FANDOM


Hej!

Uf, wreszcie tu dotarłam xD. Chociaż może "wreszcie" to niewłaściwe słowo, powinnam raczej napisać "już", bo prawdę powiedziawszy wydarzenia, które tutaj będą się działy chciałam umieścić później, ale pod wpływem pewnej Natalii (<3) stwierdziłam, że nie ma sensu tego dalej odwlekać xD. Stresuję się teraz jak cholera, podobnie zresztą jak przy poprzednim tekście z Menhisem, i to dokładnie z tych samych powodów co wtedy XD. Mam nadzieję, że spodoba się to, co napisałam <3.

Pozdrawiam Rosseę i Lady of the Foxes, dzięki za pomoc! <3

Dla tych co jeszcze nie widziały, podlinkowuję portret Menhisa, który wykonała dla mnie Alteraika <3. Jeszcze raz wielkie dzięki!

Link do wszystkich części

Miłej lektury! <3



Nie będziesz mi mówił, w kim mogę się zakochać, a w kim nie!”

Im dłużej myślałam o ostatnich godzinach, tym stawałam się coraz pewniejsza, że ta moja gniewna reakcja na zakaz Menhisa była tą najwłaściwszą. To trochę tak jakbym instynktownie przeczuwała to, o czym później opowiedziała mi Huang Hua, i dzięki temu wiedziała, że absolutnie nie powinnam go posłuchać.

Dlaczego psion zakazał zakochiwania się w nim? Z góry odrzuciłam wszystkie wyjaśnienia rodem z melodramatów, że nie czuje się godny miłości, bliskości i tak dalej. Skoro nie miał sumienia oraz rozwiniętej uczuciowości, to prawdopodobnie nawet nie umiałby myśleć w takich kategoriach.

A może pomyślał, że jak przemyślę sprawę, to uznam go za potwora i sama zrezygnuję z kontynuowania znajomości, więc wolał zrobić to pierwszy? Nie, to też bez sensu, bo niby dlaczego miałoby mu zależeć na tym, by wyprzedzić mój krok? To byłoby strasznie gówniarskie... Zresztą ta teoria miała jeszcze jedną wadę – nie rozumiałam, dlaczego miałabym zacząć widzieć w nim potwora. Bo kiedyś był naprawdę zły? Co mnie obchodziło jakieś „kiedyś”? Gdyby naprawdę się nie zmienił, to rozsmakowałby się w odzyskanej wolności i prawdopodobnie opuściłby Świątynię, zostawiając za sobą same trupy... a on tymczasem, po wszystkim siedział przy ołtarzu ognia i zupełnie zagubiony się zastanawiał, co ma z sobą zrobić dalej. Musiałabym nie mieć serca, żeby z tą świadomością myśleć o nim źle.

A może niepotrzebnie dopatrywałam się w tym jakiejś głębszej filozofii, a tak naprawdę Menhis po prostu wolał być sam? To też jednak odrzuciłam, wierząc, że w takim wypadku psion powiedziałby mi o tym wprost.

Te i tym podobne rozmyślania przewijały się przez moją głowę od pożegnania z Huang Hua, po którym wróciłam do szpitala. Przez to wszystko zupełnie odechciało mi się spać, dlatego mogłam w pełni się oddać rozważaniom, skoro sam dyżur przebiegał spokojnie. Nie czułam jednak, żebym dzięki tym analizom w ogóle przybliżała się do zrozumienia, co kierowało Menhisem. Po czasie zaczęłam nawet podejrzewać, że mogę w ogóle nie być zdolna do przejrzenia logiki psiona. Przecież bez obciążenia sumieniem i głębszą uczuciowością jego myśli mogły podążać takimi ścieżkami, na które sama nigdy w życiu bym nie wpadła. Wtedy jednak sobie przypomniałam, że Menhis powiedział, że jak się wyśpię i przemyślę sprawę, to coś zrozumiem, więc to nie mogło wykraczać poza możliwości mojego pojmowania...

Pewnie siedziałabym w szpitalu do rana, nawet nie zmrużywszy oka, gdyby nie przybycie Ewelein wczesnym wieczorem. Przyszła z jakimś młodym fenghuangiem i oboje nieśli tace z czarkami pełnymi zupy. Dopiero czując apetyczny zapach ciepłego jedzenia, zaczęło mnie ssać w żołądku i uświadomiłam sobie, że właściwie od wczorajszej kolacji nie miałam nic w ustach.

– Hej, Gardienne – przywitała się Ewelein, stawiając swoją tacę na szafce obok tej, na której siedziałam. – Jedna jest dla ciebie – dodała, bezbłędnie rozszyfrowując minę, z jaką spoglądałam na jedzenie.

– Wielkie dzięki – odparłam, sięgając do tacy. Wzięłam łyżkę i miałam już podnieść jedną czarkę, ale się zawahałam, gdy zauważyłam, że zupa wyraźnie parowała. Jeszcze mi tego brakowało, żebym na koniec tego cholernie długiego dnia się poparzyła...

– Spokojnie, można brać je do rąk, są zabezpieczone – powiedziała Ewelein z uśmiechem. Na dowód swoich słów podniosła jedną, po czym odwróciła się, by odejść do pacjenta, którego już obudził młody fenghuang.

To mi w zupełności wystarczyło jako zachęta. Zabrałam się za jedzenie od razu, jak tylko podstawiłam sobie naczynie niemal pod nos. Opróżniłabym je w minutę, gdyby nie to, że musiałam dmuchać na każdą nabraną na łyżkę porcję, żeby nie poparzyć języka. To był dla mnie chyba największy test cierpliwości od dawna, bo naprawdę zrobiłam się bardzo głodna. Kiedy już wreszcie zjadłam, zrobiłam z Ewelein krótki obchód, zdając jej raport z pracy szpitala, gdy była nieobecna.

– Dziękuję, Gardienne – oznajmiła Ewelein, gdy odeszłyśmy od ostatniego pacjenta. – A teraz wyganiam cię spać – dodała po chwili.

– Z miłą chęcią – stwierdziłam, tak naprawdę tylko czekając, aż to powie, bo po jedzeniu zaczęła powoli morzyć mnie senność. – Dobranoc.

– Wpadnij rano, jak tylko się doprowadzisz do porządku – odparła Ewelein zamiast pożegnania. W odpowiedzi tylko skinęłam jej głową, po czym wyszłam, by wreszcie zakończyć ten dzień.

Musiałam się chwilę zastanowić, by sobie przypomnieć, gdzie się znajdował mój pokój, ale gdy w końcu udało mi się trafić do odpowiedniego korytarza, to już poszło łatwo. Widok łóżka sprawił, że jak do teraz jakoś trzymałam fason, tak teraz do reszty opadłam z sił. Rozebrałam się pośpiesznie i od razu położyłam się spać.

***

Kiedy się obudziłam, było już jasno. Półprzytomna udałam się do łaźni i tam pod strumieniem letniej wody dochodziłam do siebie. Tę chwilę porannego nierozgarnięcia próbowałam wykorzystać na próbę świeżego spojrzenia na sytuację między mną a Menhisem, licząc, że teraz faktycznie coś zrozumiem, ale jak na złość nie przyszło żadne oświecenie. Wręcz przeciwnie – kiedy się wreszcie rozbudziłam na dobre, zrobiłam się jeszcze bardziej pewna swego. Nadal chciałam wesprzeć Menhisa. Nadal uważałam, że był tego warty. A także, choć to przyznałam przed sobą nie bez rumieńców, nie miałam najmniejszej ochoty posłuchać się jego zakazu. Zresztą chyba nie umiałabym tego zrobić, nawet gdybym chciała – w końcu serce nie sługa, prawda?

Dlatego niezależnie od tego, co sądził o tym wszystkim Menhis, posłuchanie go było dla mnie niewykonalne. A skoro już to ustaliłam, to zamiast marnować czas na domysły, wolałam się teraz skupić na znalezieniu sposobu, by się dowiedzieć, jaki psion właściwie miał problem. Musiałam wymyślić coś podstępnego i nieoczywistego, bo wątpiłam, by inaczej dał mi się podejść. Tylko jak oszukać kogoś takiego jak on?

Idąc do stołówki, postanowiłam przejść przez wewnętrzny ogród, żeby złapać odrobinę świeżego powietrza przed tym, jak udam się do szpitala na dyżur. Nie wiedzieć czemu, jakoś się nie zdziwiłam, gdy przy ołtarzu Feniksa zastałam Menhisa. Usiadł w niedbałej pozycji w rogu ławki stojącej przy rzeźbie i na wolnej połowie siedziska położył talię kart, na którą jak zwykle patrzył z uwagą. Postanowiłam do niego podejść.

O dziwo Menhis od razu uniósł głowę po tym, jak znalazłam się przy nim. Miał obojętny wyraz twarzy i wyglądał na trochę zmęczonego.

– Tak, Gardienne? – zagaił uprzejmie.

– Ja... – zaczęłam, ale jego postawa jakoś mnie krępowała. Zaraz jednak potrząsnęłam głową i się ogarnęłam. Nie miałam jeszcze żadnego planu, więc postanowiłam spróbować szczerości. A nuż się okaże, że obędzie się bez kombinacji... – Ja chciałam ci tylko powiedzieć, że nadal w ciebie wierzę i moja propozycja pomocy jest aktualna – oznajmiłam niemal na jednym wdechu. Psion zmierzył mnie wzrokiem. – Nie ukrywam również, że... że nie zamierzam się zastosować do twojego zakazu – dodałam, lekko się rumieniąc. Nie przyszło mi łatwo to wyznanie, ale się przemogłam, bo czułam, że było potrzebne.

– Nie wyglądasz, byś się już wyspała – odparł Menhis, po czym odwrócił głowę, żeby znowu spojrzeć na talię kart. Nie wyglądał, by się jakoś przejął moimi słowami. Raczej sprawiał wrażenie, że uznawał tę rozmowę za zakończoną. No tak, jak mogłam zapomnieć, że z nim zawsze musi być pod górkę.

– Wręcz przeciwnie – zaprotestowałam. – Wyspałam się, przemyślałam sobie wszystko i nadal nie wiem, co miałabym niby zrozumieć – wyjaśniłam, ale Menhis niczym się nie zdradził, że mnie w ogóle słucha. – Nie możesz mi po prostu wytłumaczyć, o co ci chodzi? Dlaczego mnie odpychasz?

– Nie – odparł psion, nie patrząc na mnie. – Daj sobie czas, Gardienne, a mnie spokój.

– I nie zamierzasz odpuścić?

– Nie.

– To dobrze, bo ja też nie – oznajmiłam, opierając ręce na biodrach. Wkurzona chciałam już odejść, ale się powstrzymałam, bo sobie nagle o czymś przypomniałam. Zachciało mi się śmiać, że nie pomyślałam o tym wcześniej. – Skoro nie chcesz po dobroci, to inaczej to z ciebie wyciągnę – oznajmiłam, a Menhis zmarszczył brwi, po czym zdziwiony spojrzał na mnie. – Pięćdziesiąt cztery.

– Naprawdę sądzisz, że mam ochotę podjąć tę grę? – zapytał z pobłażliwym uśmieszkiem.

– Umowa to umowa – powiedziałam obojętnie, zupełnie nie zrażając się jego reakcją. Może i wpadłam na to przed chwilą, ale byłam pewna, że to dobry plan. – Nie było w niej mowy o możliwej rezygnacji.

– I powiedz mi, dlaczego miałbym dotrzymać słowa? – dopytywał zaintrygowany.

– Może i jesteś dupkiem, ale jak się na coś zgodzisz, to tego się trzymasz – odparłam z niezmąconym spokojem, mając na myśli to, jak długo się trzymał kodeksu, mimo problemów, jakie z nim miał. Dzięki temu bez trudu poradziłam sobie z ciężarem jego złego spojrzenia.

– Nie trafiłaś – oznajmił wreszcie, odwracając głowę, a ja nadludzkim wysiłkiem powstrzymałam się, by nie przyklasnąć z zadowolenia, że wygrałam tę potyczkę.

– To jeszcze pięćdziesiąt dwa – powiedziałam, starając się nadal brzmieć obojętnie, a Menhis zacisnął usta w wąską linię. – No co? Wczoraj nie wykorzystałam mojej próby – dodałam, rozkładając ręce.

– Nadużywasz mojej cierpliwości, Gardienne – odparł chłodno psion.

– Nie, to ty niepotrzebnie przeciągasz, gadając, zamiast po prostu powiedzieć „tak” lub „nie” – stwierdziłam, tym razem krzyżując ręce na piersi, by całą sobą pokazać, że nie zamierzałam odpuścić. Psion ponownie obrzucił mnie złym spojrzeniem, ale i tym razem odpowiedział.

– Nie.

– Widzisz? Wcale nie było tak trudno – odparłam z uśmiechem, jakim zazwyczaj obdarza się małe dzieci, gdy coś im się uda. – Dzięki i do jutra w takim razie – dodałam, po czym tak po prostu skierowałam się w stronę wejścia na korytarz, który prowadził do stołówki.

Przez pierwsze trzy kroki byłam całkowicie z siebie zadowolona, ale po tym naszły mnie wątpliwości – dlaczego tak łatwo i właściwie zupełnie przypadkowo udało mi się urobić psiona? Może tym razem tak dla odmiany chciał, żebym go dopytywała? Nie, to bez sensu. Ale zaraz... już się raz zdarzyło, że rozmowa rozwijała się bardziej po mojej myśli, niż po jego... tamtego ranka po nocy, gdy miał gorączkę.

Zatrzymałam się w progu przejścia na korytarz i odwróciłam się, by ostatni raz spojrzeć na Menhisa, który znowu patrzył na talię kart. Co prawda teraz wyglądał raczej na zmęczonego niż chorego, ale i tak się zaniepokoiłam. Najchętniej bym się teraz wróciła, żeby to sprawdzić, ale powstrzymała mnie obawa, że po czymś takim urażony psion mógłby nie chcieć nawet ze mną rozmawiać. Pozostało mi jedynie mu zaufać, że tym razem nie kłamał w sprawie swojego stanu zdrowia.

Na stołówce nie spotkałam żywego ducha, a jedynie znalazłam kilka talerzy z gotowymi daniami, co mi trochę wyglądało jak szwedzki stół. Po pobieżnym przyjrzeniu się zauważyłam, że jedzenia niewiele ubyło. Prawdopodobnie wszyscy ci, którzy nie wyjechali jako obstawa wyprawy do Kwatery, musieli jeszcze odsypiać ostatnie wydarzenia.

W szpitalu była nie tylko Ewelein, ale także Koharu. Po elfce w ogóle nie było widać zmęczenia, jakby wcale nie dyżurowała całą noc. Po zapachu, jaki się przebijał przez typowo szpitalne wonie, domyśliłam się, że Ewelein napędzała ta tajemnicza, mocna herbata, jakiej sama miałam okazję wczoraj spróbować. Obie dziewczyny ucieszyły się na mój widok. Szybko jednak przeszłyśmy z ploteczek o porannym wyjeździe Huang Hua z obstawą, do konkretów.

Stan naszych pacjentów był stabilny i wszyscy dobrze rokowali. Ewelein nawet uznała, że najpóźniej za pięć dni będą mogli opuścić szpital, jednak do tego czasu wymagali pełnej opieki. Okazało się, że do pomocy zgłosiła się także młoda fenghuang, która asystowała Koharu w noc ataku na Świątynię, a to oznaczało, że każdej z nas dziennie wypadało około sześciu godzin dyżuru. Odpowiadało mi to, bo to akurat tyle, by się wyspać i jeszcze coś porobić.

Problem polegał na tym, że nie bardzo miałam pomysł, czym mogłabym się zająć w wolnym czasie w Świątyni. Co prawda Huang Hua powiedziała mi, że ze wszystkim mogłam pójść do Wei, ale głupio mi było ją prosić o poszukanie jakiejś rozrywki. Wolałam znaleźć coś sobie sama.

Na początku pomyślałam o czytaniu książek, ale niestety świątynna biblioteka nie miała ich zbyt wiele w językach, które umiałabym przeczytać, a to co mieli, to nie było szczególnie porywające. Potem pomyślałam o medytacji, ale powracające myśli o Menhisie skutecznie uniemożliwiały mi wyciszenie. Pozostało więc spacerowanie.

Wybawienie od nudy pojawiło się niespodziewanie następnego dnia dyżurowania. Naszych pacjentów często odwiedzali inni fenghuangowie, ale tylko z jednym udało mi się złapać kontakt – z młodym chłopakiem o imieniu Zao, który przychodził tutaj zobaczyć swojego starszego brata. Kiedy się dowiedział, że trochę się nudzę i w Kwaterze trenowałam walkę, to od słowa do słowa złożył mi propozycję wspólnych sparingów.

– Od kiedy Kirin jest połamany, brakuje mi partnera do ćwiczeń – oznajmił chłopak z entuzjazmem, wyraźnie będąc przekonanym, że to świetny pomysł, ja jednak zachowywałam dystans.

– Tyle że ja za mało umiem, niczego się ode mnie nie nauczysz – powiedziałam z powątpiewaniem. To nie była cała prawda, ale nie miałam ochoty opowiadać o tym, jakie wrażenie zrobił na mnie widok świątynnego placu po walkach. Brakowało mi poczucia sensu w dalszym trenowaniu walki, skoro na coś takiego jak wtedy prawdopodobnie nigdy nie będę gotowa.

– Nic nie szkodzi, bo to nie o to tu chodzi! Tutaj oboje zyskujemy!

– Niby jak?

– Ty się czegoś nauczysz, a ja będę miał motywację do ćwiczeń! – wytłumaczył chłopak, lekko wypinając pierś do przodu.

– Popieram, Zao jest strasznie leniwym gnojem i nie umie trenować sam – wtrącił się niespodziewanie Kirin.

– Poczułbym się urażony, gdyby to nie była prawda – zaśmiał się Zao.

– No nie wiem – odparłam, ciągle nie będąc przekonaną.

– Nie namawiam, ale się zastanów – oznajmił niezrażony chłopak, na co kiwnęłam mu głową na zgodę. Byłam wdzięczna, że mi się nie narzucał. Niedługo później wyszedł, a ja by dotrzymać słowa, ciągle rozważałam jego pomysł. Może odrobina nauki samoobrony mi jednak nie zaszkodzi?

Kiedy skończyłam dyżur, poszłam coś zjeść, a potem z braku pomysłów poszłam na kolejny już spacer po Świątyni, choć miałam tego serdecznie dość. Po jakimś czasie chodzenia zobaczyłam w ogrodach ćwiczącego Zao... a przynajmniej próbującego to robić, bo ze swojego miejsca dobrze widziałam, jak zrobił trzy pompki, a potem usiadł i gapił się w niebo, jakby już skończył. Ten widok ostatecznie zaważył na mojej decyzji.

– Faktycznie jesteś leniwym gnojem – stwierdziłam ze śmiechem, gdy do niego podeszłam, a chłopak tylko spojrzał na mnie, wcale nie wystraszony moim nagłym pojawieniem się.

– A jak – przyznał, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Przemyślałam sprawę i stwierdzam, że trochę ruchu mi się przyda – oznajmiłam, opierając rękę na biodrze. Zao poderwał się z ziemi tak niespodziewanie, że aż cofnęłam się o krok.

– To na co jeszcze czekamy?

***

Przez parę następnych dni sporo czasu wolnego między dyżurami spędzałam na treningach z Zao. Chłopak tak zgrabnie dobierał mi ćwiczenia, że następnego ranka zwykle nie czułam się aż tak połamana, dzięki czemu nie zniechęcałam się, tylko chciałam więcej.

Później, gdy wypisałyśmy ze szpitala wszystkich pacjentów, spędzałam na treningach już praktycznie cały dzień. Zwykle gdzieś koło południa dołączał do nas Kirin. Połamana noga wykluczała go z treningów, ale sprawiał wrażenie, że świetnie się czuł w roli naszego mentora. Za każdym razem siadał sobie na trawie pod świątynnym murem i nieustannie pykając fajkę, wydawał nam polecenia, podsuwał praktyczne porady oraz punktował rażące błędy. Podobał mi się taki układ, bo dzięki niemu naprawdę czułam, że się rozwijam.

Menhisa zwykle spotykałam wieczorem. W porównaniu do energicznego i żywiołowego Zao oraz całkiem sympatycznego Kirina, psion był jak sopel lodu, ale nie zrażałam się. To nawet zabawne, bo jego obojętność działała na mnie odwrotnie niż powinna – zamiast zniechęcenia czułam większą motywację, by odkryć, o co w tym wszystkim chodziło. Za każdym razem, gdy się widzieliśmy, moje serce biło trochę mocniej – nie tylko z nadzieją, że może to właśnie dzisiaj czegoś się dowiem, ale także dlatego, że chociaż przez tę krótką chwilę był blisko i mogłam wymienić z nim parę słów. Cholera, nie sądziłam, że kiedykolwiek to stwierdzę, ale naprawdę brakowało mi tego dupka. Jeśli jeszcze bym wątpiła, że się w nim zakochałam, to teraz chyba by mi przeszło.

Dobrze, że zgodziłam się na te treningi z Zao, bo jedynie podczas ćwiczeń udawało mi się o tym wszystkim nie myśleć i nie zadręczać się pytaniami o Menhisa. Bez tego prawdopodobnie o wiele gorzej zniosłabym ostatnie półtora tygodnia.

***

– Trzydzieści dwa – oznajmiłam zamiast przywitania, gdy tak jak zwykle, spotkałam Menhisa w korytarzu.

– Nie – odparł krótko, a ja wzruszyłam ramionami.

– W porządku, może jutro – stwierdziłam, uśmiechając się lekko. Zazwyczaj jeszcze o coś psiona zagadywałam, by maksymalnie wydłużyć tę wspólnie spędzoną chwilę, ale tym razem czułam się dziwnie i trochę brakowało mi determinacji, by ciągnąć rozmowę na siłę. Podejrzewałam, że musiałam przesadzić podczas treningu, dlatego teraz jedynie myślałam o tym, by się zdrzemnąć i zregenerować.

– Dlaczego jesteś taka uparta, Gardienne? – zapytał nagle Menhis, gdy właśnie miałam go wyminąć, by się udać do swojego pokoju.

– Bo mi zależy – odparłam szczerze, starając się przy tym nie okazywać zaskoczenia nieoczekiwanym odezwaniem się psiona. To był pierwszy raz od paru dni, gdy sam coś powiedział, bez ciągnięcia go za język. – A ty dlaczego jesteś taki uparty? – podchwyciłam temat, skoro sam już go zaczął.

– Bo jestem przekonany, że mam rację – powiedział, zaskakując mnie ponownie, bo nie sądziłam, że zareaguje na tę zaczepkę.

– Nie wiem, o jaką rację ci chodzi, ale gdybyś faktycznie ją miał, to chyba nie byłoby tej rozmowy, nie sądzisz? – stwierdziłam ze wzruszeniem ramion, a Menhis odwrócił wzrok. Nie wyglądał, by zamierzał coś jeszcze powiedzieć. – Do jutra – rzuciłam, po czym po prostu wyminęłam psiona i poszłam dalej. Tak jak się spodziewałam, nie zatrzymywał mnie.

Weszłam do swojego pokoju. Tutaj czułam się jeszcze dziwniej, bo zaczęło mnie trochę kłuć w okolicy serca, ale pomyślałam, że to może ta krótka rozmowa z psionem wytrąciła mnie z równowagi bardziej, niż chciałabym to przed sobą przyznać. Tak jak planowałam, zrzuciłam buty i położyłam się na łóżku, by się zdrzemnąć przed kolacją.

***

Obudził mnie rozdzierający i ostry ból. Po chwili ciężkiego dyszenia z ręką przyciśniętą do piersi zrozumiałam, że dobrze go znałam. To ból Kryształu... Dotarł już tutaj! A ja to zignorowałam! Musiałam... Musiałam czym prędzej stąd wyjść.

Jeszcze nigdy opuszczenie łóżka nie stanowiło tak wielkiego wyzwania jak teraz. Nawet nie próbowałam wstawać, tylko po prostu zsunęłam się z niego po stronie bliższej drzwiom, a potem zaczęłam powoli się czołgać do wyjścia. Każdy ruch do przodu był jak walka o życie – rozpaczliwy i uparty. Nie mogłam nikogo zawołać, bo ból ściskał mi płuca i gardło. Byłam całkowicie zdana na siebie i chyba to mnie tylko trzymało przy zmysłach, bo jeśli ja się nie uratuję, to nikt tego nie zrobi.

Przy drzwiach ból zelżał na tyle, że dałam radę unieść się do siadu, ale przerastało mnie podniesienie ręki tak wysoko, by nacisnąć klamkę. Oparłam się plecami o ścianę i skuliłam, postanawiając w tej pozycji poczekać, aż zbiorę się w sobie na kolejny wysiłek. Przerażało mnie, że już byłam skrajnie wykończona, a to dopiero początek mojej drogi, by przestać się czuć, jakbym została przebita na wskroś rozpalonym żelazem.

Wreszcie spróbowałam sięgnąć do klamki i nawet za nią pociągnęłam, ale wtedy się okazało, że zamknęłam drzwi na zamek... Moja ręka bezwładnie opadła na dół i zachciało mi się płakać. W tej pozycji nie dam rady przekręcić klucza... Uświadomiłam sobie, że musiałam wstać.

Kolejne długie minuty zbierałam siły. Niestety wiedziałam, że prawdopodobnie nigdy nie będę naprawdę gotowa, więc w końcu zagryzłam zęby i ciężko opierając się o ścianę, zaczęłam powoli się podnosić. Myślałam, że wieki mi zajęło stanięcie na nogach. Garbiłam się mocno, ale nawet nie próbowałam prostować się dalej, bo to nie miało sensu. Sięgnęłam do klucza i przekręciłam go w zamku, myśląc już tylko o tym, w którą stronę powinnam iść, żeby mi się nie pogorszyło.

Nacisnęłam na klamkę i drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, co uznałam za najpiękniejszy dźwięk na świecie. Niestety potrzebowałam kolejnej chwili, by zdecydować się na krok w stronę korytarza. Wtedy niespodziewanie w moich drzwiach stanął Menhis. Wyglądał na zdziwionego, ale szybko się zorientował w sytuacji.

– Pomogę ci – powiedział, a mnie nie trzeba było nic powtarzać, bo za bardzo byłam zdesperowana, by się zastanawiać. Resztką sił odepchnęłam się od ściany i wpadłam prosto w otwarte ramiona psiona. Pośpiesznie przełożył sobie moją rękę przez kark i pociągnął na korytarz, gdzie po paru krokach wreszcie mogłam złapać głębszy oddech i pewniej stanąć na nogach. Po przebyciu kilku następnych metrów ból wreszcie zaczął wyraźnie słabnąć.

– Muszę... usiąść... – stwierdziłam, gdy dotarliśmy do końca korytarza, gdzie czułam już tylko lekki dyskomfort, a Menhis bez słów usadził mnie przy ścianie, o którą od razu się oparłam plecami i głową. Przymknęłam oczy i oddychałam ciężko, powoli dochodząc do siebie. W piersi czułam już tylko echo tego, co było tak mocne jeszcze kilkanaście metrów temu, ale nadal bolało mnie ciało, które od walki z samym sobą napięło się do granic. Mimo to czułam dziwny spokój, zupełnie jakbym wcale nie zaliczyła krótkiego spaceru przez piekło.

– Odpoczniesz i pójdziemy dalej – powiedział Menhis i po szeleście materiału domyśliłam się, że przykucnął albo przyklęknął przy mnie.

– Mhm – mruknęłam, po czym w końcu otworzyłam oczy, by na niego spojrzeć. Choć wyglądał teraz na kogoś, kto tylko beznamiętnie wykonywał swoje zadanie, trudno mi było się opędzić od skojarzenia ze snem o Yvoni, który kiedyś przerwał. A raczej, co do którego nie miałam wątpliwości, że go przerwał. – Zapomniałeś peleryny – dodałam po chwili, a psion westchnął. Przez chwilę wydawało mi się, że go rozbawiłam.

– Tak czułem, że czegoś mi brakuje – stwierdził, po czym wstał. – Chodź, nie możesz tu zostać.

– Mhm – zgodziłam się z nim ponownie. – A gdzie chcesz iść?

– Do mojego pokoju – oznajmił, a ja mimowolnie uniosłam brwi. – Jest po drugiej stronie świątyni, więc minie trochę czasu, zanim strefa tam dotrze – dodał ze spokojem, prawdopodobnie na widok mojej miny. – Będziesz mogła tam odpocząć, a ja się skontaktuję z Huang Hua.

– Może być – stwierdziłam, słabo wzruszając ramionami, po czym zaczęłam się podnosić. Menhis wyciągnął do mnie rękę. – Nie, dzięki, dam radę sama – powiedziałam, a psion nie nalegał.

Szliśmy w milczeniu, w tempie dostosowanym do mojego powolnego powłóczenia nogami. Fizycznie czułam się strasznie wyczerpana, ale umysł pracował mi zaskakująco trzeźwo. Zastanawiałam się, czy to był odpowiedni moment, by zapytać, jakim cudem Menhis się znalazł w odpowiednim miejscu, w prawie odpowiednim czasie, czy może powinnam jednak poczekać, aż sam się wypowie na ten temat.

Jakoś jednak nie miałam wątpliwości, że nie trafił do mnie przypadkiem. Wtedy przy drzwiach nie skojarzyłam, ale gdy teraz to analizowałam, to Menhis coś podejrzanie szybko wiedział, co robić. Podejrzewałam, że jakoś wcześniej zajrzał do mojej głowy i stąd wiedział o bólu... albo po prostu miałam dostatecznie wymowny wyraz twarzy, by się domyślić, co mi dolegało. Huang Hua przecież mogła go ostrzec o strefie... Nie, lepiej poczekać aż sam poruszy ten temat.

– Możesz zająć łóżko i tak praktycznie go nie używam – oznajmił Menhis, gdy weszliśmy do jego pokoju, który niespecjalnie różnił się od tego, który należał do mnie. Kiedy się jednak rozejrzałam, to wydał mi się trochę większy. Moją uwagę zwróciła sterta poduszek do siedzenia, która leżała pod oknem.

– Dlaczego go nie używasz? – zaciekawiłam się. Spojrzałam na łóżko i faktycznie wyglądało na niemal nietknięte.

– Ostatnio więcej medytuję, niż śpię – powiedział psion ze wzruszeniem ramion. – Prześpij się, a ja w tym czasie skontaktuję się z Huang Hua.

– Nie bardzo chce mi się spać... – zaprotestowałam, choć to nie była do końca prawda.

– Zmienisz zdanie, kiedy się położysz – odparł spokojnie, siadając po turecku na poduszkach na ziemi. Ach, więc to tam spędzał większość czasu...

Wzruszyłam ramionami i faktycznie postanowiłam się położyć. Czułam, że to jedynie odwlekanie rozmowy, która teraz już musiała się odbyć, ale zaraz po tym jak położyłam głowę na poduszce i się odprężyłam, przeszło mi przez myśl, że nic się nie stanie, jeśli to jeszcze chwilę poczeka. Odpłynęłam w płytki sen.

***

Kiedy się obudziłam, za oknem było już ciemno, ale zapalona lampa w rogu pokoju dawała białe, niezbyt ostre światło. Moje spojrzenie od razu przykuł Menhis, który znajdował się dokładnie w tym samym miejscu i tej samej pozycji, co w chwili, gdy zasypiałam. Oczy miał zamknięte i zdawał się nieobecny duchem. Ciekawe, o czym myślał...

Było coś intymnego w tej chwili, gdy tak po prostu w ciszy patrzyłam na skupioną, ale spokojną twarz Menhisa. Pochłonęła mnie kontemplacja jej, jakbym właśnie jako historyk sztuki mogła po raz pierwszy obejrzeć na żywo rzeźbę Michała Anioła. Czułam, że mogłabym godzinami obserwować, jak światło padało na rysy psiona i śledzić wzrokiem niuanse, na jakie wcześniej nie zwracałam uwagi. Niestety ten magiczny moment prysnął jak bańka mydlana, gdy Menhis postanowił się odezwać.

– Huang Hua mnie zapewniła, że do rana powinni dojechać do Kwatery – powiedział bez otwierania oczu.

– To dobrze – odparłam ze spokojem, starając się nie okazać, jak niemiły był mi ten nagły powrót na ziemię.

– Flet jest gotowy do działania, więc użyją go, gdy tylko dotrą na miejsce – kontynuował, ciągle na mnie nie patrząc.

– Mhm – przytaknęłam, nie wiedząc, co mogłabym więcej powiedzieć. Te wieści były pocieszające, ale w tym momencie bardziej mnie interesował sam Menhis. Czekałam, aż poruszy którykolwiek z dotyczących tylko nas tematów, jednak cisza, która zapadła po moim mruknięciu, ciągle trwała. Znosiłam ją cierpliwie przez parę minut, ale w końcu nie wytrzymałam. Postanowiłam zacząć od tego, co wydawało mi się najłatwiejsze. – Skąd wiedziałeś, że potrzebuję pomocy? – zapytałam, siadając na łóżku, a psion wreszcie na mnie spojrzał. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że to co powiedziałam, mogło zabrzmieć jak zarzut, ale to w sumie nic dziwnego, skoro podejrzewałam, że Menhis wbrew mojej woli znów wszedł mi do głowy.

– Nie wiedziałem – odparł psion ze stoickim spokojem. To była akurat ostatnia odpowiedź, jakiej się spodziewałam...

– Mam uwierzyć, że zupełnie przypadkiem znalazłeś się przy moim pokoju akurat wtedy, kiedy potrzebowałam pomocy? – kontynuowałam odpytywanie, teraz trochę zbita z tropu.

– Nie zrozumieliśmy się. Wcale nie znalazłem się tam przypadkiem, tylko właśnie do ciebie szedłem – oznajmił, a ja trochę zmiękłam na tę wieść. Takiej odpowiedzi nawet nie miałam na liście sugestii, co mógłby teraz powiedzieć. – Przypadek jedynie sprawił, że się wybrałem akurat wtedy, gdy potrzebowałaś pomocy.

– A dlaczego do mnie szedłeś?

– Chciałem cię o coś poprosić.

– O co? – wykrztusiłam, unosząc brwi. Ta rozmowa rozwijała się w zupełnie nieprzewidywalnym dla mnie kierunku.

– Żebyś pozwoliła mi zajrzeć do twojej głowy – powiedział wprost, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Dlaczego akurat teraz? – zdziwiłam się.

– Twoja dzisiejsza uwaga dała mi trochę do myślenia i skłoniła do sprawdzenia czegoś, czego wcześniej wolałem unikać – przyznał, jeszcze bardziej mnie zaskakując, choć nie sądziłam, że to jeszcze możliwe.

– Nie wystarczy ci moje zapewnienie, że naprawdę dalej w ciebie wierzę?

– To co chcę sprawdzić, jest trochę bardziej złożone i część tego może leżeć poza zasięgiem twojej świadomości, dlatego muszę sam to zobaczyć, by mieć pewność – oznajmił. – Potem niezależnie od tego, kto ma rację, wyjaśnię ci wszystko – dodał, i jak ogółem nie wiedziałam co myśleć o samej tej propozycji, tak tą obietnicą mnie przekonał.

– Zgoda, niewierny Tomaszu, możesz wejść – oznajmiłam i tym razem oparłam się nawykowi zamykania oczu w takich sytuacjach. Nie chciałam, by cokolwiek mi umknęło. Ciekawiło mnie, czego Menhis chciał się upewnić i nie zamierzałam w żaden sposób ograniczać toku moich myśli.

– Dzięki – powiedział Menhis, po czym przymknął powieki. Po chwili dziwnej ciszy, psion odchylił się lekko i oparł dłonie na poduszkach za sobą. Zauważyłam na jego twarzy lekki uśmiech, ale nie był on ani kpiący, ani wredny... tylko raczej kojarzył mi się z odczuwaniem przyjemności. To ciekawe. – Tyle mi wystarczy, dziękuję – oznajmił wreszcie Menhis, otwierając oczy. – To chyba będzie pierwszy raz, kiedy jestem zadowolony, że się pomyliłem.

– A na czym polega twój błąd?

– Że cię nie doceniłem – powiedział, przez chwilę patrząc gdzieś w bok, jakby było mu głupio. Czegoś takiego u niego jeszcze nie widziałam.

– Wyjaśnij mi – odparłam, wstając z łóżka. Nie do końca rozumiałam, co tymi słowami Menhis chciał przekazać, ale było w nich coś takiego, że zapragnęłam znaleźć się bliżej niego.

– Próbuję, ale utknąłem na doborze słów – powiedział, nie spuszczając mnie z oka, gdy podchodziłam.

– Co by nie brzmiało tandetnie? – zapytałam, siadając na jednej z poduszek na ziemi, z której miałam psiona na wyciągnięcie ręki. Nie protestował.

– Właśnie tak – oznajmił, a ja tym razem już uprzejmie czekałam, aż powie coś więcej. Wiedziałam, że właśnie dotarliśmy do momentu, w którym nie muszę już go ciągnąć za język. – Gardienne, w tym wszystkim chodzi o to, jak ty na mnie patrzysz i jak patrzą na mnie inni.

– Jak na ciebie patrzę? – powtórzyłam niepewnie.

– W przeciwieństwie do innych, w twoich oczach jestem dobry... – powiedział, a ja mimowolnie zmarszczyłam brwi, dziwiąc się jego słowom. – ... a także złośliwy, przemądrzały i zbyt ciekawski... – poprawił się zaraz. Pokiwałam głową, bo to już zdecydowanie bardziej brzmiało jak moje myśli. Zaraz jednak zrobiło mi się głupio, że w taki sposób przerwałam psionowi wypowiedź. – ... ale w gruncie rzeczy porządny i wolny od złych intencji. Taki, jaki chciałbym być – podjął niezrażony. – Byłem przekonany, że obraz w twojej głowie jest przekłamany, bo po prostu brakuje ci wiedzy i świadomości, które mają niemal wszyscy mieszkańcy Eldaryi, ale i tak go lubiłem. Czasami nawet widząc siebie twoimi oczami, czułem, że może kiedyś naprawdę uda mi się takim się stać.

– Menhis... – wyszeptałam poruszona.

– Nie miałem jednak złudzeń, że nie zmienisz zdania, kiedy wszystkiego się dowiesz i zrozumiesz, dlatego dość egoistycznie nie mówiłem ci o sobie zbyt wiele, by odwlec ten moment – mówił dalej, a jego słowa nie tylko mnie przytłaczały, ale też zadziwiały. Nie rozumiałam, dlaczego ktoś tak bardzo obojętny na innych, mógł w ogóle się przejmować tym, jak go widzą. Menhis jednak nie odpowiadał na te krążące w mojej głowie pytania, tak jakby je z premedytacją ignorował albo się wycofał i ich nie słyszał. – Po tym, co zrobiłem tamtej nocy, zrozumiałem, że nie mogę ci dalej odmawiać wiedzy, szczególnie że zaczęłaś się zakochiwać w tym nieprawdziwym obrazie. Jednak myśl, że wtedy będziesz patrzeć na mnie tak jak inni była mi na tyle wstrętna, że wolałem zakończyć tę... relację, bo wiedziałem, że i tak nic z tego nie będzie.

– Ale dlaczego tak bardzo przejmujesz się innymi?

– Nie przejmuję się.

– Chyba nie rozumiem – przyznałam ponownie zbita z tropu, bo nie mogłam się w tym dopatrzyć żadnej logiki.

– Niechęć do psionów jest tak głęboko zakorzeniona w umysłach mieszkańców Eldaryi i oporna na racjonalne argumenty, że nie sposób się nią przejmować, szczególnie że nie wzięła się znikąd, ale od kiedy próbuję postępować właściwie, to zaczęło mnie to strasznie drażnić – powiedział, wzruszając przy tym ramionami. – Nawet Miiko i Huang Hua, choć starają się tego nie okazywać, to w głębi serca czują przy mnie lekki niepokój, jakbym w każdej chwili mógł zmienić zdanie i je skrzywdzić.

– Mimo to przyjaźnisz się z nimi – zauważyłam uprzejmie.

– Bo ich lekki niepokój jest tylko lekko denerwujący – stwierdził obojętnie. – Nie interesuje mnie jednak bliższa relacja z żadną z nich przez to, że ten niepokój w ogóle istnieje – dodał zaraz potem, rozkładając przy tym ręce. – Byłem pewien, że ty również zaczniesz podzielać te obawy, kiedy się wszystkiego dowiesz, ale ty...

– ... ale ja uparcie nie chcę zmienić zdania – przerwałam mu, domyślając się, co chce powiedzieć. – Wiem więcej, ale to niczego nie zmienia.

– Dlaczego?

– Dla mnie liczy się to, jaki jesteś teraz, a nie jaki byłeś, bo to zupełnie różne osoby.

– Dopiero co udowodniłem, że jednak nie – zaprotestował.

– Wręcz przeciwnie! – zawołałam, ostrożnie przykrywając jego dłoń swoją. Była chłodna, ale przyjemna w dotyku. – Właśnie udowodniłeś, że już nie jesteś tą samą osobą co kiedyś. Bo czy gdybyś był, to czy poprzestałbyś na jednym najemniku? Czy siedziałbyś pod ołtarzem i zastanawiał się co dalej, zamiast w pełni korzystać z odzyskanej wolności? Czy byłbyś gotów na poświęcenie się i na stratę? – dopytywałam, wcale nie oczekując od Menhisa odpowiedzi, bo już z góry wiedziałam, jakie by one były. – Nie ignoruję tego, co zrobiłeś. Sądzę, że to był naprawdę wielki błąd, ale wierzę, że dołożysz wszelkich starań, by nigdy go nie powtórzyć. Nie mam czym się niepokoić, bo udowodniłeś, że jesteś na dobrej drodze, by nie wrócić do tego, co było kiedyś. A ja chcę cię w tym wspierać.

– Dlaczego? – zapytał znowu psion i tym razem mnie tym zaskoczył, bo sądziłam, że odpowiedź była oczywista.

– Bo zakochani już tak mają – odparłam z rozbrajającą szczerością. Wyciągnęłam wolną dłoń do Menhisa, by położyć ją na jego policzku, a on się nie odsunął. Ten gest przyszedł mi zupełnie naturalnie, choć w naszej relacji stanowił pewną nowość. – Chcę ci pomóc stać się takim, jakim ja cię widzę, choć dla mnie już taki jesteś – dodałam, nie przerywając kontaktu wzrokowego z psionem.

– Naprawdę jesteś inna – powiedział nagle Menhis.

– Co masz na myśli? – zapytałam zdziwiona, prostując się. Cofnęłam przy tym dłoń z policzka psiona.

– To może brzmieć jak pusty komplement, Gardienne, ale tak nie jest – odparł spokojnie Menhis. – Pochodzisz z innego świata i z innego kręgu kulturowego. Odebrałaś inne wykształcenie i inne bodźce wpływały na twój rozwój. Myślisz inaczej i patrzysz inaczej na wiele spraw, w tym także na mnie. To jest fakt – wyjaśnił, a ja czułam, jak z każdym jego słowem coraz bardziej się czerwieniłam.

– Gdyby tak na to spojrzeć... – wykrztusiłam oszołomiona.

– Powinienem się domyślić, że konsekwentnie nawet na prawdę spojrzysz inaczej – kontynuował Menhis, nie dając mi dokończyć. – Naprawdę cię nie doceniłem, Gardienne.

– Ja... ugh... nie wiem... – plątałam się w słowach. Zaczynałam powoli zazdrościć psionowi opanowania.

– Ale nawet nie dowierzając w twoją inność, zacząłem mieć do ciebie pewną słabość.

– Słabość? – zapytałam cicho.

– Tak to postrzegałem na początku, ale po zastanowieniu zrozumiałem, że to miłe odczucie... – powiedział, a ja zamarłam w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia. Na chwilę zapomniałam, jak się oddycha. – Czuję, że potrzebuję cię chronić, Gardienne – wyznał i poczułam, jak jego dłoń drgnęła pod moją. – Od mojego przybycia do Kwatery zrobiłem parę niemądrych rzeczy tylko po to, byś była bezpieczna i gdybym miał wybór, to zrobiłbym każdą z nich jeszcze raz – dodał, a mnie zalała fala gorąca, gdy połączyłam fakty.

– Więc gorączka... – wydukałam, teraz już nie tylko oszołomiona, ale także przytłoczona zrozumieniem, co się mogło kryć za tymi „niemądrymi rzeczami”. Więc ilekroć sądziłam, że Menhis robił coś dla siebie, to tak naprawdę robił to dla mnie?

– Tak – odparł krótko. – Nie jestem zdolny do odczuwania tak rozbudowanych uczuć jak miłość, ale myślę, że ta potrzeba zapewnienia ci bezpieczeństwa jest dla mnie czymś najbliższym temu uczuciu – dodał, a nieziemski spokój w jego głosie mocno kontrastował z szaleństwem, jakie teraz się działo we mnie pod wpływem tego, co powiedział.

Niby już wiedziałam od Huang Hua, że nie byłam Menhisowi obojętna, ale to mnie nie przygotowało na takie wyznanie, jakie właśnie usłyszałam. Jak wcześniej moje uczucie do psiona było zupełnie czyste, tak teraz nagle zapragnęłam pocałować te usta, z których usłyszałam coś tak pięknego i poruszającego. Inaczej nie umiałam wyrazić tego, co właśnie czułam – po prostu nie istniały takie słowa, które by to wszystko w sobie pomieściły.

To był impuls. Po prostu bez zastanowienia nachyliłam się do Menhisa i złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach. Gdy czekałam na reakcję, miałam wrażenie, że czas się na chwilę zatrzymał... a potem nagle przyspieszył, kiedy psion odpowiedział zapraszającym rozchyleniem warg.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.