FANDOM


Witam ponownie :)

Oto kolejna część opowiadania. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu.

Pozdrawiam zaglądających i życzę miłej lektury.



Poznanie prawdy


        Leiftan wszedł do przychodni i od razu skierował swoje kroki do pokoju, w którym leżała nieprzytomna Shairisse. Zmierzch za oknami i przygaszone światła powodowały, że w salach królował przytulny półmrok. Przez otwarte okna słychać było wieczorny koncert świerszczy, dobiegający z ogrodów Kwatery, w który od czasu do czasu wplatało się pohukiwanie seryphona. Cichy i jednostajny szmer aparatury monitorującej stan ziemianki, idealnie współgrał z tymi odgłosami. Wszystko to sprawiało, że w pomieszczeniu panowała spokojna, wręcz błoga atmosfera, która była całkowitym przeciwieństwem napiętego i bardzo nerwowego poranka i południa.
        Po wejściu na salę, od razu zwrócił uwagę na siedzącego przy łóżku dziewczyny szefa Obsydianu. Ten słysząc kroki, odwrócił się w jego stronę i skinął głową na powitanie. Od razu domyślił się, że mężczyzna nie spał po południu, gdyż oznaki zmęczenia i niepokoju na jego twarzy, były bardziej widoczne niż poprzednio.
        - Spałeś cokolwiek Valkyonie? - zapytał, chcąc zachować pozory uprzejmości, mimo że widok wojownika drażnił go i z góry przewidywał jego odpowiedź.
        - Nie, nie mogłem zasnąć... - potwierdził jego przypuszczenia białowłosy, a kończąc wypowiedź, ponownie zwrócił się w stronę okna i obserwując nocne niebo, zagubił się w swoich rozmyślaniach.
        - Rozumiem - lorialet mruknął już bardziej do siebie niż do wojownika. Chciał zadać mu jeszcze jedno, bardzo konkretne pytanie, ale chwilowo powstrzymał się, czując jak kolejny raz dzisiejszego dnia, mimowolnie i bezwiednie narasta w nim irytacja i zazdrość. Zamknął oczy i w myślach postanowił policzyć do pięciu, starając się w ten sposób zapanować nad tymi negatywnymi odczuciami. Na jego ustach zawitał delikatny, zabłąkany uśmiech, gdy wypowiadając w myślach cyfrę pięć, uświadomił sobie, że właśnie korzysta z porady ziemianki, odnośnie do uspokajania nerwów i myśli. To przecież ona tak wiele razy powtarzała mu, że nie warto ulegać pierwszej złości i trzeba sobie pozwolić na drugi oddech. Nazywała to "oddechem opamiętania", który miał zapobiegać pochopnej i nieprzemyślanej reakcji na złe emocje i polegał na liczeniu w myślach do dziesięciu. Właśnie! Tu jego uśmiech nieznacznie się poszerzył. Przecież mówiła o liczeniu do dziesięciu! Lekko rozbawiony doliczył więc w myślach do dziesięciu. Otwierając oczy, zdał sobie sprawę, że kolejny raz dzisiaj korzysta z porad ukochanej i kolejny raz dzięki temu udaje mu się ujarzmić złość. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dziewczyna jest jak anielskie tchnienie w jego życie.
        - Gdzie są dama Huang i Ewelein? - zapytał po chwili zaciekawiony, gdyż nie widział obu pań, a Miiko mówiła, że fenghuang miała być już obecna.
        - Są w sali naprzeciw - odpowiedział wojownik, wyraźnie wyrwany z zamyślenia.
        - Ok, dziękuję - odparł spokojnie i w tym samym momencie poczuł, że jego żołądek zaczyna delikatnie domagać się swego. Nie było to nic dziwnego, skoro od prawie dwóch dni nie miał jedzenia w ustach. Usiadł więc przy stoliku z zamiarem zjedzenia sałatki, którą wcześniej zabrał z kuchni.
        Konsumował ją powoli i w zamyśleniu, jednocześnie analizując w głowie szczegóły rytuału i układając wstępnie plan działania. Przez całe swoje życie poszukiwał i zgłębiał wszelaką wiedzę magiczną i alchemiczną, a ten konkretny rytuał poznał szczególnie wnikliwie. Jako dziecko kilkukrotnie próbował skorzystać z niego, wierząc, że w ten sposób odnajdzie dusze Veroma i Naupile i sprowadzi ich z powrotem. Niestety jego moc i umiejętności były wówczas niewystarczające do użycia tak potężnego zaklęcia.
        Dopiero w późniejszym czasie dowiedział się, że rytuał ten jest elementem potężnej, prastarej magii. Relacje osób, które korzystały z tego czaru, były przeróżne i tak odmienne, że ciężko było ustalić jakiś konkretny schemat jego działania, a i skutków nie dało się przewidzieć ze stuprocentową pewnością. Wiadomo było tylko, że tworzy się "swoisty pomost", łączący różne wymiary i umożliwiający względnie swobodne poruszanie się po nich. Z tego właśnie powodu zaklęcie to ostatecznie zyskało nazwę "unum mundum", czyli jeden świat.
        Wszyscy korzystający z tego czaru twierdzili też, że wygląd stworzonego świata zależy w dużej mierze od ilości i jakości użytej mocy oraz od umiejętności rzucającego to zaklęcie. Teraz o swoje umiejętności i moc się nie martwił, ponieważ w używaniu prastarej magii, wyszkolił się do poziomu mistrzowskiego. Zdawał sobie sprawę, że najważniejszym czynnikiem, mającym wpływ na działanie tego czaru, jest motywacja do jego użycia. Po cichu więc liczył, że nic złego nie może się stać, skoro chce użyć go w celu ratowania życia ukochanej.
        Kiedy kończył jeść, do sali weszły obie kobiety i powitały go z uśmiechem. Ewe poszła sprawdzić odczyty na aparaturze przy łóżku Shai, a dama Huang usiadła obok niego. Tak jak się tego spodziewał, fenghuang dopytywała go o szczegóły rytuału i ewentualne działania niepożądane. Wyjawił jej wszystkie te informacje, które uważał za odpowiednie i bezpieczne, a zataił całą resztę, która jego zdaniem była niejednoznaczna i kontrowersyjna. Nie chciał wzbudzać żadnych podejrzeń i prowokować do niepotrzebnych przemyśleń. W międzyczasie Ewe potwierdziła, że stan Shairisse jest nadal stabilny i oznajmiła, że będzie w sali naprzeciwko. Zanim wyszła, poprosił ją jeszcze o igłę oraz żeby nikogo nie wpuszczała do tej sali, aż do zakończenia rytuału.
        Po wyjściu pielęgniarki Huang Hua dała każdemu amulet ochronny. Widząc zdziwione spojrzenie lorialeta wytłumaczyła, że musi dbać o ich bezpieczeństwo, szczególnie gdy ma być używana magia daemonów. Podczas zakładania amuletów nad każdym wymamrotała krótkie błogosławieństwo Feniksa.
        Leiftan podchodząc do łóżka dziewczyny, uważnie przyglądał się Valkyonowi. Pragnął dowiedzieć się w końcu, co tak naprawdę łączy tego wojownika i Shairisse. Stając przy nim, uświadomił sobie, że właśnie teraz jest na to najlepszy moment. W głowie poukładał sobie szybko, w jaki sposób uzyskać odpowiedź na dręczące go pytanie, bez wywoływania zbędnej ciekawości i zainteresowania ze strony białowłosego.
        - Zanim zaczniemy, muszę dowiedzieć się jednej ważnej rzeczy - oznajmił, wpatrując się w spokojną twarz nieprzytomnej ziemianki. Chwilowo nie chciał patrzeć na szefa Obsydianu, mając nadzieję, że dzięki temu dłużej uda mu się zachować spokój. - Muszę wiedzieć, co dokładnie łączy Shairisse i... ciebie Valkyonie - głos mu delikatnie zadrżał, mimo że bardzo starał się nie okazywać narastającego podenerwowania.
       - Czemu o to pytasz? - zdziwił się wojownik.
       - Duch Shai zagubił się w jakimś wymiarze i nie potrafi samoistnie wrócić - zaczął tłumaczyć, równocześnie starając się wewnętrznie uspokoić. - Żeby jej ducha odesłać z powrotem do ciała i samemu uniknąć zagubienia, potrzebne będą dla niej i dla mnie mentalno-duchowe kotwice, czyli tak zwane ancoris. Jeśli was dwoje łączy wzajemne uczucie, to wtedy będziesz dla niej idealną kotwicą, która bezproblemowo przyciągnie jej ducha do ciała. Jeśli jednak uczucie jest jednostronne, to istnieje spore ryzyko, że to ona przyciągnie twojego ducha i wtedy on również się zagubi. W tym wypadku bezpieczniej będzie, aby to dama Huang Hua była kotwicą dla Shairisse. Co prawda przyjaźń wytwarza słabsze zakotwiczenie, ale łącząca je wzajemna i obustronnie tak samo silna więź, zapobiegnie ewentualnym powikłaniom.
        Na krótką chwilę zapanowała niezręczna cisza, która dla lorialeta jednak wydawała się nieznośnie długa. Oczekując odpowiedzi, miał wrażenie, że czas spowolnił swój bieg, a krew w jego żyłach zastygła. Tysiące sprzecznych odczuć i myśli torpedowało jego umysł, nie dając mu spokoju. Czy naprawdę gotowy jest na to, co może za chwilę usłyszeć? Czy nadal będzie tak zdeterminowany, by uratować dziewczynę, jeśli okaże się, że jest związana z innym? Poczuł ucisk w żołądku i rosnącą gulę w gardle na samą myśl, że jego Shai może być zakochana w szefie swojej straży. Valkyon spojrzał na dziewczynę, potem na Leiftana i westchnął głęboko.
        - Nie jesteśmy razem - słowa te wypowiedział niemalże bezgłośnie i wyraźnie dało się odczuć, że temat ten jest dla niego bardzo bolesny. Za to Leiftan słysząc je, poczuł niewyobrażalną ulgę, jakby wielki ciężar spadł z jego ramion. Te trzy słowa w tej właśnie chwili sprawiły, że jego ciało i umysł oswobodziły się z niewidzialnego jarzma i w końcu mógł swobodnie odetchnąć pełną piersią. Te trzy słowa dodały mu otuchy, mnóstwa nowej energii i wzmocniły jego wiarę, że zabieganie o względy ukochanej ziemianki nie jest daremne.
        Przez dłuższą chwilę stał z zamkniętymi oczami, starając się wyciszyć salwę pozytywnych doznań, które opanowały jego ciało i umysł, niczym wystrzelone na Nowy Rok fajerwerki. Kiedy się już względnie uspokoił, z kieszeni płaszcza wyjął czerwoną, jedwabną nić i zawiązał pętelki na nadgarstkach damy Huang i Valkyona. Miało to zapobiec nieprzewidzianym i nieodwracalnym zmianom mogącym wystąpić w trakcie rytuału.
        - Poprosiłbym teraz, abyście chwilowo odsunęli się od łóżka - zwrócił się do nich kurtuazyjnie, odwieszając przy tym swój płaszcz na krzesło. - Chciałbym odpowiednio przygotować aurę i meridiany Shairisse do rytuału.
        Wojownik i fenguang odsunęli się nieznacznie i z zaciekawieniem obserwowali poczynania lorialeta, który w pełnym skupieniu rozkładał runy na prześcieradle wokół głowy dziewczyny. Trzy najważniejsze ułożył w newralgicznych miejscach na jej ciele. Na czole umieścił runę stabilizującą więź ducha z ciałem, na klatce piersiowej runę wzmacniającą Qi i na brzuchu runę symbolizującą cel podróży.
        - Uczennico Feniksa - niezwykle poważnie zwrócił się teraz do Huang Hua. - Bardzo bym prosił cię o twoje szczególne błogosławieństwo dla Shairisse, aby chroniło ją i jej ducha przed wszelkim złem i złą karmą. Nas chronią amulety, więc niech i ją chroni przychylność Feniksa. -  Wypowiadając ostatnie zdanie, delikatnie ukłonił się i pochylił głowę, starając się w ten sposób okazać szacunek rozmówczyni. Nie do końca był szczery w swoim zachowaniu, ale dla dodatkowej ochrony ziemianki był w stanie zrobić wszystko.
        Kobieta spojrzała na niego z ogromnym uznaniem i podziwem. Wzruszał ją fakt, że chłopak tak bardzo stara się zapewnić wszelką ochronę swojej wybrance. Podeszła do łóżka i zamknęła oczy, recytując najsilniejsze znane sobie zaklęcie ochronne.
        - Słowo moje niech cię chroni, niech przed całym złem osłoni, aura twa niech będzie czysta, a twa dusza wciąż przejrzysta. Niech twe serce nie zna złego, niech nie straci piękna swego, niechaj klątwa cię nie sięgnie, szczęście niech ci los przysięgnie. Od dziś będziesz już bezpieczna, ta ochrona będzie wieczna, od złych czarów, klątw, uroku, od wszelkiego złego mroku.
        Gdy fenghuang kończyła recytować słowa błogosławieństwa, jej aura rozświetliła się delikatnym blaskiem ognia i prawie natychmiast przeszła na dziewczynę, delikatnie otaczając ją swoim płomiennym odcieniem. Przez kilka sekund rezonowała wokół ziemianki, skrząc się ognistymi kolorami, a następnie przygasła sprawiając wrażenie wnikania w ciało Shairisse.
        Leiftan w tym czasie, z pozostałej czerwonej nitki zrobił dwie większe pętle, a następnie z szafki wziął pozostawioną przez Ewelein igłę i delikatnie nakłuł poduszeczki palców wskazujących Shai, a potem również swoich.
        - Damo Huang Hua, proszę stań po lewej stronie Shairisse i weź ją za rękę w taki sposób, aby na wewnętrznej stronie twojej dłoni zostawiła ślad swojej krwi - poprosił łagodnym głosem. - A ty Valkyonie stań obok mnie i daj mi swoją dłoń - dodał, wyciągając prawą rękę w stronę szefa straży. - Muszę teraz stworzyć połączenia ancoris. Poczujecie pod koniec delikatne, ale niebolesne ukłucie w klatce piersiowej, które świadczyć będzie, że zakotwiczenie się powiodło.
        Kiedy wojownik podał mu rękę, a Huang Hua ujęła dłoń ziemianki, lorialet zamknął oczy i wypowiedział krótkie zdanie: "Tornar-se uma âncora para a alma escolhida*". Gdy wyrecytował zaklęcie Valkyon i fenghuang w jednym momencie syknęli, odczuwając zapewne owo ukłucie. Oboje od razu uspokajali, że nic im nie jest i stwierdzili, że rzeczywiście nie było to bolesne, tylko trochę zaskakujące.
        Widząc ich reakcję, życzliwie się uśmiechnął i poinformował, że ancoris powstały i są prawidłowe. Następnie poprosił, aby usiedli po obu stronach łóżka, zamknęli oczy i skupili swoje myśli całkowicie na Shairisse. On w międzyczasie, tworząc znak nieskończoności z utworzonych przez siebie nitkowych pętelek, połączył dłonie swoje i ziemianki w taki sposób, aby jego krew połączyła się z jej krwią.
        - Moją krew i twoją krew połączyć teraz muszę, abym bez problemu odnalazł twoją duszę - wyszeptał pod nosem zaklęcie, które miało połączyć go z Shairisse i ułatwić poszukiwanie jej ducha. Żeby okazać szacunek dla powstałej więzi i umocnić jej siłę, kolejno ucałował nakłute palce, wnętrza dłoni i wnętrza nadgarstków dziewczyny. Następnie wysunął dłonie z pętelek i bardziej owinął nitki wokół jej nadgarstków. Później łagodnie ułożył jej ręce wzdłuż ciała i obszedł dookoła łóżko, stając na koniec w jej nogach. Przez chwilę przyglądał się ukochanej i analizował tempo jej oddechu, aby do niego dostosować swój oddech. Kiedy złapał z nią wspólny rytm, przymknął powieki, aby odgrodzić się od rozpraszających bodźców. Powoli wyciszał myśli, koncentrując się nad związaniem swojej energii z energią Huang Hua i Valkyona. Nie było mu to konieczne do rytuału, ale przecież musiał zachować ostrożność i stworzyć przed nimi pozory korzystania z ich energii, aby ukryć prawdziwą naturę swojej mocy. Po kilku oddechach zaczął niezbyt głośno, ale stanowczo i pewnie mówić zaklęcie:
        "Oto przed wami dzisiaj staję ja; Wzywam wszystkie duchy dnia;
        Niech udzielą mi dziś mocy; Również wszelkie duchy nocy;
        Potrzebuję dzisiaj wsparcia; Do wymiarów wrót otwarcia;
        Woli swojej nie dam zmorzyć; Bo chcę jeden świat utworzyć;
        W nim odnaleźć kogoś pragnę; Po to więc zasady nagnę;
        Po to oddam część swej duszy; Niechaj mury wszelkie skruszy;
        Niech zagubioną znaleźć zdołam; Niech mi odpowie, gdy zawołam;
        By ją wyrwać z koszmaru cienia; I wydobyć z zagubienia"
        Mniej więcej w połowie zaklęcia poczuł, jak jakaś nieznana moc, niczym trąba powietrzna, zasysa jego wewnętrzną energię. Mimowolnie coraz mocniej zaciskał powieki i usilnie starał się skoncentrować nad wypowiadanymi słowami. Instynkt podpowiadał mu, że powinien poddać się tej mocy, która teraz sprawiała, że czuł się jak na karuzeli. Każdą komórką swojego ciała coraz silniej odczuwał, jakby coś lub ktoś starał się wyrywać mu jego duszę. O dziwo nie było to bolesne, tylko dawało wrażenie całkowitej utraty kontroli nad ciałem i umysłem. Dla niego wrażenie to było jednak bardzo nieprzyjemne, gdyż nie lubił tracić kontroli nad czymkolwiek, a już na pewno nie nad sobą. W głowie słyszał narastający dźwięk, którego nie potrafił nazwać, ani z niczym porównać, a który stawał się coraz bardziej natarczywy. Gdy wydawało mu się, że jest u kresu swojej wytrzymałości, resztką sił wypowiedział ostatnią frazę zaklęcia, używając języka praprzodków:
        >> It tulin, it tarnin, at este Leiftan << **
        W tym momencie coś, co zabrzmiało jak uderzenie w gong, spowodowało, że przenikliwy dźwięk w jego głowie ustał, a on poczuł, jakby jakaś potężna siła wyrwała go z rzeczywistości i cisnęła nim gdzieś w przestrzeń.
        Dłuższą chwilę trwało, zanim ponownie odzyskał kontrolę nad swoim umysłem i mógł zebrać myśli w całość. Pospiesznie otworzył oczy i rozejrzał się dookoła siebie. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie dostrzega żadnego kształtu ani żadnego światła, tylko otacza go mrok tak ciemny i nieprzenikniony, iż można by go kroić nożem. Powoli też uświadamiał sobie, że nie docierają do niego żadne odgłosy ani żadne zapachy. Wokół niego panowała po prostu niczym niezmącona ciemność i grobowa cisza. Czując narastający niepokój, wyciągnął ręce, aby sprawdzić, czy cokolwiek namacalnego znajduje się w jego pobliżu, ale niestety niczego nie zdołał zlokalizować.
        - Na Wyrocznie, co jest grane? - pomyślał zaskoczony, gdy unosząc ręce, natrafił na pustą przestrzeń w miejscu, w którym był przekonany natrafić na swoją twarz. - Co się dzieje ze mną? Gdzie ja trafiłem? Czyżby coś poszło nie tak? Jak mam tu znaleźć Shairisse? - zaczął zastanawiać się chaotycznie, czując, że powoli ogarnia go strach. Wzmogło się też to dziwne nieprzyjemne uczucie, które od dzisiejszej porannej wizyty w Kryształowej Sali prawie go nie opuszczało. Z całej siły starał się poukładać swoje rozbiegane, chaotyczne emocje, aby nie dać się opanować panice i móc jasno pomyśleć.
        Nagle stało się coś, czego Leiftan się absolutnie nie spodziewał i czego w życiu nie doświadczył. Dotarły do niego słowa, które były jak obce myśli, ale w jego umyśle. Słowa, które nie były dźwiękiem, ale miały brzmienie, jakby je ktoś wypowiedział. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że słowa te brzmiały w sposób dziwnie znajomy i kojący.
        - Uspokój się i oczyść umysł. Skoncentruj się na odczuciach, a nie na zmysłach. W wymiarze pozazmysłowym nie staraj się patrzeć oczami, tylko patrz sercem. Nie staraj się niczego dotknąć czy usłyszeć, tylko staraj się to czuć.
        Eteryczna melodyjność i niespotykana wręcz subtelność, z jaką trafiały do jego umysłu te bezdźwięczne słowa, sprawiły, że prawie natychmiast poczuł błogość i wszechogarniający go spokój.
        - Kim jesteś? - zapytał, odkrywając przy tym, że wypowiadane przez niego słowa są bardziej jego myślami, niż dźwiękiem wydobywającym się z ust. - Gdzie ja jestem i czemu tu jest tak ciemno?
        - Spokojnie mój drogi, wszystko po kolei - łagodnym tonem odezwała się rozmówczyni. - Miejsce, w którym się znajdujesz to vestibulum, chociaż wy zapewne nazywalibyście to przedsionkiem. Ja nazywam się Sehanine i w ogólnym skrócie mówiąc, jestem główną strażniczką wymiarów. Ta ciemność, którą rzekomo postrzegasz, jest twoim wytworem i zniknie, gdy przestaniesz się za nią chować.
        Kiedy usłyszał imię strażniczki, zdał sobie sprawę, że już kiedyś je słyszał. Nie było to jednak nic związanego z tym rytuałem, ale raczej z wierzeniami praprzodków.
        - Moim wytworem? Przestanę się za nią chować? - dopytywał zdziwiony. - Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
        - Jesteś w miejscu, które rządzi się swoimi prawami i są to prawa odmienne od tych, które znasz z twojego świata - odpowiedziała spokojnie Sehanine. - Jeśli starasz się coś zataić w tym miejscu, wtedy miejsce to również ukrywa coś przed tobą. Do tego świata należy przybywać całkowicie szczerym i otwartym.
        - Ale ja niczego nie ukrywam - zapewnił odruchowo. - Jestem Leiftan i ...
        - Wiem kim jesteś Leiftanie - przerwała mu delikatnie rozbawionym tonem strażniczka - i wiem, po co tu przybyłeś.
        - Wiesz, kim jestem? - zapytał zdziwiony z nadzieją, że nie ma ona na myśli jego prawdziwej tożsamości.
        - Tak, wiem o tobie wszystko - odparła mu całkiem spokojnie - nawet to, co tak usilnie starasz się ukryć przed wszystkimi. Nie oceniam tego, kim jesteś ani tego, że tak bardzo pragniesz to zataić. Nie do końca jednak pojmuję motywy twojego postępowania i intencje, z jakimi tu przybyłeś. Z tego też powodu się pojawiłam. Twoje przybycie tutaj budzi bowiem pewne obawy.
        Nagle przypomniał sobie, skąd kojarzy imię strażniczki. W wierzeniach jego praprzodków Sehanine Moonbow była uważana za boginię transcendencji, mistycyzmu, nocnego nieba i snów. Wielu uważało, że ma również wpływ na przebieg podróży, a nawet w jakiś sposób jest związana ze śmiercią. Zrozumiał od razu, że przed nią musi być całkowicie szczery, gdyż istota ta nie znosiła kłamstwa.
        - Wybacz pani, ale ukrywanie mojej tożsamości przed innymi spowodowane jest uprzedzeniami do przedstawicieli mojej rasy - wyjaśnił pospiesznie.
        - Już ci mówiłam, ja tego nie oceniam - powiedziała strażniczka. - Jednak intencje, z jakimi tu przybyłeś, są dla mnie niejasne.
        - Przybyłem tutaj, aby ratować ukochaną - zaczął tłumaczyć i starał się przy tym być jak najbardziej szczerym. - Pewien osobnik przeprowadził na niej nieudany rytuał związania dusz. Znając moje uczucia do tej dziewczyny, był przekonany, że dzięki temu będzie mógł wpływać na moje decyzje, a przy okazji myślał też, że zapewni sobie nietykalność. Okazało się jednak, że źle odczytał rytuał i nie udało mu się osiągnąć zamierzonego celu. Jednak jego działania spowodowały, że dusza dziewczyny została wyrwana z ciała i podejrzewam, że zagubiła się w tym świecie. Przybyłem tutaj, aby ją odnaleźć i pomóc jej wrócić do naszego świata.
        Gdy Leiftan opowiadał strażniczce, dlaczego zdecydował się przybyć do jej wymiaru, ciemność, która go otaczała, zaczęła ustępować. Powoli ukazywał mu się dość długi, średnio szeroki korytarz, w którym nie było okien, za to po obu jego stronach było mnóstwo pozamykanych drzwi. Wszystkie wyglądały jednakowo, jakby je ktoś wykonał według konkretnego szablonu, z litego drewna mahoniowego, bez jakichkolwiek udziwnień i zdobień, z metalową klamką w kolorze złota. Jedynym źródłem przytłumionego światła były niewielkie kinkiety, wykonane z żółtych kryształów, osadzonych w złotych, ozdobnych obręczach. Kamienne ściany w kolorze przybrudzonej cegły przechodziły łagodnym łukiem w sufit, tworząc niezbyt wysokie sklepienie w tym samym kolorze. Nad drewnianą, mocno polakierowaną podłogą, przez całą długość korytarza wiły się kłęby dymu, które przypominały opary porannej mgły nad mokradłami, a wysokością sięgały klamek u drzwi.
        Lorialet dopiero po chwili zauważył rozproszoną, bladobłękitną energię, która pojawiła się mniej więcej w połowie długości korytarza. Energia ta skumulowała się i teraz kształtem łudząco przypominała postać kobiety w długiej, zwiewnej sukni. Zaciekawiony przyglądał się świetlistej postaci, gdy nagle uświadomił sobie, że tylko jedna jego myśl wystarczyła, aby poruszył się w jej stronę. Zatrzymał się w pewnej odległości od niej z obawy, że zbyt bliskie podejście, może zostać uznane przez strażniczkę za zbytnia nachalność lub przejaw braku kultury z jego strony.
        - Czy zdajesz sobie sprawę Leiftanie, kim jest ta dziewczyna, po którą tutaj przybyłeś? - zapytała strażniczka, a ton jej wypowiedzi był niezwykle poważny.
        - Jest drobną ziemianką, która zawładnęła moim sercem - odpowiedział po chwili namysłu szczerze i zgodnie z tym, co odczuwał. - Dziewczyną, która stała się całym moim światem. Tracę oddech na samą tylko myśl, że mógłbym jej już nie zobaczyć. Dla niej... chyba byłbym w stanie się zmienić... i zmienić całe swoje życie...
        Ostatnie zdanie wypowiedział z lekką zadumą, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że właśnie taka jest prawda. I tak też rzeczywiście było. Dopiero tutaj, w innym wymiarze zdał sobie tak naprawdę sprawę z siły swoich uczuć względem Shairisse. Przez całe swoje życie nie spotkał nikogo na swojej drodze, dla kogo chciałby, chociaż pomyśleć o zmianie swojego życia, czy też choć przez chwilę naraziłby się na zdemaskowanie. A dla NIEJ? Dla niej nie tylko o tym pomyślał, ale również zaryzykował ujawnienie swojej tajemnicy, a nawet naraził swoje życie.
        - Teraz już rozumiem - odparła z dobrodusznym uśmiechem strażniczka. - W takim razie pozwolę ci spotkać się z twoją ukochaną, a później odeślę was do waszego świata. Chodź ze mną, zaprowadzę cię do twojego anioła.
        Leiftan słysząc te słowa, uśmiechnął się, delikatnie zawstydzony. Czyżby nawet Sehanine odkryła, że Shai jest dla niego jak anioł? Nieznacznie unosząc się nad podłogą, powoli ruszył w jej stronę. Gdy zbliżył się do świetlistej postaci strażniczki na odległość kilkunastu centymetrów, zauważył, że jest to smukła kobieta o nieskazitelnych kształtach. Stwarzała wrażenie bardzo młodej i niewinnej dziewczyny o niezwykle delikatnych rysach twarzy. Długie, lekko falujące, jasne włosy łagodnymi kaskadami spływały wzdłuż jej pleców, sięgając aż do połowy pośladków. Ubrana była w długą, zwiewną suknię, której materiał do złudzenia przypominał błękit letniego nieba, na którym ktoś wysypał miliony diamentów. Całą jej postać otaczała świetlista, roziskrzona aura, przypominająca gwiezdny pył.
        Strażniczka w milczeniu zaczęła lewitować w stronę drzwi na końcu korytarza. Zatrzymała się przed nimi i odwróciła w stronę lorialeta. Przyglądała mu się przez chwilę z anielskim uśmiechem na twarzy.
        - Jesteś gotowy na spotkanie? - zapytała niezwykle łagodnym głosem, łapiąc za klamkę.
        - Tak - odparł i wziął głęboki oddech. - Mam tylko jedną prośbę, pani - dodał po chwili.
        - Jaką mój drogi? - spytała z zaciekawieniem, jednocześnie otwierając drzwi.
        - Czy Shairisse mogłaby przez jakiś czas pozostać nieświadoma tego, kim naprawdę jestem? - zadając to pytanie, zbliżył się niepewnie do otwartych drzwi.
        Jego oczom ukazał się widok, który zapierał dech w piersi. Za drzwiami znajdował się olbrzymi, półokrągły taras, który okalała niezwykła, artystycznie zdobiona balustrada wykonana z białego alabastru. Co jakiś kawałek przerywała ją smukła kolumienka wykonana z tego samego materiału. Na kolumnach osadzony był niezbyt szeroki daszek, wykonany z kolorowego szkła witrażowego, a wszystko scalały złote obręcze. Z daszku zwisały kolorowe kwiatostany wiciokrzewu, wypełniając powietrze przemiłym, świeżym zapachem. Na środku tarasu znajdował się okrągły brodzik z lazurową wodą, otoczony niskim, opalizującym murkiem. Posadzka zrobiona była z białego marmuru, wypolerowanego na wysoki połysk. Na lewo i prawo od drzwi stały dwie ogromne, lazurytowe donice, w których kwitła niezliczona ilość rozmaitych kwiatów. Nad tarasem rozpościerało się bezchmurne nocne niebo, na którym niesamowity spektakl tworzyła zorza polarna. Cały taras skąpany był w blasku księżyca, który idealnie rozświetlał tę romantyczną scenerię.
        - Niestety drogi Leiftanie - odezwała się Sehanine, wyrywając chłopaka z błogiego zachwytu. - W tym wymiarze nie dasz rady ukryć swojej prawdziwej tożsamości przed drugim...
        - Na Wyrocznię... - wyszeptał lorialet, wchodząc w słowo strażniczce. Dosłownie w tym momencie na tarasie pojawiły się dwie skrzydlate postacie. Jedną z nich okazała się Shairisse, na której plecach lśniły dwie pary białych skrzydeł.
        - Ona jest aengelem...? - wymamrotał lorialet, nie dowierzając temu, co właśnie widzi.
        Strażniczka spojrzała na niego z przerażeniem, uświadamiając sobie, że chłopak nie miał pojęcia, kim tak naprawdę jest jego ukochana. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że źle zinterpretowała wszystkie wydarzenia, które miały miejsce od momentu pojawienia się tej zagubionej dziewczęcej duszy. Oznaczało to, że jeszcze nie wszystkie nitki przeznaczenia wplotły się historię tej pary, aby można mówić, że przepowiednia się spełni i dojdzie do zapowiadanego i oczekiwanego cudu. W takim przypadku musiała zrobić jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Musiała odesłać tych dwoje jak najszybciej z powrotem, ale przy tym koniecznie zadbać o wymazanie chłopakowi wszystkich wspomnień z tego miejsca. Nie lubiła tego robić, gdyż proces ten był bardzo bolesny dla osoby, która go przechodziła. Niestety w tym momencie to było jedyne rozwiązanie, które przyszło jej do głowy. Dziewczyna była w korzystniejszej sytuacji, ponieważ jej pobyt w tym świecie, był wynikiem zagubienia, więc po powrocie do swojego świata i tak nie będzie nic pamiętać.

   ***
        Valkyon i Huang Hua siedzieli na łóżku Shairisse z zamkniętymi oczyma i usilnie starali się skupić myśli na dziewczynie, tak jak prosił ich o to Leiftan. Kiedy lorialet zaczął recytować zaklęcie, oboje poczuli, jakby wysysano z nich życie. Fenghuang otworzyła oczy, aby sprawdzić, co dzieje się wokół i upewnić się, że owo uczucie wysysania rzeczywiście dotyczy ich mocy, a nie sił życiowych. Spojrzała na wojownika i zmrużyła oczy, aby przyjrzeć się jego aurze. Odetchnęła z ulgą, widząc, że aura pozostaje nienaruszona, bo to świadczyło, że jego energia życiowa również jest bezpieczna. Obejrzała się w stronę Leiftana, który stał w nogach łóżka Shai. Wyraźnie widać było, że rzucane przez niego zaklęcie w jakiś sposób musi oddziaływać na jego ciało, bo coraz silniej zaciskał powieki i wydawało się, że zaraz upadnie. Ponownie zamknęła oczy i w myślach powtarzała błagalne wołania do Wyroczni i Feniksa o pomoc i opiekę.
        Nagle nastała cisza i dziwne uczucie wysysania ustało. Zdezorientowana dama Huang ponownie otworzyła oczy i w tym samym momencie usłyszała, jak lorialet wypowiada zdanie w jakimś dziwnym języku. Gdy umilkł, do jej uszu dotarł dźwięk głuchego uderzenia o podłogę. Prawie natychmiast spojrzała na Valkyona, który też w tym momencie zaniepokojony spojrzał w jej stronę. Oboje równocześnie odwrócili się w stronę lorialeta, zdając sobie sprawę, że to zapewne on musiał upaść.
        - Na Wyrocznię! - krzyknęła zaniepokojona fenghuang. - Valkyon sprawdź, proszę, czy z Leiftanem wszystko dobrze!
        Szef straży wstał i podszedł do leżącego na podłodze chłopaka, a kobieta pochyliła się nad dziewczyną i delikatnie pogładziła jej twarz dłonią, szepcząc jej imię. Chciała w ten sposób sprawdzić, czy zareaguje ona jakoś na jej dotyk, dając w ten sposób znać, że to już koniec rytuału. Przez chwilę przyglądała się jej twarzy, ale ta nadal nie wykazywała żadnych oznak powrotu świadomości.
        - Chyba wszystko jest dobrze, bo oddycha - stwierdził spokojnie białowłosy.
        - Proszę, podłóż mu to pod głowę - poprosiła fenghuang i podała mu poduszkę, którą wcześniej wzięła z parapetu okna.
        - Może zawołać Ewelein? - zaproponował Valkyon, układając delikatnie głowę nieprzytomnego chłopaka na poduszce. Pobladła twarz blondyna sprawiała wrażenie niezwykle spokojnej.
        - Nie wiem mój drogi - odpowiedziała kobieta. - Leiftan mówił, aby nikogo nie wpuszczać do zakończenia rytuału.
        - Niech więc tak będzie - stwierdził białowłosy i sięgnął niewysoki podnóżek, który stał przy oknie. Następnie wsunął go pod uniesione nogi lorialeta, aby jego stopy znajdowały się trochę wyżej od głowy.
        - Mam nadzieję, że wszystko się szczęśliwie zakończy - powiedział po chwili, siadając na łóżku i wpatrując się w Shairisse.
        Dama Huang spoglądała na niego w zadumie. Widać było, że złotooki wojownik martwi się o dziewczynę bardziej, niż o kogokolwiek innego, a jego "aura serca" wyraźnie wskazywała, że darzy ziemiankę uczuciem równie silnym, co Leiftan. Widząc ostatnio reakcję obu panów na siebie nawzajem, zrozumiała, że oni też są świadomi rywalizacji o uczucia Shai. Szczególnie obserwując ich zachowanie dzisiaj, nabrała pewności, że żaden z nich nie chce odpuścić i obawiała się, że w niedługim czasie dojdzie do eskalacji konfliktu między nimi.
        Z zamyślenia wyrwało ją nagłe naprężenie się Shairisse i towarzyszący temu jej bardzo gwałtowny wdech. Oboje z Valkyonem skoczyli na równe nogi, by po chwili pochylić się nad dziewczyną.
        - Shai! Maleńka! - krzyknął głośno wojownik. - Błagam cię, otwórz oczy... Proszę, wracaj do nas... - gorączkowo szeptał, gładząc kciukiem delikatnie jej policzek.
         Dziewczyna oddychała szybko i płytko, a aparatura monitorująca jej stan głośno zaczęła piszczeć. Huang Hua widząc, że białowłosy zajmuje się ziemianką, poszła sprawdzić, czy coś dzieje się z Leiftanem.
         - Ewelein! Chodź tutaj szybko! - zawołała w stronę drzwi, gdy zobaczyła, że lorialet leży wyprężony i napięty niczym struna, a jego twarz wykrzywiona jest w grymasie bólu. - Ewelein!!!
        W tym momencie otworzyły się drzwi i do sali wbiegła elfka. Szybko rozejrzała się po zgromadzonych i podbiegła do piszczącej aparatury. Błyskawicznie zapoznała się z odczytami, a zaraz potem włączyła jakiś przycisk i przesunęła kilka kryształków. Z szafki sięgnęła coś, co wyglądało jak łańcuszek z zielonymi koralikami i położyła go na szyi dziewczyny. Prawie natychmiast jej oddech stał się spokojniejszy, a piszczenie aparatury ustało.
        - Już wszystko dobrze - powiedziała do Valkyona i położyła mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście. - Teraz musi odpoczywać.
        - Wróciła? - zapytał wciąż zaniepokojony.
        - Tak, wróciła - potwierdziła Ewe, uśmiechając się łagodnie.
        - Chwała Wyroczni - odetchnął z ulgą wojownik i pochylił się, aby z czułością ucałować dziewczynę w czoło.
         Elfka w międzyczasie szybkim krokiem podeszła do Leiftana, którego ciało wciąż było naprężone do granic możliwości. Przyjrzała się wnikliwie jego twarzy, a następnie pochyliła, aby sprawdzić bicie serca i oddech. Po chwili położyła jedną dłoń na czole chłopaka, a drugą na jego piersi i zamykając oczy, zaczęła pospiesznie szeptać jakieś staroelfickie frazy. Kiedy skończyła recytować, ciało blondyna opadło na podłogę.
         - Valkyonie, chodź go przytrzymać! - zawołała Huang Hua, gdy po chwili ciało lorialeta zaczęło drgać, jak przy silnym napadzie epilepsji.
        Wojownik szybko i zwinnie doskoczył do głowy leżącego chłopaka i chwycił ją w obie dłonie, aby uniemożliwić jej niekontrolowane ruchy. Ewelein klęczała po jednej stronie, a Huang Hua po drugiej stronie leżącego i przytrzymywały jego ramiona. Drgawki trwały kilka chwil i ustały tak samo niespodziewanie, jak się zaczęły.
        - Trzeba go przenieść na łóżko - oznajmiła Ewelein, spoglądając na Valkyona. - On będzie chyba potrzebował odpoczynku - dodała, podnosząc się z podłogi.
        Kiedy elfka poszła szykować posłanie dla lorialeta, dama Huang podeszła do łóżka dziewczyny i przyglądała się jej z delikatnym uśmiechem na twarzy. W tym czasie szef straży Obsydianu poniósł nieprzytomnego Leiftana i stanął obok łóżka, które Ewelein kończyła przygotowywać.
        - Ewe, chyba coś jest nie tak - stwierdził nagle z niepokojem. - Spójrz na jego twarz.
        Pielęgniarka odwróciła się i przeklęła pod nosem. Twarz lorialeta była blada jak nigdy przedtem. Czoło lśniło od potu, a z ust i nosa chłopaka wypływały dwie cienkie strużki krwi.
        - Połóż go szybko i zawołaj Narendę i Velandela... Ezarel też niech przyjdzie - poprosiła, sięgając do szafki po jakąś fiolkę i strzykawkę. - To będzie ciężki dyżur...




  • stań się kotwicą dla wybranej duszy
    ** Tu przychodzę, tu pukam, ja jestem Leiftan.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.