FANDOM


Hej :D

Trochę spóźnione wesołych świąt XD. Czy wiecie, że to już dwudziesta piąta część Aniołków? Nadal jestem zdziwiona, że to aż tak się rozrosło... xD. Mam nadzieję, że nadal z przyjemnością czytacie tę serię <3.

Pozdrawiam Rosseę <3.

Link do wszystkich części



Następnego dnia z samego rana udałam się na dyżur do przychodni. Od razu na wstępie zgłosiłam Ewelein, z którą miałam dzisiaj pracować na zmianie, że w każdej chwili mogę zostać wezwana do naprawy murów. Wczoraj Ezop bardzo entuzjastycznie przyjął nasze zgłoszenie i ciekawa byłam, czy później udało się Karenn odpowiednio wykorzystać dla naszej sprawy tę pozytywną reakcję. Miałam nadzieję, że tak.

– Nie wiedziałam, że lubisz takie prace – odparła Ewelein nie bez zdziwienia.

– Też nie wiedziałam, dopóki Jamon mnie nie zaprzągł do takowej po ataku Naytili – wyjaśniłam ze wzruszeniem ramion. Nie do końca kłamałam, bo naprawdę miło wspominałam tamtą współpracę z Chromem.

– No tak, Jamon nie prosi – zaśmiała się elfka. Ze sposobu, w jakim wypowiedziała te słowa, mogłam łatwo się domyślić, że też miała okazję się przekonać na własnej skórze o prawdziwości tego stwierdzenia. Trochę mnie to zaskoczyło, że nawet dla niej nasz ogr nie miał litości. – W porządku, Gardienne. Nie zanosi się dzisiaj na tłumy wizytujących, także nie mam nic przeciwko – dodała, po czym wróciła do przeglądania zapasów leków w szafce i zapisywania, co należało uzupełnić.

Mathyz zostawił kartkę, że skończyły się gotowe strzykawki ze środkiem przeciwbólowym, więc z braku pacjentów postanowiłam się zająć przygotowaniem nowych. Nieśpiesznie przyniosłam sobie na biurko wszystko, czego potrzebowałam do tego zadania, ale gdy zamierzałam już do niego przysiąść, to do przychodni wszedł Nevra.

– Miło zacząć dzień od widoku dwóch moich ulubionych pielęgniarek – odezwał się z flirciarskim uśmieszkiem, od którego zmiękły mi nogi, ale jedynie teatralnie przewróciłam oczami z dezaprobatą. Ewelein parsknęła w odpowiedzi, ale nawet nie oderwała się od swojej pracy, by chociaż spojrzeć na wampira.

– Co cię sprowadza tak z samego rana? – zapytałam, podchodząc do niego.

– Chciałem wziąć dwa eliksiry wzmacniające – oznajmił, a ja kiwnęłam głową i podeszłam do szafki z magicznymi miksturami. Wiedziałam, że nie musiałam się dopytywać wampira, po co mu one, bo i tak zaraz sam o tym o powie. Bawiło mnie to, jak lubił dźwięk swojego głosu, ale nie miałam nic przeciwko, bo mi też się on podobał. – Zamierzamy dzisiaj z Valkyonem do końca uporządkować przewrócone łuki w alei.

– I twoja wampirza siła ci do tego nie wystarczy? – zapytałam nie bez złośliwości, przerywając na chwilę przesuwanie fiolek na półce, by spojrzeć na Nevrę jednym okiem zza drzwiczek szafki.

– Wystarczy, ale potem będę wykończony, a ja porobiłbym coś jeszcze wieczorem – odparł zupełnie niezrażony moją uwagą, a jego uśmiech na końcu jednoznacznie określał, jakiego rodzaju aktywność go interesowała. Głupek.

– Mnie to bez różnicy, bo i tak będę zajęta – odparłam, starając się zabrzmieć obojętnie, ale schowałam się na powrót za drzwiczkami, by ukryć rumieńce. To naprawdę zabawne, że kiedyś rumieniłam się przy Nevrze, bo czułam się niezręcznie od jego flirciarskich tekstów, a teraz ten sam objaw wynikał z czegoś zupełnie innego. Obecnie już wiedziałam, że za słownymi zaczepkami wampira stały także bardzo konkretne i przyjemne czyny.

– Ech, szkoda – westchnął. – Naprawdę miałem ochotę wybrać się z tobą na spacer – dodał, nie kryjąc zawodu. Gdybym już nie znała tego tonu, to pewnie dałabym się właśnie nabrać, że Nevra od początku planował zaproponować coś przyzwoitego i to tylko ja tutaj miałam kosmate myśli. W odpowiedzi jedynie parsknęłam.

W końcu dosięgnęłam właściwe fiolki w szafce i podałam je Nevrze. Niespodziewanie przeszedł mnie przyjemny dreszcz, gdy nasze palce zupełnie niewinnie zetknęły się na moment. Nawet przez chwilę nie wątpiłam, że on poczuł to samo. Co prawda Nevra nie chciał mnie odwiedzać co wieczór, bo upierał się, że powinnam się wysypiać, ale coś w jego spojrzeniu mi teraz podpowiadało, że mimo wczorajszej wizyty, będę mogła się go spodziewać także dzisiaj.

– Powodzenia – powiedziałam na pożegnanie.

– Dzięki, przyda się – odparł, obdarzając mnie znowu uśmiechem. – Cześć Ewe – dodał na odchodnym, a elfka coś tylko mruknęła w odpowiedzi.

Gdy Nevra wyszedł, to jeszcze trochę paliły mnie policzki, ale starałam się tym nie przejmować zanadto i jak gdyby nigdy nic wróciłam do przerwanego przygotowywania strzykawek. Po skończeniu tego zadania stwierdziłam, że poszukam sobie teraz zajęcia na zapleczu, skoro nadal nie było pacjentów. Ku mojemu zdziwieniu zaraz za mną przyszła Ewelein.

– Gardienne? – odezwała się konspiracyjnym szeptem i zaintrygowało mnie zaciekawienie malujące się na jej twarzy – Jak to w końcu jest z tobą i z Nevrą?

– A czemu pytasz? – odpowiedziałam pytaniem, przybierając jak najbardziej niewinną minę.

– Niby zachowujecie się zupełnie normalnie... – wyjaśniła i czułam przy tym, że bardzo uważnie mnie obserwowała. – ... Ale patrzycie na siebie tak, że aż mi się zrobiło gorąco – dodała, ujmując w czubki palców przód bluzki, żeby się nią demonstracyjnie powachlować.

Patrząc na minę Ewelein, zrozumiałam, że jeśli nie powiem jej teraz prawdy, to i tak mi nie uwierzy, bo już wiedziała swoje. Właściwie to robiło na mnie wrażenie, że wstrzymywała się z tym pytaniem pewnie od naszego powrotu do Kwatery i że zadała je tak dyskretnie... W końcu jakby tak się zastanowić to w ostatnich tygodniach wraz z Nevrą dostarczyliśmy jej dość dowodów, że zależało nam na sobie nawzajem.

– Cóż... – mruknęłam, wychylając się na chwilę z zaplecza, by się rozejrzeć, czy nikt nie przyszedł niepostrzeżenie. Gdy już się upewniłam, że byłyśmy same, stanęłam przed Ewelein i wzięłam głęboki wdech. – Jesteśmy razem – wyznałam cicho.

– Naprawdę? To świetnie! – ucieszyła się elfka, przyklaskując przy tym dłońmi.

– ... Ale na razie wolimy zachować to dla siebie i proszę cię, żebyś nikomu o tym nie mówiła – dokończyłam, a Ewelein trochę zrzedła mina.

– Ale dlaczego? – wyrwało się jej w pierwszym odruchu, po czym nagle zmarszczyła brwi, jakby sobie o czymś przypomniała. – Czy to przez Leiftana? – zapytała, a ja zaskoczona tak otwarcie postawionym pytaniem skinęłam głową. – Nie sądzisz, że to trochę niedojrzałe ukrywać się z takiego powodu?

– To jest niestety trochę bardziej skomplikowane i bardzo mi przykro, ale na razie nie mogę ci nic więcej o tym powiedzieć – odparłam, nie odważając się spojrzeć wprost na Ewelein. Zdałam sobie sprawę, że z perspektywy elfki to mogło wyglądać naprawdę kiepsko i źle się czułam z tym, że nie mogłam porozmawiać z nią otwarcie. Nie chciałam jej wciągać w tę całą intrygę z Leiftanem i narażać na ewentualne niebezpieczeństwo tylko po to, by miała o mnie lepsze zdanie.

– W porządku, Gardienne, nikomu nie powiem – oznajmiła elfka, a gdy po tych słowach się zdobyłam, by na nią spojrzeć, to odkryłam, że uśmiechała się lekko. – To wasza decyzja i nie mnie ją oceniać, szczególnie gdy nie znam całej sprawy – dodała, a ja nie mogłam się powstrzymać przed przytuleniem jej, przed czym nie oponowała. Wyrozumiałość Ewelein była po prostu nieziemska.

– Dziękuję – odparłam, będąc już w o wiele lepszym nastroju.

– Nie ma za co, Gardienne – odparła elfka, odsuwając się po chwili. – Ale skoro tak się sprawy mają, to musisz się nauczyć warzyć zioła – dodała nagle z entuzjazmem.

– Jakie zioła? – zapytałam, zdezorientowana niespodziewaną zmianą tematu.

– Te, o których ci opowiadałam w Świątyni – wyjaśniła Ewelein, a gdy wreszcie zrozumiałam, o co jej chodziło, to speszona mimowolnie uciekłam wzrokiem w bok. – Gardienne, jesteście dorośli. Nie mam złudzeń, że poprzestajecie na samych całusach i przytulankach – dodała z wyraźnym rozbawieniem. Bezpośredniość Ewelein w tej kwestii rozkładała mnie na łopatki. – Zioła są o niebo wygodniejsze.

– Jestem w stanie w to uwierzyć – odparłam, uparcie wgapiając się w stertę teczek z zapiskami o naszych pacjentach, która leżała na półce obok elfki

– I niedługo sama się o tym przekonasz! – oznajmiła Ewelein, kładąc dłonie na moich barkach i zmuszając mnie przy tym, bym na nią spojrzała. – Jak tylko Mathyz pojawi się w południe, to pójdziemy do Laboratorium.

– A co jeśli ktoś nas nakryje na tym? Wolałabym, żeby nikt się nie dowiedział, że czegoś takiego w ogóle potrzebuję... – zaprotestowałam nieśmiało.

– Spokojnie, mam plan! Możesz mi zaufać – odparła wyraźnie z siebie zadowolona. Na tak postawioną sprawę już nie znalazłam odpowiedniego argumentu przeciw, bo naprawdę jej wierzyłam. – Zresztą jak wybierzemy się do Laboratorium w jakichś dziwnych godzinach i wtedy kogoś tam spotkamy, to dopiero będzie ciężko się wykpić.

– Ech... dobrze – zgodziłam się wreszcie.

***

Mathyz nie należał do zbyt ciekawskich osób, więc informację, że musimy z Ewelein wyjść na godzinę do Laboratorium przyjął ze stoickim spokojem i bez zbędnego wypytywania. Elfka poprosiła, bym wzięła dużą tacę, a gdy to zrobiłam, to zaprowadziła mnie do szafki z przychodnianymi składnikami alchemicznymi. Podobno jeszcze jakiś czas temu nasze zapasy były przechowywane w Laboratorium, ale Ewelein postanowiła to zmienić po tym, jak przez paskudny zwyczaj pożyczania i nieoddawania, występujący niemal u wszystkich alchemików z Ezarelem na czele, nagle zabrakło składników na pilnie potrzebny eliksir leczący. Stanęłyśmy razem między drzwiczkami przestronnej szafy i w milczeniu obserwowałam, jak elfka przeglądała jej zawartość.

– To korzeń nirnu – odezwała się cicho Ewelein, pokazując mi garść cienkich, mocno rozgałęzionych korzonków. – Zagotowany w zaczarowanej wodzie będzie stanowił bazę pod eliksir – dodała, kładąc mi na tacy zarówno nirn, jak i znajomą buteleczkę z błyszczącym płynem. – Potrzebujemy jeszcze do tego liści z płomiennych kwiatów, parę gałązek czerwonego żywokostu i kwiat szalenia – wyliczała powoli, po kolei wykładając ingrediencje. Rozkładała je na tacy w takich odległościach, bym mogła każdemu spokojnie się przyjrzeć. – Mamy już wszystko, chodźmy – oznajmiła wreszcie, nie kryjąc entuzjazmu.

Przeszłyśmy do Laboratorium i tam ze zdziwienia aż się zatrzymałam w progu, bo jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tutaj tak wielu pracujących osób naraz. Pomiędzy nimi nerwowo krążył Ezarel i wydawał polecenia, wyraźnie starając się nad tym wszystkim zapanować. Widząc moje zdumienie, Ewelein wytłumaczyła, że najwidoczniej właśnie teraz przyszła pora na przygotowanie magicznie wzmocnionej zaprawy do załatania murów Kwatery. Uszkodzeń było sporo, więc i budulca potrzebowano dużo, dlatego aż tyle osób zatrudniono do produkcji.

Czułam się dość niezręcznie z tym, że miałabym tworzyć swój dość intymny eliksir w takim tłumie, ale Ewelein zupełnie się nie zraziła panującymi tu obecnie warunkami. Po prostu bez słów zaprowadziła mnie do roboczego stolika znajdującego się w głębi Laboratorium, gdzie było znacznie spokojniej. Co prawda nie obyło się bez małej sprzeczki z zupełnie nieznanym mi alchemikiem o ostatnią wolną retortę, ale ostatecznie Ewelein udało się ją zdobyć i po kilku minutach przygotowań, wreszcie mogłyśmy się wziąć do pracy.

Przez następną godzinę byłam tak pochłonięta warzeniem eliksiru, że szybko przestałam zwracać uwagę na innych pracujących w Laboratorium. Ewelein uparła się, bym sama wykonywała wszystkie czynności. Ten pomysł niezbyt mi się podobał, bo podejrzewałam, że to się skończy jakimś wybuchem, nawet jeśli składniki, na których miałabym pracować, nie miały takich właściwości, ale w końcu dałam się do tego przekonać. Dzięki cierpliwości i obszernym tłumaczeniom elfki, szybko zrozumiałam, że pod jej czujnym okiem naprawdę nie miałam czego się obawiać.

– Wątpię, żebym to wszystko zapamiętała – stwierdziłam z westchnięciem, zgodnie z poleceniem Ewelein ostrożnie odstawiając na bok niezakorkowaną fiolkę z nowo powstałym eliksirem, żeby mógł przestygnąć. Zaczynając odczuwać lekkie zmęczenie, oparłam się biodrem o blat stołu i skrzyżowałam ręce na piersi. Dopiero teraz uniosłam głowę i zobaczyłam, że po niedawnym rozgardiaszu został już tylko stos brudnych alchemicznych naczyń, których nie było komu pozmywać.

– Spokojnie będziemy tak długo ćwiczyć, aż nabierzesz wprawy i pewności siebie – obiecała Ewelein, klepiąc mnie lekko po plecach. – Taka ilość powinna wystarczyć na mniej więcej półtora miesiąca. Po tym czasie po prostu razem zrobimy nowy – dodała z uśmiechem.

– A co wy tu robicie? – zaskoczył nas Ezarel. Na dźwięk jego głosu poderwałam się wystraszona, za to Ewelein po prostu przeniosła wzrok ze mnie na niego.

– Uczymy się – odparła elfka, zakładając pasmo włosów za ucho. Cieszyłam się, że to ona podjęła dialog, bo ja na pewno powiedziałabym coś głupiego.

– A czego? – zaciekawił się Ezarel.

– Gardienne zapragnęła nauczyć się medycznej alchemii, więc przyszłyśmy dzisiaj na pierwszą lekcję – powiedziała Ewelein z tak niczym niezmąconą pewnością, że gdybym nie wiedziała, że właśnie kłamała, to w życiu bym jej o to nie podejrzewała. W tym czasie Ezarel ostrożnie ujął fiolkę w miejscu, gdzie szkło było najgrubsze i uniósł ją do nosa, by powąchać zawartość.

– I uczysz ją akurat na eliksirze jałowości? – dociekał dalej, marszcząc brwi z powątpiewaniem. Poruszyłam się niespokojnie, słysząc tę nazwę. Niby oddawała ona sens działania tego napoju, ale jakoś źle to brzmiało...

– W przepisie tego eliksiru pojawiają się wszystkie podstawowe działania alchemiczne – wyjaśniła Ewelein, wzruszając ramionami.

– Podobnie jak w przeciwbólowym, a wybrałyście jednak ten – odparł Ezarel, a jego krzywy uśmieszek wyrażał zadowolenie, jakby na czymś nas przyłapał i był przekonany, że pozostało nam już tylko się przyznać.

– I dlatego przeciwbólowy jest następny w kolejce do nauki – oświadczyła elfka, nadal nie okazując, by się w ogóle przejmowała tym przesłuchaniem. – A wybrałam ten, bo jest mi potrzebny, jeśli już musisz wiedzieć – dodała ze wzruszeniem ramion, zbijając tym Ezarela z tropu.

– A... To... to dobrze – stwierdził, rumieniąc się lekko. – Jeśli chcesz, to udzielę Gardienne kilka lekcji, żebyś mogła się skupić na swojej... pracy – zaproponował niespodziewanie, gładząc się lekko po karku z wyraźnym zmieszaniem.

– To byłoby naprawdę świetnie.

– Eee... – wyrwało mi się głupio, bo nie nadążałam z analizą, co się właściwie działo w tej rozmowie, ale zaraz się otrząsnęłam. – Tak, bardzo chętnie – dodałam nerwowo, uśmiechem starając się zamaskować własne skrępowanie. Nie zdawałam sobie sprawy, że sytuacja między Ewelein i Ezarelem ciągle była napięta. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że wcześniej się tym nie interesowałam...

– Dzięki Ez – odparła elfka. – Eliksir już wystygł, więc pora na nas – oznajmiła zaraz potem z lekkim uśmiechem, zabierając fiolkę z dłoni Ezarela. Nawet nie wiedziałam, kiedy zdążyła wziąć do ręki korek, ale pośpiesznie zatkała szyjkę naczynia, po czym bezceremonialnie wsunęła całość do wewnętrznej kieszeni jej pielęgniarskiego fartucha, jakby faktycznie ten eliksir był dla niej. – Cześć – rzuciła przez ramię, już odchodząc.

– Później się umówimy na pierwszą lekcję, dobrze? – zapytałam, a Ezarel zgodził się ruchem głowy. – To cześć! – zawołałam, biegnąc już za Ewelein. – Głupio wyszło – stwierdziłam, gdy zamknęły się za nami drzwi Laboratorium.

– W końcu jego wyrzuty sumienia na coś się przydały – odparła elfka, podając mi eliksir, który natychmiast schowałam w sakiewce przy pasku. – Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że wrobiłam cię w naukę alchemii?

– Co? Nie, jasne, że nie – zapewniłam ją od razu. Nie dawała mi jednak spokoju ta scena sprzed chwili. – Przepraszam, że nie wymyśliłam jakiejś lepszej wymówki...

– W porządku, liczyłam się z tym, że Ezarel może się zainteresować – odparła Ewelein z machnięciem ręki.

– A jak między wami teraz jest? – zapytałam cicho, gdy skierowałyśmy się do przychodni. – Oczywiście, jeśli wolno spytać – dodałam pośpiesznie, widząc, że Ewelein popatrzyła na mnie dziwnie.

– Przyjaźnimy się nadal – powiedziała ze spokojem. Brzmiała teraz zupełnie inaczej niż wtedy, gdy w Balenvii zwierzyła mi się z tej całej sytuacji, ale to nic dziwnego, skoro od tamtej chwili minęło już trochę czasu, a ten przecież leczy wszystkie rany... choć tutaj miałam wrażenie, że jednak nie wszystko zdążyło się już zagoić. – Ale przy pewnych tematach nadal robi się trochę niezręcznie – dodała, uśmiechając się słabo.

Ewelein otworzyła nam drzwi do przychodni, ale zanim weszłam, usłyszałam, że z dołu ktoś mnie woła. Zaciekawiona podeszłam do balustrady i okazało się, że to Jamon.

– Tak?

– Gardienne za pół godziny ma naprawiać mur – oznajmił ogr. – Przy wiśni – dodał, zanim zdążyłam zapytać.

– Dziękuję, Jamonie – odparłam z uśmiechem, po czym w końcu weszłam za Ewelein do przychodni. Nie podjęłam już na nowo tematu jej relacji z Ezarelem, bo nie dość, że było mi ciągle głupio, to też czułam, że na tę rozmowę potrzebowałabym więcej niż tych kilkanaście minut, które miałam teraz do dyspozycji. Obiecałam sobie wrócić do tego w jakiejś spokojniejszej chwili, bo naprawdę chciałam móc wesprzeć Ewelein chociaż przyjacielską rozmową.

Snułam się po przychodni, nie mogąc znaleźć sobie jakiegoś krótkiego zajęcia, a bez sensu było się brać za coś większego, skoro i tak za chwilę musiałabym to odłożyć. Ostatecznie spędziłam resztę wolnego czasu na przyglądaniu się jak Mathyz opatrywał, a później zabezpieczał rękę jakiegoś chłopaka, którego kojarzyłam ze Straży Obsydianu. Lubiłam obserwować, jak pielęgniarz bandażował, bo robił to niemal jak prawdziwy wirtuoz – nigdy nie mogłam się nadziwić jak symetrycznie i estetycznie udawało mu się ułożyć zwoje materiału.

Gdy minął czas, pożegnałam się z Ewelein i Mathyzem, po czym udałam się do wiśni. Wychodząc z przychodni, miałam wrażenie, że za zamykającymi się drzwiami do Laboratorium mignęła mi Alajea, ale uznałam to za niemożliwe, skoro ona również miała łatać mur ze mną i Karenn. Po drodze na miejsce spotkałam jeszcze Jamona, który wymógł na mnie obietnicę, że zajmiemy się tylko płytkimi uszkodzeniami, te większe pozostawiając specjalistom. Miałam wrażenie, że ogrowi bardzo się nie podobało, że ta praca przypadła akurat nam i w ten sposób próbował minimalizować ewentualne straty. Karenn naprawdę musiała się postarać, skoro udało się jej przekonać nie tylko Ezopa, ale także wpłynąć na decyzję Jamona.

Pod wiśnią zastałam tylko wampirzycę oraz stertę narzędzi przypiętych do roboczych pasków, a także dwa wiadra czegoś, co wyglądało jak zaprawa. Zaraz potem dostrzegłam jeszcze farbę, którą dobrze pamiętałam z naprawiania muru z Chromem.

– Cześć.

– Cześć – odparła Karenn, nie przerywając przyglądania się z bliska jednej ze szczelin, które miałyśmy załatać. – Zaczynam powoli żałować, że uparłam się, byśmy tylko we trzy naprawiały ten mur – stwierdziła, odwracając się w końcu do mnie.

– Damy radę – powiedziałam, przysiadając na trawie obok narzędzi. – Jamon i tak oczekuje od nas, byśmy naprawiły tylko te najpłytsze uszkodzenia.

– To nie siadaj, tylko bierzemy się do roboty – oznajmiła wampirzyca, podchodząc bliżej i niecierpliwym ruchem dłoni pokazując mi, bym wstała.

– A co z Alajeą? – zapytałam, posłusznie podnosząc się i otrzepując spodnie.

– Ezarel ją zaprzągł do zmywania po produkcji zaprawy – wyjaśniła Karenn, podając mi pas z narzędziami. Na jej słowa przypomniałam sobie tę stertę brudnych alchemicznych naczyń w Laboratorium.

– Och – powiedziałam tylko.

– No właśnie, „och” – odparła Karenn, opierając ręce na biodrach. W tej pozycji przepasana narzędziami wyglądała jak rasowy budowlaniec. Brakowało jej chyba tylko niebieskiego kasku. – To jak się dzielimy?

– Ja z lewej, a ty z prawej, a później Alajea zajmie się środkiem?

– Nic lepszego chyba nie wymyślimy – zgodziła się Karenn.

Podeszłam do wiaderka z zaprawą, by je przenieść, ale gdy za nie złapałam i pociągnęłam do góry, to nie drgnęło nawet o milimetr. Równie dobrze mogłabym próbować przestawić mur.

– Ugh... – stęknęłam.

– Daj, ja ci to przeniosę – zaproponowała Karenn, nawet nie próbując ukrywać rozbawienia tą sceną.

– Dzięki – mruknęłam, po czym nie wdając się już w dalszą dyskusję, odeszłam do swojej części muru i zajęłam się obmiataniem szczelin, by się pozbyć resztek pyłu i gruzu. Gdy wampirzyca przestawiła moje wiadro i odeszła w swoją stronę, nagła świadomość czegoś uderzyła mnie tak mocno, jakbym co najmniej dostała kamieniem w głowę.

– Karenn, a jak my właściwie mamy szukać tego... – zaczęłam mówić, ale udało mi się ugryźć w język, zanim dokończyłam myśl. – ... no wiesz czego – dodałam zmieszana.

– No musimy wszystko dokładnie obmacać i mieć nadzieję, że nie otwiera się na hasło – odparła Karenn ze wzruszeniem ramion.

– Serio? – zapytałam, nie kryjąc zawodu. – Nie ma na to jakiejś magicznej sztuczki?

– Gdyby była, to byśmy nie brały się za naprawianie muru, nie sądzisz? – odpowiedziała Karenn z rozbawieniem, po czym wróciła do zamiatania. Westchnęłam ciężko i również się wzięłam do pracy.

Nauczona doświadczeniem bohaterów ze wszystkich filmów przygodowych, jakie tylko mogłam sobie teraz przypomnieć, obmacywałam każdy kamień, który byłam w stanie sięgnąć i wydawał mi się albo dostatecznie podejrzany, albo wręcz przeciwnie – zupełnie niepozorny... Czyli tak właściwie to nie odpuszczałam żadnemu, a niektóre sprawdzałam nawet po dwa razy, nie będąc pewną, czy niczego nie przegapiłam. Przez to moja praca przy naprawianiu muru, którą mimo wszystko ciągle starałam się wykonywać, postępowała bardzo powoli. Wątpiłam jednak, by ktokolwiek miał do mnie o to pretensje, w końcu ciągle byłam nowicjuszką w tej dziedzinie.

Od czasu do czasu się zdarzało, że ktoś przychodził pod wiśnię, by odpocząć, ale wszyscy rezygnowali tuż po zobaczeniu, że właśnie trwały tu prace naprawcze. No i prawdopodobnie odstręczało ich także to, że wraz z Karenn z premedytacją opowiadałyśmy sobie naprawdę beznadziejne żarty, i śmiałyśmy się przy tym tak głośno, że chyba każdy w promieniu kilkunastu metrów mógł mieć poważny problem z zebraniem myśli.

Alajea pojawiła się przy wiśni dobrą godzinę po tym, jak rozpoczęłyśmy prace. Nic nie mówiąc, przysiadła na ławce i oparła się ciężko plecami na oparciu, odchylając przy tym głowę do tyłu.

– Jak tam? – zapytałam nieśmiało, a Alajea wzięła głęboki wdech, po czym głośno odetchnęła.

– Myślałam, że nigdy się z tego nie wygrzebię – wyznała, prostując się. Nie wyglądało na to, by miała ochotę wstawać, czemu w sumie się nie dziwiłam, bo ta sterta naczyń w Laboratorium była naprawdę spora. – Sądziłam, że syrenom nie może się marszczyć skóra na palcach od wody, a tu proszę – dodała, unosząc dłonie tak, by ich wnętrza były skierowane do mnie, jakby naprawdę chciała, żebym to zobaczyła. Zaciekawiona podeszłam parę kroków, żeby się przyjrzeć. Podobnie zrobiła Karenn.

– Ale nic tu nie masz – oznajmiłam zdezorientowana po chwili przyglądania się. Spojrzałam na wampirzycę, ale ta tylko rozłożyła ręce i wygięła usta w podkówkę, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że też niczego nie dostrzegała.

– No jak to nie – mruknęła Alajea, wyraźnie rozdrażniona naszym brakiem zrozumienia. – O tutaj widać – podsunęła dłoń w moją stronę, wskazując na czubek środkowego palca, ale jak nic nie widziałam wcześniej, tak ta prezentacja też niczego nie zmieniła.

– Ale tu... – zaczęłam, ale Karenn mi przerwała.

– O rany, faktycznie, paskudnie to wygląda – stwierdziła, krzywiąc się. – Odpocznij sobie trochę, zdecydowanie zasłużyłaś.

– Dzięki – rozchmurzyła się Alajea i znowu odgięła głowę do tyłu, manifestując swoje zmęczenie.

– A jak już poczujesz się na siłach, to bierz się za środek – dodała zaraz Karenn, co by syrena nie czuła się w pełni zwolniona z naszej sekretnej misji.

– Tak zrobię – zapewniła Alajea, po czym obie z wampirzycą rozeszłyśmy się do swoich stanowisk pracy.

Obserwowałam syrenę kątem oka i przez dłuższą chwilę wcale nie sprawiała wrażenia chętnej do wzięcia się do roboty. Nie komentowałam tego jednak, bo nie wątpiłam, że Ezarel naprawdę dał jej w kość.

Wreszcie Alajea wstała, przeciągnęła się i podeszła do miejsca, gdzie leżał ostatni pas z narzędziami. Zapięła go na sobie, po czym ziewając, ruszyła w stronę środka muru, a ja tracąc zainteresowanie dalszą obserwacją, schyliłam się, by obmacać kamienie u samego dołu ściany.

– Dziewczyny? – odezwała się nagle Alajea, ale byłam na tyle zajęta, że pozostawiłam reakcję Karenn. – Robiłyście coś na środku?

– Nie, uznałyśmy, że zostawimy to tobie – odparła szczerze wampirzyca.

– Hm – mruknęła Alajea. Ten pełen zamyślenia dźwięk zaciekawił mnie na tyle, że ponownie spojrzałam w stronę syreny i zobaczyłam, jak w pozie przystającej prawdziwym filozofom gładziła się lekko po brodzie. – Wydaje mi się, że widzę przejście – oznajmiła, a ja aż się zerwałam na równe nogi na tę wieść.

– Co? Gdzie? – ożywiła się Karenn. Szybciej ode mnie ruszyła się, by podejść do Alajei. Chwilę później obie stałyśmy po bokach syreny.

– No tam – odparła, wskazując ruchem ręki na część muru na wprost nas. Spojrzałam w tamtą stronę, a nawet podsunęłam się do Alajei, by przyjąć podobny do niej punkt widzenia, ale ciągle nie dostrzegałam niczego, co mogłoby wskazywać na jakieś tajne przejście. Ot mur i trochę szczelin w nim, nic specjalnego.

– Nic nie widzę, Allie – odezwała się z powątpiewaniem Karenn.

– Może masz jakieś złudzenie optyczne? – podsunęłam uprzejmie, mimo wszystko ciągle wysilając wzrok i ustawiając głowę pod różnymi kątami, by dojrzeć coś niezwykłego.

– Obie jesteście ślepe – burknęła Alajea, po czym podeszła do kawałka muru, o który jej chodziło. – Zobaczcie na tę szczelinę – przesunęła dłonią po górnej części ściany. – A teraz na tę – dodała po chwili, pokazując tym razem trochę niżej i starała się przy tym jak najmniej sobą zasłaniać, niczym telewizyjna prezenterka pogody. – Patrząc, jak przebiegają linie pęknięć, to one powinny się pojawić także tutaj – tłumaczyła dalej, kolistym ruchem zaznaczając pewien obszar na murze. – A tymczasem ten kawałek jest nienaruszony. Zupełnie tak jakby coś go chroniło przed zniszczeniem.

Ja ciągle nie czułam się specjalnie przekonana, ale kątem oka widziałam, jak Karenn przechyliła głowę.

– Faktycznie, coś w tym chyba jest – oznajmiła, po czym podeszła do Alajei, zostawiając mnie samą jak kołek.

– A ja dalej nic nie widzę! – zawołałam, unosząc bezradnie ręce do góry. Kiedy jednak dziewczyny po obu stronach zasłoniły sobą pęknięcia w murze, to wreszcie udało mi się to zobaczyć. – O cholera – stwierdziłam, również podchodząc do muru. – Idealnie na szerokość drzwi – dodałam, ze zdumieniem dotykając ostrożnie chłodnych kamieni.

Dziewczyny mój ruch potraktowały chyba jako zachętę do rozpoczęcia poszukiwań, bo same rzuciły się do obmacywania ściany w poszukiwaniu jakiegoś sekretnego mechanizmu, który otworzyłby przed nami przejście.

– Co wy tu robicie? – usłyszałyśmy nagle za sobą męski głos i wszystkie trzy wystraszone stanęłyśmy na baczność. Okazało się, że przy wejściu do ogrodu z wiśnią stał Valkyon. Był widocznie zmęczony i chyba też po prostu szukał miejsca na odpoczynek. Dziwne, że Karenn go nie usłyszała, ale pewnie za bardzo pochłonęły ją poszukiwania... Ciekawe, jak długo nas obserwował, bo nasze nietypowe i wyjątkowo szczegółowe obmacywanie muru mogło wyglądać z jego perspektywy bardzo dziwnie.

– Eee... Łatamy mur i Alajea ma problem ze swoją częścią, więc się właśnie zastanawiamy jak to rozwiązać – odparła pośpiesznie Karenn i wcale mnie nie zdziwiło, że Valkyon tylko zmarszczył czoło w odpowiedzi, bo to naprawdę nie brzmiało zbyt przekonująco, szczególnie że w ogóle nie tłumaczyło, dlaczego wszystkie trzy stałyśmy z nosami w ścianie.

– Tak, jeszcze trochę nie ogarniam co i jak, więc dziewczyny mi pomagają – podchwyciła szybko Alajea i z jej ust to kłamstewko brzmiało trochę wiarygodniej, choć nadal nic nie wyjaśniało. Cholera, że też nie pomyślałyśmy, że któraś z nas powinna stać na czatach!

– Co się dzieje? – zaraz obok Valkyona pojawił się Nevra i nadludzkim wysiłkiem powstrzymałam się od głośnego odetchnięcia z ulgą. Niby zeszłej nocy nie bardzo miałam czas powiedzieć wampirowi o naszym planie, ale nie wątpiłam, że po naszych minach domyśli się, że właśnie potrzebowałyśmy jego pomocy.

– Nic specjalnego, Nev. Napotkałyśmy tylko mały problem przy naprawianiu muru – powtórzyła uprzejmie Karenn.

– Jakiego rodzaju to problem? – zaciekawił się Valkyon, robiąc krok w naszą stronę, a ja miałam ochotę złapać się za głowę. Że też akurat teraz Szef Obsydianu odkrył w sobie pokłady ciekawości i altruizmu!

– Za długo by tłumaczyć, a to nie jest nic, czym chciałybyśmy was kłopotać, szczególnie że wyglądacie na naprawdę zmęczonych – odezwałam się po raz pierwszy od wkroczenia Valkyona.

– Cholera, jeśli to widać, to musi być naprawdę źle – stwierdził rozbawiony Nevra, przeczesując dłonią włosy. – My już dzisiaj zrobiliśmy swoje i myślę, że powinniśmy dać dziewczynom szansę, by one również mogły zrobić swoje. Na pewno wiedzą, co robią, prawda?

– Oczywiście, braciszku – odezwała się Karenn, prezentując kły w szerokim uśmiechu.

– Skoro tak, to w porządku – stwierdził wreszcie Valkyon, choć jeszcze przez długą chwilę nie wyglądał na przekonanego. – Strasznie zaschło mi w gardle – dodał po chwili, odwracając się w kierunku budynku Kwatery.

– Patrz, to zupełnie jak mi! – zawołał Nevra tonem, jakby właśnie mówił o jakimś niesamowitym zbiegu okoliczności. Wampir rzucił nam jeszcze pytające spojrzenie, po czym podążył za przyjacielem. Teraz już miałam pewność, że dzisiaj wieczorem zastanę go w swojej sypialni...

Odprowadzałyśmy wzrokiem obu chłopaków, a gdy zniknęli za rogiem, to jeszcze przez chwilę powstrzymywałyśmy się przed odetchnięciem z ulgą.

– Więcej szczęścia niż rozumu – stwierdziłam cicho, przysłaniając twarz dłonią.

– Dobra, sprężajmy się, bo drugi raz może się nam nie upiec. Allie, stań na czatach – zarządziła Karenn i zgodnie wróciłyśmy do przerwanego zajęcia. Nikt już nam nie przeszkadzał, ale niestety nasze żarliwe poszukiwania pozostały bezowocne. – Cholera, tak czułam, że to będzie na hasło – mruknęła kilka minut później wampirzyca, gdy byłyśmy już całkowicie pewne, że nigdzie w okolicy rzekomego tajnego przejścia, nie znajdował się żaden mechanizm, który by je otwierał po naciśnięciu.

– Może się nam uda je odgadnąć? – zaproponowała nieśmiało Alajea, podchodząc do nas z powrotem.

– Odgadnąć? Jest z milion... nie, z miliard możliwości – odparła Karenn, ciągnąc lekko w dół za swoje kitki w geście załamania. Mnie jednak pomysł syreny się podobał.

Alohomora – wypaliłam z głupkowatą miną, w stronę tej części muru, gdzie niby miało być przejście, robiąc przy tym ruch ręką, jakbym trzymała w niej różdżkę. Nic się jednak nie wydarzyło, poza tym, że Karenn spojrzała na mnie wymownie, jakbym właśnie sobie z niej zakpiła. Na widok wyrazu jej twarzy powstrzymałam się przed przyznaniem, że zawsze chciałam coś takiego zrobić. – No co? Teraz jest już tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć milionów, dziewięćset...

– Tak, tak... – przerwała mi Karenn z machnięciem ręki.

– Gardienne ma rację, powinnyśmy próbować, inaczej się nie da – oznajmiła Alajea, po czym sama wypróbowała kilka najprostszych rozwiązań, wymawiając takie zwroty jak „otwórz się”, „drzwi pokażcie się” i tak dalej.

Karenn najpierw z dezaprobatą przewróciła oczami, ale w końcu sama dała się nakłonić do udziału w zgadywance. Obie dziewczyny przerzucały się słowami w różnych językach, ja za to miałam same niemądre pomysły w stylu „Sezamie, otwórz się” czy „mellon”, ale i tak próbowałam razem z nimi. Jednak ciągle nic się nie działo, więc wróciłyśmy do pracy, z której musiałyśmy się rozliczyć i przy tym kontynuowałyśmy wymyślanie propozycji na hasła. Teraz naprawianie muru szło nam o wiele szybciej, skoro już nie marnowałyśmy czasu na poszukiwania.

Kiedy skończyły mi się pomysły, postanowiłam wybiec myślą trochę bardziej w przód. Zgadując, mogłybyśmy nie trafić na właściwe hasło przez następne dziesięciolecia... potrzebowałyśmy jakichś wskazówek, więc skupiłam się na zastanowieniu, gdzie mogłybyśmy ich poszukać. Gdy wreszcie wszystkie płytkie szczeliny w murze zostały załatane i zamalowane, miałam już w głowie zarys dalszej części planu.

– A próbowałyście może języka... daemonów?– zapytałam, gdy zebrałyśmy się w jednym miejscu, by wreszcie zrzucić pasy z narzędziami obok pustych wiader po zaprawie. Przed wypowiedzeniem ostatniego słowa zrobiłam pauzę na upewnienie się, że nie ma w pobliżu nikogo niepożądanego, a i tak wymówiłam je wyraźnie ciszej od pozostałych.

– Jakby ci to powiedzieć... – odezwała się Karenn i coś mi mówiło, że w następnych słowach usłyszę drwinę. – To tak jakby martwy język. Nie znamy go.

– Ale może w bibliotece się coś znajdzie? – wtrąciła Alajea, w przeciwieństwie do wampirzycy brzmiąc dość poważnie.

– Warto spróbować, choć pewnie niełatwo będzie nie zwrócić uwagi Ykhar – zgodziłam się, ignorując przytyk Karenn. – Zajmiecie się tym?

– Taaak – odparła Karenn, patrząc gdzieś w bok. – A poza tym? Robimy coś dalej?

– Myślę, że skoro tutaj na razie utknęłyśmy, to powinnyśmy zbadać następny trop.

– Czyli jaki? – zaciekawiła się Alajea.

– Dzwoneczek – powiedziałam cicho, nachylając się przy tym do dziewczyn. – Wydaje mi się, że podczas poprzedniego śledztwa nie przywiązano do niego zbyt wiele uwagi, a gdybyśmy go zbadały, to może da nam jakieś wartościowe informacje – wyjaśniłam pokrótce. Dziewczyny nie wyglądały na przekonane, ale to nie było dobre miejsce na bardziej rozbudowaną dyskusję, więc po prostu skinęły głowami na zgodę. Cieszyłam się, że przyjęły moją propozycję, bo seriale kryminalne mnie nauczyły, że odpowiedzi mogły się kryć w niepozornych rzeczach i intuicja mi teraz podpowiadała, że tak właśnie będzie z dzwoneczkiem. – Poproszę Nevrę, by mi go załatwił i się tym zajmę – dodałam po chwili.

– A tak właściwie to dlaczego ty go poprosisz, a nie Karenn? – zaciekawiła się Alajea, tym samym mi uświadamiając, że naprawdę sporo ją ominęło... i ciągle omijało.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.