałam, że to pożegnanie, więc wyciągnęłam ręce, by uścisnąć jej obie dłonie.

– Dziękuję za przygotowanie wszystkiego tak szybko.

– Nie ma za co, Gardienne – odparła Wei, znowu mi się kłaniając, co tym razem ostrożnie odwzajemniłam. – Będę się modlić, by Huang Hua jak najszybciej dotarła do Kwatery.

– Dziękuję. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Rozeszłyśmy się i ja dołączyłam do Menhisa oraz strażników, a Wei zaraz zniknęła za rogiem świątynnego muru.

***

Przez następne długie minuty wędrówki niewiele rozmawialiśmy. Właściwie to tylko Gihei od czasu do czasu zagadywał mnie o jakiś drobiazg w stylu, ile planuję jeszcze zostać w Świątyni albo czy kiedyś już korzystałam z gorących źródeł. Starałam się mu odpowiadać jak najbardziej wyczerpująco i uprzejmie, ale podtrzymanie dłuższej rozmowy zupełnie mi nie wychodziło, bo moje myśli uparcie wracały do tematu stroju kąpielowego, a raczej jego braku. Wiedziałam, że przejmowanie się tym było głupie i niedojrzałe, ale też kompletnie nie do odparcia. Menhis wyglądał na pogrążonego we własnych myślach, a poza tym towarzyszyli nam strażnicy, więc musiałam jakoś sama sobie z tym poradzić.

Zdecydowanie chciałam skorzystać z kąpieli w gorącym źródle, bo nigdy wcześniej nie miałam ku temu okazji i nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek takowa się nadarzy. Wierzyłam obietnicy Wei, że strażnicy nie naruszą mojej prywatności, ale to wcale nie rozwiązywało sprawy, bo przecież był jeszcze Menhis. Wolałam nie zostawać zupełnie sama, jednak z drugiej strony nie miałam ochoty już teraz paradować przy nim nago... Rany, nie sądziłam, że tak szybko stanę przed podobnym problemem!

– Jesteśmy już prawie na miejscu – ponownie wyrwał mnie z rozmyślań głos Giheiego. Zdążyłam zrobić jeszcze krok, zanim się zorientowałam, że przystanął. – Poczekamy tutaj, a chłopacy pójdą sprawdzić, czy jest bezpiecznie i rozpalą światła – oznajmił, a ja skinęłam głową na zgodę. Menhis przystanął obok nas. Podpierał się ręką pod brodą i patrzył na las. – Jestem ciekawy, jak ci się tam spodoba – zagaił po raz kolejny strażnik. Właściwie to byłam pełna podziwu, że po tylu nieudanych próbach jeszcze się nie zniechęcił.

– Niebawem się dowiemy – zaśmiałam się. – Prawdę powiedziawszy, nie mogę się już doczekać, aż tam dotrzemy – dodałam, by rozmowa nie skończyła się na wymianie dwóch zdań.

– Tak, to może być dla ciebie prawdziwy test cierpliwości, skoro nigdy nie byłaś w podobnym miejscu – podchwycił mój żartobliwy ton Gihei.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo – odparłam i niestety mimo szczerych chęci, oboje po tym zamilkliśmy.

Ten stan się utrzymywał aż do powrotu Shiwena, który poinformował, że źródła były bezpieczne. Gihei podziękował mu i odprawił, po czym poprosił mnie oraz Menhisa, byśmy poszli za nim.

Zeszliśmy z głównej, szerokiej i wygodnej drogi na wąską, ale wydeptaną ścieżkę, prowadzącą przez leśną gęstwinę. Pochodnia niesiona przez Giheiego średnio się sprawdzała w tym otoczeniu, przez co czułam się trochę osaczona. W ramach pocieszenia próbowałam sobie wyobrazić, jak mogło być tutaj urokliwie przy dziennym świetle. Kiedy jednak wreszcie stanęłam na gładkim, kamiennym podłożu, które otaczało źródło i powiodłam spojrzeniem po całym tym miejscu, po prostu zaparło mi dech w piersiach, a dyskomfort jaki czułam, idąc tutaj, całkowicie odszedł w niepamięć.

Przede wszystkim sądziłam, że to źródło będzie znacznie mniejsze – spodziewałam się czegoś niewiele większego od przeciętnego jacuzzi, a tymczasem to był o wiele większy zbiornik wodny, obudowany dużymi kamieniami tak, by miał kwadratowy kształt i każdy z jego boków mierzył przynajmniej z siedem albo nawet osiem metrów. Całość otaczały wysokie drzewa, których rozłożyste listowie tworzyło jedyny w swoim rodzaju ażurowy dach. Najbardziej jednak podobało mi się, jak światło z zapalonych latarni tańczyło na powierzchni wody, teraz parującej w zderzeniu z chłodnym, wieczornym powietrzem. Miałam ochotę się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śnię.

– Niesamowite – wyszeptałam zachwycona. Czułam się, jakbym właśnie trafiła do jednego z tych miejsc, które promowano w drogich magazynach o podróżach... i było teraz całe do mojej dyspozycji!

– A to jeszcze nie wszystko – odezwał się Gihei, który nawet nie wiedziałam kiedy stanął koło mnie. – Masz jeszcze do zobaczenia miejsce wypoczynku – dodał i choć sprawiał wrażenie, że już chciał iść, to pokornie czekał na mój ruch.

– Dobrze, chodźmy – oznajmiłam dopiero po długiej chwili milczenia, podczas której próbowałam nasycić wzrok tym cudownym widokiem roztaczającym się przede mną. Smutno mi było stąd odchodzić, choć przecież wiedziałam, że niedługo tutaj wrócę.

Gihei jak na rozkaz odwrócił się na pięcie i ruszył w gęstwinę, w której dopiero teraz dostrzegłam wydeptane przejście. Zdziwiłam się, gdy po przejściu kilkunastu kroków znaleźliśmy się na progu sporego, jednopiętrowego budynku, który pod względem użytych materiałów i techniki budowania bardzo przypominał Świątynię.

Na wejściu przywitała nas obszerna sala z kilkunastoma leżankami, które swoim wyprofilowaniem przypominały mi leżaki ogrodowe. Na jednej z nich usiadłam na próbę i okazała się tak wygodna, że od razu się położyłam, po czym odetchnęłam głęboko. Gihei najpierw zaśmiał się z mojej reakcji, a potem wyjaśnił, że to tutaj będę mogła później odpocząć po kąpieli i oczywiście się przespać. Wskazał mi również na sporą drewnianą szafę z przesuwanymi drzwiami, która stała pod jedną ze ścian, informując przy tym, że tam znajdę koce i poduszki.

Kiedy wreszcie zebrałam się w sobie, by wstać, poszliśmy do sali obok, która była trochę mniejsza, ale przez brak jakiegokolwiek umeblowania poza kilkoma zwiniętymi matami, które leżały w rogu, wydawała się całkiem przestronna. Dowiedziałam się, że to tutaj spotykały się osoby, które po kąpieli wolały bardziej aktywny wypoczynek. Z przedstawionego przez Giheiego opisu ćwiczeń, jakie tutaj wykonywano dla uzyskania pełnej harmonii duszy i ciała, brzmiało mi to trochę jak połączenie jogi i tai–chi.

Na koniec trafiłam do łaźni, w której chyba w innych okolicznościach nie zdecydowałabym się wykąpać, bo praktycznie nie zapewniała żadnej prywatności. Widząc moją zmieszaną minę, Gihei wyjaśnił, że korzystanie ze źródeł podlegało ścisłym regułom obyczajowym i w jednym czasie mogli z nich korzystać albo tylko mężczyźni, albo tylko kobiety, nigdy razem. To jednak wcale mi nie tłumaczyło, dlaczego podczas budowy tego miejsca nikt nie zaprzątnął sobie głowy dzieleniem przestrzeni i odseparowywaniem od siebie kąpiących, szczególnie że w świątynnych prysznicach już wzięto to pod uwagę.

Ostatecznie jednak nie dopytałam się o tę kwestię, bo Gihei ruchem ręki wskazał na wyjście z łaźni, a gdy już stanęliśmy na jej progu, to skupił się na opowiedzeniu o zasadach, których musiałam przestrzegać podczas kąpieli w źródłach. Po tym od razu oświadczył, że pokazał i przekazał mi już wszystko, więc pora mu udać się na wartę. Po wytłumaczeniu, gdzie w razie czego go znajdę, ukłonił się i odszedł, tym samym zostawiając mnie samą z Menhisem. Wystarczyło, że spojrzałam na wprost na psiona, o którego obecności zdążyłam trochę zapomnieć, bo nie rzucał się za bardzo w oczy, i natychmiast wróciłam na ziemię z błogiego stanu, w jaki wprowadziło mnie oglądanie tych wszystkich tutejszych cudowności.

– Menhis… – powiedziałam i odkaszlnęłam, zastanawiając się jak poprowadzić tę rozmowę. Tyle poświęciłam samemu rozważaniu problemu braku kostiumu kąpielowego, że nawet nie pomyślałam o ubraniu tego w odpowiednie słowa.

– Nie masz stroju kąpielowego – oznajmił Menhis tak nieoczekiwanie, że w pierwszej reakcji jedynie zamrugałam, nie rozumiejąc, co ja właściwie usłyszałam.

– C–co? – wydukałam. – Skąd wiesz? – zapytałam zdziwiona, kiedy już wreszcie dotarł do mnie sens słów psiona. Groźnie przymrużyłam oczy. – Zaglądałeś mi do głowy?

– Nie, skądże znowu – odparł Menhis, w obronnym geście unosząc ręce. – Po rozmowie z Wei miałaś taką minę, jaką zawsze robisz, gdy jesteś czymś skrępowana, więc pozostało mi tylko się domyślić, o co może chodzić – wyjaśnił spokojnie. – Czyli trafiłem?

– Eee... tak – stwierdziłam, jeszcze lekko ogłupiała tą rozmową. Przymknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki wdech, by doprowadzić się do porządku i zebrać myśli. – Nie wiem jak to rozwiązać, bo chcę skorzystać z gorących źródeł i samo twoje towarzystwo mi nie przeszkadza, ale… – utknęłam na chwilę i skarciłam się za to w duchu, bo przecież samo wyjaśnienie tego problemu było znacznie banalniejsze niż wytłumaczenie uczuć i emocji, z czym przecież już dałam sobie dzisiaj radę. – … ale dla mnie to jeszcze trochę za wcześnie by pokazać ci się… nago – wydusiłam wreszcie, choć oczywiście głos musiał mi się załamać przy ostatnim słowie, a jakżeby inaczej…

Menhis popatrzył na mnie tak badawczo, że aż odruchowo przymrużyłam oczy, jakbym w odpowiedzi spodziewała się ciosu a nie słów.

– W porządku – oznajmił wreszcie psion wzruszając ramionami. – Nawet nie planowałem kąpieli, w końcu sama słyszałaś zasady, więc po prostu nie będę patrzył – dodał, a ja zaskoczona uniosłam brwi.

– Nie będziesz? – zapytałam, nie dowierzając. Właściwie to się nie zastanawiałam, jak Menhis zareaguje, ale na pewno nie podejrzewałabym, że może pójść tak łatwo.

– Nie będę – potwierdził, krzyżując ręce na piersi.

– I już, tak po prostu? – dopytałam, znowu mając ochotę się uszczypnąć, bo to co się właśnie działo wydawało mi się jeszcze bardziej nierealne niż piękno gorącego źródła.

– A co byś jeszcze chciała? – tym razem to Menhis się zdziwił.

– Nie wiem, zgodziłeś się na to tak bez złośliwego komentarza czy uszczypliwej uwagi... – wyjaśniłam zdezorientowana.

– Coś się znajdzie, jeśli chcesz… – odparł, po czym zaśmiał się na widok mojej miny. – Gardienne, wytyczyłaś jasną granicę, tak jak o to poprosiłem i ją akceptuję.

– O rany – westchnęłam, ciągle trochę nie dowierzając. – Ty naprawdę masz maniery – dodałam, a Menhis się zaśmiał.

– Mówiłem ci już, nigdy nie kłamię, gdy mówię o swoich możliwościach – odparł, uśmiechając się cwaniacko, a ja tylko rozbawiona przewróciłam oczami.

– A co będziesz robił, kiedy będę się kąpać? – zapytałam, by zmienić już temat.

– Pewnie będę medytował.

– Ale nie będzie ci przeszkadzało, jeśli się czasem odezwę? – upewniłam się.

– Jeśli już będziesz musiała… – stwierdził Menhis z teatralnym ciężkim westchnięciem.

– W takim razie nie omieszkam – powiedziałam ze śmiechem i odwróciłam się, by wejść do łaźni.

***

Gdy goniona wieczornym chłodem dotarłam nad źródło, zgodnie ze wskazówkami Giheiego owinięta jedynie w sam ręcznik i z ciasno związanymi włosami, by nie wymknął się żaden kosmyk, Menhis już siedział po turecku na jednym z kamieni tuż przy brzegu. Ustawił się plecami w stronę kierunku, z którego miałam nadejść, więc nawet z daleka mogłam zobaczyć, że faktycznie zamierzał uszanować moją prywatność. Nadal trudno mi było w to uwierzyć, ale miło było poznać jego bardziej taktowne oblicze. Chciałam mu się odwdzięczyć tym samym, dlatego nie odzywałam się, by nie zakłócać spokoju jego medytacji. Przy brzegu odwinęłam się z ręcznika i zrzuciłam klapki, po czym przysiadłam, by ostrożnie wsunąć się do wody.

Cudowne ciepło otuliło moje ciało, gdy tak jak poinstruował mnie Gihei, zanurzyłam się do ramion. Przysiadłam na wystającym z dna gładkim kamieniu i odchyliłam lekko głowę do tyłu, opierając się plecami o brzeg. Potem już tylko przymknęłam oczy i z rzadka poruszałam rękami w wodzie, sycąc się jej przyjemnym oporem. Nie wiem, co musiałoby się dziać, żebym nie umiała w takich rozkosznych warunkach się zrelaksować.

Kiedy już rozgrzałam ciało i znalazłam spokój, postanowiłam przepłynąć się powoli po źródle, by nie popaść w całkowity marazm. Gdy dotarłam do środka, uniosłam do góry głowę, chcąc zobaczyć gwiazdy, ale skutecznie mi to uniemożliwił liściasty dach i zapalone latarnie. Nie czułam jednak wcale zawodu, bo było coś naprawdę magicznego we wzorach, jakie tworzyły stykające się i nakładające na siebie gałęzie. Zupełnie jakby ktoś pomógł naturze w tworzeniu tej misternej konstrukcji. Być może właśnie tak było.

– Jak tutaj jest pięknie… – westchnęłam głośno, zapominając na chwilę o swoim postanowieniu o zachowaniu ciszy.

– To fakt – odparł zadumany Menhis, a ja odwróciłam się w jego stronę. Nie czułam, by był zirytowany, więc postanowiłam podjąć rozmowę.

– Na pewno w Eldaryi jest więcej takich miejsc, które warto zobaczyć – stwierdziłam, podpływając do brzegu, przy którym siedział psion. Oparłam się na łokciach o kamień nie dalej jak metr od niego.

– Nie możemy narzekać – przyznał ze wzruszeniem ramion, a ja znowu westchnęłam.

– Chciałabym odwiedzić chociaż jakąś ich część – powiedziałam rozmarzona. Niestety zdawałam sobie sprawę, że próżne nadzieje. – Ale Miiko na pewno nie pozwoli mi nigdzie jechać, przynajmniej dopóki coś mnie łączy z Kryształem – dodałam zawiedziona.

– Zapewne – przyznał Menhis. – Ale może nie będzie się długo złościć, jeśli zechcesz wrócić do Kwatery inną drogą – dodał zaraz potem, a ja zaskoczona aż uniosłam się na łokciach.

– Co masz na myśli?

– Mam na myśli dokładnie to, co usłyszałaś: powrót do Kwatery inną drogą – odparł Menhis, chyba niezbyt zadowolony moim pytaniem.

– Ale że jak? – nie rozumiałam. – Że my? We dwójkę?

– Tak by było najlepiej, ale jeśli...

– Nie, nie, tak byłoby super – przerwałam mu i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że głupkowato uśmiechałam się pod nosem. Ten pomysł naprawdę mi się podobał i już oczami wyobraźni widziałam te wszystkie miejsca, jakie odwiedzę razem z Menhisem... ale nie byłabym sobą, gdyby zaraz w mojej głowie nie zaczęły się pojawiać także czarne scenariusze, od których uśmiech sam mi zrzedł. – A co jeśli napotkamy po drodze jakieś kłopoty? – zapytałam zaniepokojona.

– Na przykład jakie? – zaciekawił się Menhis.

– Nie wiem... bandytów... dzikie zwierzęta... – zaczęłam wyliczać powoli, dziwiąc się, że psion nie dostrzegał czegoś tak oczywistego.

– Zdziwisz się, ale okolice Świątyni i ziemie Eel są całkiem bezpieczne – stwierdził Menhis ze wzruszeniem ramion.

– Dlatego właśnie Świątynia została zaatakowana – odparłam z przekąsem.

– Dobrze wiesz, że atak na Świątynię, to nie był żaden przypadkowy napad, tylko miał konkretny cel – powiedział Menhis wzruszając ramionami, ale w jego głos wdała się karcąca nuta. – Ani ty, ani ja, nie jesteśmy niczyim celem i jeśli dopilnujemy niezwracania na siebie uwagi, to gwarantuję, że nikt się nami nie zainteresuje.

– A jeśli jednak się zainteresuje? – nie odpuszczałam, choć tak naprawdę ten pomysł już dawno skradł moje serce. Potrzebowałam już tylko uciszenia obaw. – Pamiętaj, że mam talent do przyciągania pecha.

– To wtedy sobie poradzimy – oznajmił Menhis, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Trochę mnie zaniepokoiło, że w jego ustach brzmiało to tak łatwo, ale nie brałam w ogóle pod uwagę, by mógł kogokolwiek skrzywdzić. Przeszło mi przez myśl, że powinniśmy wrócić do kwestii jego moralnych decyzji, ale nie czułam się teraz do tego na siłach, szczególnie że moją uwagę przyciągało teraz coś innego.

– A jeśli się przy tym przeforsujesz?

– To mi zrobisz potem zimne okłady, masz już przecież doświadczenie – oznajmił rozbawiony Menhis. Mnie jednak nie było do śmiechu, bo wolałam już nie musieć się o niego martwić tak jak wtedy.

– Wszystko dla ciebie jest takie łatwe... – odparłam, krzywiąc się lekko.

– Bo to jest łatwe, Gardienne – stwierdził Menhis rozkładając ręce. – Powiem ci to samo, co Huang Hua: gdybym nie był czegoś pewien, to nawet bym tego nie proponował.

Milczałam przez chwilę, ważąc jego słowa.

– Na pewno? – zapytałam jeszcze.

– Na pewno – powtórzył za mną. Brzmiał na naprawdę pewnego siebie i przy tak postawionej sprawie nie umiałam w niego wątpić.

– Dobrze, zgadzam się – oznajmiłam z entuzjazmem. – Tylko mam nadzieję, że mój przewodnik zadba o ciekawą trasę – dodałam rozbawiona.

– Ze mną, podobnie jak z tobą, Gardienne, nigdy nie jest nudno – odparł Menhis, odwracając się w moją stronę. Odruchowo zanurzyłam się z powrotem do ramion i dopiero po tym zauważyłam, że psion wcale nie otworzył oczu, tylko po prostu uśmiechał się do mnie cwaniacko. Zaczynałam naprawdę lubić ten uśmiech.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.