FANDOM


Witam witam :)  

To znowu ja :P Pojawiam się z kolejną częścią, która (mam nadzieję) spodoba się xD Miłej lektury życzę.

Pozdrawiam Mevala i dziękuję Ci kochana za wsparcie, rady i cierpliwość do mnie, przy marudzeniu moim xD <3 

Na końcu tekstu mały bonusik :) (nudziło mi się i sobie napisałam wierszyk) xD



Ścieżka przeznaczenia

        - Itzal? Itzal, gdzie jesteś?! Co się tutaj dzieje? - zawołała Shairisse, w panice rozglądając się dookoła siebie. Po chwili zorientowała się, że jest kompletnie sama, a w dodatku znajduje się w miejscu, do złudzenia przypominającym wyspę Memoria. Było tu jednak jakoś inaczej… Wszystko wokół niej pozbawione było kolorów i panowała kompletnie głucha cisza. Mimo w miarę otwartej przestrzeni nie czuła żadnego powiewu wiatru, a na drzewach nie poruszał się żaden listek i nie drgało ani jedno źdźbło trawy. Miejsce to zarówno ją intrygowało, jak i wzbudzało dziwny niepokój. Mimo swoich obaw postanowiła się jednak rozejrzeć po okolicy. Powoli i niezbyt pewnie skierowała swoje kroki w stronę zapomnianego klifu. Panująca wokół cisza, przerażała ją coraz bardziej. Nie słyszała żadnych ptasich treli ani żadnych odgłosów chowańców. Nawet jej własne kroki wydawały się całkiem bezgłośne, mimo iż wielokrotnie stawiała je w dość wysokiej i przysuchej ściółce. 
        Kiedy doszła do klifu, jej zdziwienie niemal sięgnęło zenitu. Stając na krawędzi, nie wyczuła na ciele najmniejszego podmuchu wiatru. Morskie fale poruszały się w zwolnionym tempie, leniwie rozbijając się o skalne nabrzeże i nie robiąc przy tym żadnego hałasu. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby upływ czasu został mocno spowolniony. 
        - Co jest grane? Co ja tutaj robię? - zapytała przerażona samą siebie, a jej głos uleciał w przestrzeń z dziwnym echem. - Halo! Jest tu ktoś?
        Nikt jednak nie odpowiedział na jej pytania, a ona sama nie potrafiła zrozumieć, gdzie tak naprawdę jest i dlaczego się tutaj znalazła. Czyżby ingerencja zaklinacza spowodowała u niej jakieś halucynacje? 
        - Czemu jestem tutaj sama? - zastanawiała się, czując się coraz bardziej osamotniona. Im dłużej stała na klifie, tym bardziej to uczucie w niej narastało, powodując wzrost jej rozgoryczenia. W końcu zrezygnowana upadła na kolana, a do jej oczu zaczęły napływać łzy. 
        - Tak bardzo bym chciała, aby ktoś tu przy mnie był… - wyszeptała, cicho łkając. 
        Mówiąc to, pomyślała o Leiftanie i o tym, jak bardzo chciałaby się wtulić teraz w jego ramiona. Pragnienie to spowodowało, że po jej policzkach zaczęły spływać coraz większe łzy. Zanim jednak zdążyła się rozpłakać na dobre, wyczuła obok siebie znajomą energię i poczuła przyjemne ciepło. Z nadzieją uniosła głowę i spojrzała przed siebie. Tuż przed nią lewitowała ulotna postać Wyroczni, która z nikłym uśmiechem na twarzy spoglądała na nią  i wyciągała dłoń, wyraźnie zachęcając, aby wstała.
        - Wyrocznio! - zawołała uradowana jej widokiem, jednocześnie podnosząc się i wycierając mokre ślady łez z policzków. - Co ja tutaj robię? Czemu mnie tu sprowadzono?
        Wyrocznia zaczęła do niej mówić, głosem serdecznym i spokojnym, ale jak zawsze mówiła w języku praprzodków i Shai nie potrafiła jej zrozumieć. Jedyne, co udało jej się wyłapać, to że musi wrócić i odnaleźć smoki. W pewnym momencie gdzieś za plecami Wyroczni wyczuła tę samą energię, jaką emanowała istota, obserwująca ją w ostatnich dniach. I tak jak dotychczas ta potężna istota nie pokazała się, ale tym razem odezwała się, wypowiadając jedno zdanie: 
        - Byś poznała przeznaczenie, musisz odkryć swe korzenie. 
        Głos tajemniczej istoty był donośny, ale przy tym bardzo łagodny i nie wzbudzał w niej lęku ani żadnych obaw. Do głowy cisnęło jej się teraz całe mnóstwo nowych pytań, których jednak nie zdążyła zadać. Nagle bowiem poczuła, jakby jakaś siła gwałtownie wyrwała ją z owego miejsca i cisnęła całkiem gdzie indziej. Gdy otworzyła oczy, zdała sobie sprawę, że znajduje się w przychodni, a nad nią pochyla się zatroskana Ewelein, wpatrując się w jej twarz intensywnie.
        - Odzyskała świadomość! Wezwijcie Miiko i pozostałych! - usłyszała radosne okrzyki przyjaciółki. - Słyszysz mnie Shai? Wiesz, gdzie jesteś? Jak się czujesz moja droga? - dopytywała elfka, wyraźnie uradowana z jej powrotu do świadomości. - Wiesz, że znowu napędziłaś nam strachu?
        - Ale tym razem Ewe, to też nie moja wina - wyszeptała ledwo słyszalnym głosem, uśmiechając się przepraszająco.
        - No wiem, wiem - zaśmiała się pielęgniarka.
        Jeszcze przez chwilę oglądała ją i badała dokładnie, jednak poza zwiększonym stężeniem maany we krwi, nie zaobserwowała żadnych niepokojących symptomów. Gdy kończyła badanie, do przychodni weszła Miiko i szefowie straży. Po wymianie zwyczajowych grzeczności, Shairisse zaczęła opowiadać o dziwnej wizji związanej z Memorią i o spotkaniu z Wyrocznią. Przyznała też, że poza Wyrocznią była tam jeszcze inna potężna istota, która oznajmiła, że jeśli chce poznać przeznaczenie, to musi odkryć swoje korzenie. Wszyscy dopytywali ją, czy wie, kim była ta istota, ale zgodnie z prawdą odparła, że tylko wyczuła jej obecność i usłyszała skierowane do siebie słowa. Zaznaczyła również, że istota nie wzbudzała w niej lęku, a wręcz emanowała energią podobną do energii Wyroczni, tyle że o wiele silniejszą.
        W tym czasie zaklinacz siedział z boku na krześle i w zadumie przysłuchiwał się temu, co mówiła Shai. Już niosąc ją do przychodni, zrozumiał, że dziewczyna zapewne ma wizję pozazmysłową, gdyż wyczuwał ogromne ilości skumulowanej energii. Wszystkimi zmysłami odbierał obecność potężnej istoty i wiedział, że jest to ta sama istota, która od pewnego czasu obserwuje dziewczynę. Teraz jej słowa były potwierdzeniem jego przypuszczeń, jak również tego, co osobiście wcześniej wyczuwał.
        Kiedy Shairisse powiedziała, że Wyrocznia prawdopodobnie zaleciła jej odnalezienie smoków na wyspie, Itzal mimowolnie spojrzał na Valkyona. Wojownik stał trochę na uboczu, a gdy dziewczyna wspomniała o smokach, wyraźnie dało się zauważyć w jego postawie wzrost zainteresowania tematem. W czasie całej dyskusji nie odzywał się jednak ani słowem, podczas gdy inni zawzięcie debatowali o tym, czy Shairisse czasami czegoś nie pokręciła, bo przecież smoki dawno wyginęły. W końcu padło stwierdzenie, że najlepiej będzie poczekać na powrót Leiftana i wówczas ponownie, na spokojnie przedyskutować sprawę. Podjęto też decyzję o zleceniu Keroshane i komuś jeszcze poszukiwań w archiwach i starych księgach jakichś wpisów o Memorii oraz o dopytanie informatorów o jakieś dodatkowe wiadomości. Po ustaleniu wstępnych decyzji wszyscy opuścili przychodnię. Shairisse również dostała pozwolenie na opuszczenie szpitalnej sali.
        ***
        Zaklinacz po wejściu do swojego pokoju, zmęczony opadł na fotel. Czuł się prawie doszczętnie pozbawiony sił i energii. Wniknięcie do umysłu Shairisse i odblokowanie jej wspomnień, pilnując jednocześnie, aby nie naruszyć jej prywatności i nie narobić żadnych szkód, kosztowało go naprawdę wiele wysiłku. Przy niej starał się jednak tego nie okazywać, aby nie wzbudzać w niej poczucia winy. Już przy poprzedniej sesji dziewczyna miała wyrzuty sumienia, że z jej powodu czuł się osłabiony, a wówczas nie był nawet w ułamku tak zmęczony, jak dzisiaj. Zaniesienie jej do przychodni po tym, jak zasłabła, pozbawiło go sił do reszty, mimo iż normalnie nie stanowiłoby dla niego wyzwania. Dziewczyna jest przecież osobą drobną i lekką, ale poprzedzająca to sesja i zmęczenie niestety, ale okazały się wyczerpujące. Po wyjściu z przychodni spotkał się jeszcze z Valkyonem, aby pokazać chłopakowi naturalne sposoby walki z odczuwaniem bólu. Naukę treningu autogennego zaplanowali już na następny dzień, gdyż wojownik zauważył jego zmęczenie i nie chciał go niepotrzebnie bardziej męczyć.  
        Itzal dłuższy czas siedział z zamkniętymi oczyma i odpoczywał, aż do czasu, gdy za oknem zapadł zmrok i ucichło większość odgłosów dnia. Jedynie cykady i świerszcze dawały wieczorny koncert, przy cichym akompaniamencie szumu liści. Zaklinacz stwierdził wówczas, że nadeszła najlepsza pora, aby rozpocząć medytację. Z takim zamiarem podniósł się z fotela i chciał przesiąść się na swoje stałe miejsce na parapecie, gdy nagle wyczuł czyjąś obecność. Od razu rozpoznał energię bardzo dobrze znanej sobie istoty, której pojawianie się, nie wzbudzało w nim jednak pozytywnych emocji. Teraz jej przybycie również wywołało u niego poirytowanie. 
        - Nie zapraszałem cię - odezwał się głosem tak lodowatym, że niejednemu mogłoby to zmrozić krew w żyłach. - Zatem, po co przyszłaś? - zapytał, ponownie siadając na fotelu i zamykając oczy. Znaki na jego ciele zaczęły delikatnie lśnić, zdradzając, że ich właściciel skupił się na widzeniu pozazmysłowym. 
        - Tak się wita starych przyjaciół? - zapytała trochę zawiedzionym głosem istota. - Nie jesteś zbyt uprzejmy… 
        - Nie nazwałbym cię moją przyjaciółką Sehanine - odezwał się z wyraźnie wyczuwalną niechęcią w głosie, a nawet lekką pogardą.
        - Czyli nie zaprosisz mnie? - zapytała trochę rozczarowana. - Nie lubię rozmawiać międzywymiarowo… 
        - Wolę zachować ostrożność i nie ryzykować - odparł oschle. Wiedział, że przybyła znajoma nie może wejść do jego wymiaru, dopóki jej nie zaprosi, a on nawet nie myślał, aby to zrobić. - Zapraszanie cię do siebie, może skończyć się śmiercią kogoś bliskiego, a ja nie zamierzam nikogo pozbawiać życia…
        W jego pamięci od razu pojawiły się wspomnienia ukochanej Lantei, którą utracił. Jako młody i niedoświadczony adept na zaklinacza, będący tuż przed rytuałem “Adiunge Rea”, zafascynowany był osobą Sehanine. Strażniczka wymiarów zwodziła go i kusiła wiedzą oraz umiejętnościami. Niemal codziennie rozmawiali ze sobą, wymieniając się spostrzeżeniami i poglądami. Pewnego dnia zdecydował się zaprosić ją do swojego świata. Na drugi dzień po jej wizycie, nagle i bez żadnej widocznej przyczyny zmarła jego ukochana. Wówczas dowiedział się od swego mentora, że zapraszanie pewnych potężnych istot do swojego świata lub przyjmowanie od nich czegokolwiek, przeważnie obarczone jest bardzo wysoką ceną. Przełożony wytłumaczył mu też, że tę cenę przyjmujący musi zapłacić od razu, chociaż czasami zdarza się i tak, że istota taka upomina się o swoją zapłatę w innym, późniejszym terminie. Poinformował go również, że w większości przypadków zapłatą okazuje się utrata kogoś bliskiego i niestety, ale często jest to właśnie śmierć. 
        - Wciąż się na mnie gniewasz za sprawę z Lanteą, Itzalu? - zapytała lekko zdziwiona, starając się jednak brzmieć przy tym serdecznie i przyjaźnie. - Myślałam, że jesteś ponad to… Przecież minęło już ponad sto pięćdziesiąt lat od… 
        - Daruj sobie - przerwał jej, tym razem brzmiąc niemal wrogo. - Nie mam ochoty na tandetne pogaduszki z tobą, a tym bardziej na wspominki. Mów, po co się zjawiłaś?
        - Oj Itzalu - odezwała się kokieteryjnie kobieta. - Musisz jednak przyznać, że wiedza, którą dysponuję i którą mogę udostępnić oraz umiejętności, którymi mogę obdarować, są cenne i bardzo przydatne… 
        - Szkoda tylko, że nie raczyłaś poinformować, jaką cenę trzeba zapłacić za twoje dobra, albo twoje odwiedziny. Przez ciebie o mały włos, a nie mógłbym przystąpić do rytuału “Adiunge Rea” - powiedział z wyrzutem i rozgoryczeniem. 
        - No już, nie dąsaj się Itzalu - Sehanine nie dawała za wygraną. - Dzięki mnie jesteś teraz jednym z najlepszych zaklinaczy, może i najlepszym. Mógłbyś jednak stać się jeszcze lepszy. Pomyśl, ile mogłabym ci ofiarować…  
        - Kosztem życia innych! Nie dziękuję - przerwał jej oburzony, podnosząc przy tym głos. - Zamknąłem już rozdział znajomości z tobą… 
        - Eh, bardzo się zmieniłeś… - westchnęła w końcu zrezygnowana strażniczka. - Dzisiaj jednak przybywam do ciebie, ponieważ poproszono mnie, abym z tobą porozmawiała o tej dziewczynie, którą ostatnio się zajmujesz.
        - O Shairisse? - zapytał zdziwiony. - Skoro się nią interesujesz, to zaczynam się obawiać… 
        - Mnie ona nie interesuje Itzalu - odparła kobieta niespiesznie. - Obserwowałam ją na Ziemi i miałam sprawić, aby bez uszczerbku przedostała się do waszego świata… 
        - To ty maczałaś palce w jej przybyciu do Eldaryi? - zaklinacz zdziwił się jeszcze bardziej.
        - Tak, chociaż prawdziwe powody, dla których poproszono mnie o jej sprowadzenie, poznałam dopiero niedawno - odparła całkiem bez emocji. - Fafnir i Wyrocznia jakoś sami nie raczyli wyjaśnić, czemu się nią interesują. 
        - Fafnir i Wyrocznia? - powtórzył niepewnie zaklinacz. - Wyrocznia w ostatnim czasie bardzo rzadko wykazuje się aktywnością… 
        - Jest bardzo osłabiona od czasu feralnego zatrucia - wyjaśniła strażniczka. - Na jej nieszczęście uzdrowienie Kryształu nastąpiło zbyt późno i dlatego nie przywróciło jej wtedy tego, co utraciła, czyli energii i sił życiowych.
        - Rozumiem - odparł zaskoczony i zasmucony jednocześnie. - Zatem domyślam się, że to Fafnir jest tym, który ostatnio tak intensywnie obserwuje dziewczynę?
        - Czyli wyczułeś go, ale nie rozpoznałeś? - zdziwiła się Sehanine.
        - Może dlatego, że nigdy go nie poznałem - odpowiedział spokojnie. - Shairisse również wyczuwa jego obecność. Nie pojmuję, czemu on nigdy się nie ujawnia? I czemu prawie nikt o nim nie wie? Ja o jego istnieniu też dowiedziałem się, znajdując zaledwie wzmianki w dwóch bardzo starych księgach… 
        - Fafnir to pradawny władca smoków, który jest niezwykle skryty i bardzo nie lubi rozgłosu - poinformowała strażniczka. - Teraz jednak dziewczyna weszła na ścieżkę swojego przeznaczenia, więc zaczął ją baczniej obserwować…  
        - Dopiero teraz weszła na tę ścieżkę? - ponownie zdziwił się zaklinacz. - Myślałem, że to nastąpiło w chwili, gdy trafiła do Eldaryi… 
        - Przybycie do Eldaryi, stworzyło jedynie możliwość na spełnienie się jej przeznaczenia - wyjaśniła kobieta. - Nie dawało jednak gwarancji na to, że na pewno się ono wypełni.
        - Zatem, co takiego się wydarzyło, że jej przeznaczenie zaczęło się wypełniać? - zapytał zaciekawiony.
        - Jakiś czas temu zawarty został sojusz, który stanowił realne zagrożenie dla istnienia waszego świata - zaczęła tłumaczyć rozmówczyni. Eteryczność i melodyjność brzmienia jej głosu niesamowicie kontrastowała z tonem jej wypowiedzi, która nie wyrażała żadnych emocji. - Dopóki ten sojusz trwał, szanse na ratunek dla Eldaryi były znikome. Teraz jednak sojusz się rozpadł, a powodem tego rozpadu jest nikt inny, tylko właśnie Shairisse. Dlatego Fafnir na poważnie zainteresował się dziewczyną. Stwierdził też, że wpływ, jaki masz na nią i na jej stan emocjonalny może okazać się bardzo przydatny. Dlatego chciałby, abyś przez jakiś czas zaopiekował się Shairisse. Sporo jeszcze wyzwań na nią czeka i może się okazać, że bardzo przyda jej się wsparcie kogoś z twoimi umiejętnościami i twoją wiedzą.
        - Jak niby mam opiekować się nią, skoro nie znam jej przeznaczenia? - zauważył zaklinacz. - I dlaczego Fafnir sam mi tego nie powiedział?
        - Na razie zajęty jest… innymi sprawami - odparła wymijająco. - Poza tym, ujawnianie się poza jego wyspą, kosztuje go zbyt dużo energii… 
        - Powiedzmy, że mówisz prawdę - stwierdził, nie do końca jednak wierząc w prawdomówność kobiety. - Skąd mam wiedzieć, w jaki sposób dbać o dziewczynę?
        - Nie chodzi o jakiś szczególny sposób, tylko o to, abyś ją wspierał i ewentualnie służył radą i pomocą - odparła Sehanine. - Jeśli chodzi o jej przeznaczenie, to mogę podzielić się z tobą pewną wiedzą - dodała zalotnie. Zaklinacz dobrze wiedział, że ten ton u rozmówczyni nie wróży nic dobrego, przez co jej propozycja wydała mu się mocno podejrzana.
        - Chyba nie jestem zainteresowany - odparł ozięble. - Cena za twoje informacje też jest zawsze zbyt wygórowana.
        - Widzę, że naprawdę się zmieniłeś i dojrzałeś Itzalu - stwierdziła kobieta z lekkim podziwem w głosie. - Muszę ci się przyznać, że brakuje mi naszych rozmów… 
        - Mi wręcz odwrotnie - mruknął oschle, wyraźnie nie chcąc dalej rozwijać tego tematu.
        - Eh, szkoda - westchnęła przeciągle. - Jednak ze względu na naszą starą znajomość, te informacje dam ci całkiem nieodpłatnie. Do usłyszenia mój drogi Itzalu… 
        Strażniczka pożegnała się czułym głosem i zaraz po jej słowach, na jednej ze ścian pokoju zaczęły pojawiać się dziwnie lśniące napisy. Zaklinacz już po chwili mógł swobodnie je odczytać:
   “Oto nadeszła chwila odpowiednia i zaczęła się spełniać ta przepowiednia.
    Niechaj klaśnie w dłonie raz, dwa, trzy i niechaj porzuci wszelkie złudne sny.
    Niechaj użyje słowa magicznego, aby wejść do tego świata ukrytego.
    A gdy ona wypowie to zaklęcie, wówczas odwrotu już nie będzie.
    Zrobi w otchłań pierwszy krok, by się zapaść w ciemny mrok.
    Zanim ją zdoła ogarnąć moc złego, pozna blask i siłę światła swego.
    Hańba i wstyd odejdą w zapomnienie, gdy rasie przeklętej da ona odkupienie.
    Takie bowiem jest jej przeznaczenie, żeby wrócić tam, gdzie ma korzenie.
    To właśnie ją pradawna moc wysłucha, Strażniczkę Kryształowego Ducha.
    I to ona serce daemona tak wzruszy, że aż jej odda cząstkę swej duszy.
    Z nienawiści wielkiej może go uleczyć i zemsty pragnienie w sercu zniweczyć.
    Tylko wówczas świat nie zazna końca, gdy pojawi się na nim Dziecię Słońca.
    Ono z wielkiej miłości będzie narodzone, mocą światła przez życie prowadzone.
    Jego niewinność będzie zbawieniem, pradawnej przepowiedni spełnieniem.”
        Chwilę później zaklinacz przestał wyczuwać obecność strażniczki wymiarów. Siedział teraz w fotelu i wpatrywał się w napis, który iskrzył się delikatnym blaskiem w mroku. Czytał go wielokrotnie, aż w końcu doszedł do wniosku, że najlepiej będzie go dodatkowo zapisać w notesie, aby zawsze móc do niego wrócić. W tamtej chwili bowiem nie bardzo rozumiał, czym tak dokładnie są te słowa, które pojawiły się na jego ścianie. O jakiej pradawnej przepowiedni jest mowa? Kim jest Strażniczka Kryształowego Ducha? I kim jest Dziecię Słońca? Przytłoczony całą masą domysłów i pytań bez odpowiedzi, postanowił oddać się medytacji, aby wyklarować myśli i oczyścić umysł oraz poszukać jakichś wskazówek w pamięci. Ta noc zapowiadała się na długą i pełną poszukiwań. Na szczęście dla niego, wchodzenie w stan medytacji, działało bardzo relaksująco na jego organizm i sprawiało, że w błyskawicznym tempie potrafił odzyskać utracone zasoby energii. 
        ***
        Shairisse przez większą część nocy nie mogła zasnąć. W jej głowie kotłowało się od przeróżnych pytań i domysłów, które za nic nie chciały ułożyć się w jakąś spójną całość. Przewracała się więc z boku na bok i kręciła, jakby szukając w łóżku tego punktu wszechświata, w którym mogłaby odnaleźć utracony spokój. Niestety, tej nocy nie było jej to pisane. Gdy tylko udawało jej się przysnąć, to w sennych wizjach powracały do niej obrazy dziwnej wizyty na Memorii, przeplatane odblokowanymi wspomnieniami jej rozmowy z Leiftanem. Sny te na przemian wzbudzały w niej niepokój i uczucie zagubienia. 
        Tuż przed świtem obudziła się, mając to dziwne wrażenie spadania w przepaść, które zawsze kończy się nagłym skurczem wszystkich mięśni. Półprzytomnie rozejrzała się dookoła, aby upewnić się, że na pewno jest w swoim pokoju, a nie na dnie jakiejś przepaści. Stwierdziła z ulgą, że jest u siebie i ponownie zamknęła oczy. Dłuższą chwilę leżała nieruchomo i starała się przypomnieć, co dokładnie jej się śniło, zanim obudziło ją uczucie spadania. Niemal od razu powróciły do niej wspomnienia, które poprzedniego dnia Itzalowi udało się odnaleźć w jej umyśle. Uświadomiła sobie, że do tej pory jeszcze nie zagłębiła się w nie na poważnie, gdyż jej myśli krążyły wokół spraw związanych z dziwną wizją o Memorii. 
        Nadal nie otwierając oczu, zaczęła przypominać sobie tę rozmowę z Leiftanem w Kryształowej Sali - minuta po minucie i słowo po słowie. Im więcej chwil, obrazów i słów z tamtego spotkania poukładała sobie w całość, tym większe miała wrażenie, że to wyznanie lorialeta miało jakieś drugie dno. Nie było to tylko zwyczajne przyznanie się do skrywanych względem niej uczuć. Gdzieś głęboko w sobie miała nieodparte przeczucie, że chłopak chciał jej się wtedy z czegoś zwierzyć, czegoś bardzo ważnego i zarazem bardzo osobistego. Jego ostatnie słowa: “[...] porzuciłbym wszystko, wyrzekłbym się wszystkiego i dla ciebie stałbym się… “ z każdą chwilą intrygowały ją coraz bardziej. Był przecież uosobieniem spokoju, łagodności i troski, można by się pokusić na stwierdzenie, że jest ideałem. Zatem kim chciał się dla niej stać? Dlaczego mówił o porzucaniu i wyrzekaniu się wszystkiego dla niej? Czyżby myślał o odejściu z Lśniącej Straży? A może chciał opuścić Kwaterę i Straż Eel? 
        - Że też nie miałaś kiedy wleźć Miiko - powiedziała na głos, czując chwilową złość na kitsune za to, że przez nią Leiftan nie dokończył zdania. Zdawała sobie sprawę, że sama nie znajdzie odpowiedzi na te wszystkie pytania, więc chwilowo przestała się nimi zadręczać i postanowiła, że zapyta o to ukochanego przy najbliższej okazji.
        Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało wpadać do jej pokoju, z pewnym rozgoryczeniem stwierdziła, że czuje się bardziej zmęczona niż wieczorem. Przewróciła się na bok i przyjęła pozycję embrionalną, wtulając się w kołdrę. Przez jakiś czas leżała i starała się o niczym nie myśleć, licząc po cichu na to, że uda jej się, chociaż na trochę jeszcze zasnąć. Jednak zamiast snu, pojawiało się całe mnóstwo nowych pytań i myśli, które nie chciały dać jej spokoju i powracały za każdym razem, gdy próbowała się ich pozbyć z głowy. W dodatku poczuła, jak nasila się jej tęsknota za Leiftanem. Odczuwała nieodpartą chęć przytulenia się do niego, a brak jego bliskości sprawiał jej niemal fizyczny ból. Czując narastającą frustrację, postanowiła sprawdzić teorię, wedle której poranne ćwiczenia na świeżym powietrzu, poprawiały samopoczucie na całą resztę dnia. Szybko ubrała się i wyszła z pokoju z zamiarem pobiegania.
        Na korytarzu wpadła na zaklinacza, który wracał właśnie z łaźni i tak od słowa do słowa, a postanowili pobiegać wspólnie. Gdy mężczyzna poszedł się przebrać, Shairisse w międzyczasie poszła na stołówkę po wodę. Kilka chwil później spotkali się przy wejściu głównym do Kwatery i oboje powolnym truchtem ruszyli w stronę bramy. Za bramą Itzal zaproponował jogging po lesie, ale widząc trochę niespokojne spojrzenie dziewczyny, zrozumiał, że nie jest jeszcze gotowa na wycieczkę do lasu. Ostatecznie postanowili więc pobiec na plażę i pobiegać wzdłuż brzegu morza, aby później w ramach odpoczynku usiąść i potrenować metody relaksacyjne, których zaklinacz obiecał ją nauczyć.
        Czas spędzony w towarzystwie Itzala, w połączeniu z joggingiem i późniejszą nauką odpowiedniego relaksowania się, sprawiły, że poczuła się spokojniejsza i na trochę zapomniała o swoich troskach, jak również tęsknocie za Leiftanem. W obecności zaklinacza czuła się bardzo lekko i swobodnie, jakby nikt i nic dookoła nie miało znaczenia. W pewnym momencie, gdy oboje śmiali się z żartu opowiedzianego przez mężczyznę, pierwszy raz od bardzo dawna ogarnęło ją uczucie błogiego spokoju. Miała wrażenie, że żadne jej problemy i zmartwienia nie są na tyle poważne, żeby nie dała sobie z nimi rady. Kiedy powiedziała o tym Itzalowi, ten z ciepłym uśmiechem na twarzy wyjaśnił, że właśnie odczuwa skutki odpowiednio przeprowadzonej sesji relaksacyjnej. Przez jakiś czas jeszcze siedzieli na plaży i rozmawiali o tym, co sprawia im najwięcej radości w codziennym życiu. W czasie rozmowy uświadomili sobie, że radość sprawiają im mniej więcej te same rzeczy - spacery na świeżym powietrzu i ogólnie przebywanie na łonie natury, wieczorne koncerty świerszczy i cykad, widok bezchmurnego nieba w dzień i rozgwieżdżonego w nocy, chłodny prysznic na pobudkę i malinowy sorbet Karuto na deser. Okazało się też, że deszczowa pogoda i dźwięk uderzających o okno kropli deszczu, nastraja ich nostalgicznie i wprawia w stan zadumy.
        Koło południa postanowili wrócić do Kwatery, aby udać się na spóźniony posiłek. Na stołówce okazało się, że również Valkyon dopiero pojawił się na śniadaniu. Wszyscy w trójkę usiedli przy jednym stoliku i prowadząc luźne rozmowy, konsumowali swoje porcje dziwnie wyglądającej, aczkolwiek bardzo smacznej potrawki. Wojownik sprawiał wrażenie, jakby czuł się znacznie lepiej, niż poprzedniego dnia. Shairisse oczywiście nie omieszkała zapytać o samopoczucie swojego szefa, jak również nadmienić, że jego wczorajsze dolegliwości bólowe nie umknęły jej uwadze. Valkyon z lekkim zakłopotaniem i nieśmiałym uśmiechem wyjaśnił, że w Balenvii miał dość bolesne starcie z pewnym przestraszonym i nie do końca jeszcze okiełznanym chowańcem, który miał pełnić funkcję wierzchowca. Wytłumaczył również, że lepsze samopoczucie zawdzięcza maściom od Ewelein i zastosowaniu metod na ujarzmianie odczuwania bólu, które pokazał mu dzień wcześniej zaklinacz. Nie mógł jej teraz powiedzieć prawdy, gdyż odgórne ustalenia od Miiko były jasne - starcie z zamaskowanym w Balenvii na razie pozostaje utajnione przed resztą mieszkańców Kwatery. Poza tym było mu trochę wstyd, że nie udało mu się wygrać walki z kimś, kto o mały włos w ostatnich dniach nie pozbawił jego ukochanej życia.
        Po zjedzonym posiłku obaj panowie zaczęli między sobą ustalać szczegóły wspólnego spotkania, w celu nauki treningu autogennego. Widząc zainteresowane spojrzenie Shai, zaklinacz zaproponował, aby dołączyła do nich i wspólnie z Valkyonem podjęła naukę. Zapytał wojownika, czy nie ma nic przeciwko temu. Mężczyzna nie wyraził sprzeciwu, więc ustalili, że spotkają się koło piętnastej pod wiśnią. Następnie wyszli ze stołówki i rozeszli się - każde w swoją stronę. Valkyon poszedł do Kuźni, sprawdzić, jak radzą sobie z ostrzeniem broni i polerowaniem pancerzy wyznaczeni do tego strażnicy. Zaklinacz powędrował do biblioteki, żeby poszukać pewnego, jak to się wyraził “opasłego tomiszcza” o dawnych legendach i mitach. Shairisse za to z nieukrywaną radością, prawie w podskokach udała się do pokoju, z zamiarem przebrania się i pójścia pod prysznic.
        Na umówione spotkanie przyszła chwilę przed czasem. Obaj panowie już byli obecni i rozmawiali o różnicach w sposobie walki i obrony, wynikających z powodu używania różnych rodzajów broni. Gdy do nich podeszła, przerwali dyskusję i przyglądali jej się z uśmiechami na twarzy. Na pytanie, czy coś jest nie tak, odpowiedzieli, że wszystko w porządku i mogą zaczynać. Zaklinacz nakazał im usiąść naprzeciw siebie, po turecku i zamknąć oczy. Następnie tłumaczył po kolei, krok po kroku zasady treningu autogennego. Wyjaśnił, jak ważne jest oczyszczenie umysłu z wszelkich myśli i skoncentrowaniu się na własnym organizmie i na umiejętnym sterowaniu nim. Sam trening, polegający na początku na tym, aby skupić się na odczuwaniu ciężaru, trwał zaledwie pięć minut, jako że dłużej dla początkujących nie jest wskazane. Dalsze elementy tego treningu mieli rozwijać z czasem.  
        Resztę popołudnia siedzieli i rozmawiali o przeróżnych metodach relaksacyjnych, jak również o pozytywnych i negatywnych aspektach medytacji. Wracając na obiadokolację, Valkyon zaproponował Shairisse, aby wznowili treningi z samoobrony i poprawy kondycji. Dziewczyna zgodziła się, stawiając jednak warunek, że jej szef musi najpierw dojść do siebie, gdyż ona nie chce go mieć na sumieniu. Po krótkiej dyskusji i słownych utarczkach, oboje doszli do porozumienia, że wznowią treningi za kilka dni. Itzal milczał prawie całą drogę, tylko przyglądając się i przysłuchując obojgu. Obserwacja ich wzajemnych relacji sprawiała mu pewną satysfakcję i przyjemność, dlatego szedł, uśmiechając się pod nosem.
        Kolejne dwa dni minęły bardzo podobnie do poprzedniego. Rano jogging w towarzystwie zaklinacza, później posiłek i ćwiczenia z treningu autogennego i metod relaksacyjnych, w których zaczął uczestniczyć również Valkyon. Jak się okazało, treningi bardzo pozytywnie wpływały na samopoczucie nie tylko Shairisse, ale także na jej szefa. Mężczyzna wydawał się mieć więcej energii i radości w sobie. Bardzo to cieszyło dziewczynę, ponieważ widok uśmiechniętego i zrelaksowanego przyjaciela, sprawiał jej więcej radości, niż widok zbolałego wojownika, jaki przedstawiał sobą jeszcze trzy dni temu. Nic jednak nie sprawiło dziewczynie takiej radości, jak wieść o zbliżającym się powrocie ukochanego z misji. Wieczorami, kładąc się samotnie do łóżka, tęskniła za Leiftanem, a tęsknota ta przeszywała jej ciało z taką siłą, że prawie odczuwała ją fizycznie.
        Tego dnia po kolacji, zaklinacz ponownie wybrał się do biblioteki w poszukiwaniu jakiejś tajemniczej księgi. Shai do pokoju wracała więc w towarzystwie Valkyona i po drodze oboje rozmawiali o różnych przyzwyczajeniach swoich chowańców. W Korytarzu Straży dołączyły do nich Karenn i Alajea, szczebiocząc jedna przez drugą, że stęskniły się za towarzystwem przyjaciółki i muszą porwać ją na babskie rozmowy. Valkyon rozbawiony zachowaniem dziewczyn pożegnał się ciepło i uśmiechając się sam do siebie, oddalił się w kierunku swojego pokoju.
        - Co wy znowu kombinujecie? - zapytała cicho i ze śmiechem Shairisse. Dziewczyny złapały ją z dwóch stron pod ręce i dziarskim krokiem ruszyły w stronę jej pokoju.
        - My nic nie kombinujemy - odparła Karenn z tajemniczym uśmiechem. - Ale przyznać muszę, że zżera nas ciekawość - dodała przyciszonym tonem. - Otwieraj ten swój przybytek.
        Kiedy tylko otworzyła drzwi do swojego pokoju, dziewczyny niemal z szybkością huraganu wtargnęły do środka, wciągając ją za sobą. Gdy drzwi się zamknęły, obie przyjaciółki rozsiadły się na łóżku i wpatrywały w nią, z wyczekującym wyrazem twarzy. Rozbawiona ich zachowaniem usiadła na krześle i patrząc na nie, zaczęła się śmiać.
        - Ty się nie śmiej Shai, tylko opowiadaj - odezwała się Alajea, starając się przybrać karcący ton głosu.
        - Ale o czym mam opowiadać? - zapytała, uspokajając się trochę. - I gdzie macie Colaię?
        - Colaia poszła na spacer z Jamonem - odparła syrena. - Mieli potrenować, a później oglądać gwiazdy albo…  
        - No, jak to o czym?! - fuknęła w międzyczasie Karenn, przerywając jej i brzmiąc przy tym, jakby była oburzona nieświadomością drugiej przyjaciółki. - Słyszałyśmy, że znowu ci się Wyrocznia pokazała i podobno powiedziała ci, że masz odnaleźć smoki.
        - Ach to… - uśmiechnęła się Shairisse, po czym zaczęła opowiadać dziewczynom o swojej dziwnej wizji i o tym, co wstępnie ustalono w przychodni. Przyjaciółki słuchały jej z zaintrygowaniem. Karenn w pewnym momencie oznajmiła, że w Lśniącej Straży padła już sugestia, o ponownej wyprawie na Memorię. Zapytana, skąd ma takie wiadomości, uśmiechnęła się tylko wymownie i stwierdziła, że jeśli chce, to potrafi zdobyć wiele cennych informacji. Oczywiście stwierdzeniem tym wywołała salwę śmiechu, ponieważ dziewczyny znały jej wścibstwo. Wiedziały więc, że albo podsłuchiwała, albo znowu wyciągnęła informacje od brata, robiąc te swoje słodkie minki.
        - Dobra, koniec żartów - spoważniała nagle wampirzyca. - Teraz już na poważnie piękna. Czy u ciebie coś się może pozmieniało?
        - Co masz na myśli? - zapytała zaskoczona.
        - Bo wiesz, ja to się na przykład trochę zaczęłam gubić - tu Karenn spojrzała na Allie, jakby szukając u niej wsparcia. Syrena pokiwała potakująco głową. - Mówiłaś, że jesteś z blondaskiem, a jak tylko go nie ma w Kwaterze, to ciągle cię widzę z tym zaklinaczem, albo z Valkyonem… Więc…?
        - Wariatki! - wybuchnęła śmiechem, ale już po chwili spoważniała. - Nadal jestem z Leiftanem - odparła, obdarzając je karcącym spojrzeniem. - Z Valkyonem często mnie widać, bo Itzal uczy nas treningu autogennego i metod relaksacyjnych… Poza tym wracamy do treningów samoobrony i wzmacniających… 
        - I tak nic między wami nie ten tego? - przerwała jej Karenn, marszcząc przy tym podejrzliwie brwi.
        - Ten tego, co? - zapytała zdziwiona. Po chwili jednak przypomniała sobie ostatnią rozmowę z przyjaciółką na temat Valkyona. - Ty dalej swoje, że on coś do mnie czuje?
        - Ja to wiem - burknęła niezadowolona nastolatka. - Allie też tak uważa. Powiedz jej - tu skierowała spojrzenie na syrenkę i delikatnie szturchnęła ją łokciem.
        - Coś chyba jest na rzeczy, Shai - zaczęła niepewnie Alajea. - Valkyon tylko przy tobie jest wciąż uśmiechnięty i taki wygadany, a do tego nazywa cię pieszczotliwie “maleńka” i…  
        - Bo jestem dużo mniejsza od niego - przerwała jej Shairisse. - Nie tylko wzrostem, ale i gabarytowo… Przy nim po prostu wyglądam jak maleńka istotka. A wygadany jest, bo się przyjaźnimy i mamy… trochę wspólnych przeżyć na koncie… - dodała, przypominając sobie wszystkie ważniejsze momenty z wojownikiem. Począwszy od zderzenia się z nim pierwszego dnia, gdy próbowała uciec; potem remont pokoju i wspólna misja w poszukiwaniu Eliota; misja z Yvoni, gdy osłonił ją własnym ciałem, przed atakiem wściekłej nimfy; nieszczęsny pocałunek, którym zmusił ją do wypicia eliksiru mnemosyne; opętanie przez duchy Tihn’a i Yeu, które również zakończyło się ich pocałunkiem; mnóstwo przegadanych godzin w Świątyni, gdy zwierzała mu się ze swoich zmartwień i lęków oraz kryła się w jego ramionach, po koszmarach związanych z daemonem i zatruciem Kryształu, aż do wspólnych treningów, dzięki którym miała nauczyć się bronić i nie dopuścić do powtórzenia się takiej sytuacji, jak z Naytili.    
        - Ale sposób, w jaki on na ciebie patrzy… - wtrąciła Karenn. - Tak nie patrzy się na przyjaciółkę. On cię po prostu pożera wzrokiem, a jak nie patrzysz, to przygląda ci się rozmarzonymi oczyma i z wyrazem twarzy flubata.
        - Flubata? - zdziwiła się.
        - Taki słodki chowaniec o rozmarzonym pyszczku - wytłumaczyła Alajea, robiąc przy tym słodką minkę. 
        - Wy się chyba za dużo romansideł naczytałyście - wypaliła rozbawionym tonem Shai.
        - Dobra, jeszcze sama się przekonasz. Z Leiftanem też mi kiedyś nie wierzyłaś… - odparła na odczepne Karenn, udając przy tym, że się obraża. 
        - Z Leiftanem ci nie wierzyłam? - spytała zaskoczona. - Niby ty mi kiedyś coś mówiłaś o nim?
        - Niby ci mówiłam… kiedyś na stołówce… - wyjaśniła nastolatka. - Byłam z Chromem i przyszłaś ty z Leiftanem. Po naszym wcześniejszym pikniku byłam spłukana i Chrome odstąpił mi ciastko i kwintesencję. Leiftan zaproponował ci coś do picia, a ty się mnie zapytałaś, co to jest ta kwinta. Wówczas ci powiedziałam, że blondasek leci na ciebie, bo widziałam, jak mu się oczy świeciły, gdy na ciebie patrzył… Ale oczywiście też mi wtedy wmawiałaś, że się nie znam i coś mi się ubzdurało… 
        - Oj tam, oj tam - machnęła ręką Shai, uśmiechając się przy tym zakłopotana. Rzeczywiście nie wierzyła wtedy przyjaciółce, a okazało się, że miała rację. Teraz była jednak przekonana, że to ona ma rację. 
        - Jeszcze wspomnisz moje słowa - rzuciła Karenn, krzyżując ręce na piersi. Następnie odwróciła się lekko tyłem do koleżanek i przez chwilę udawała, że się dąsa.
        - Opowiedz lepiej, jaki jest ten twój “pan rozważny” - odezwała się tym razem Alajea, chcąc zmienić temat.
        - “Pan rozważny”? - zapytała zaskoczona.
        - No bo wiesz - zaczęła tłumaczyć syrena. - Leiftan zawsze jest taki spokojny, łagodny i zrównoważony. Zanim coś powie lub zanim wykona jakiś gest, to dziesięć razy się zastanowi i przemyśli, jakie to będzie miało konsekwencje. Chyba nigdy nie widziałam go, aby zachowywał się spontanicznie… Czasami się zastanawiam, jaki on jest tak “prywatnie”?
        - “Prywatnie”? - powtórzyła znowu zdziwiona, czując jednocześnie, że zaczyna się powoli rumienić. 
        - No sam na sam z tobą - burknęła Karenn, nie wytrzymując. - Też jest taki ułożony i ugrzeczniony, czy potrafi zaszaleć? No wiesz, daje się ponieść emocjom, potrafi się zapomnieć i… no wiesz? - dopytywała z nastoletnim entuzjazmem, zapominając o tym, że miała się niby fochać.
        - A co wy się takie wścibskie zrobiłyście? - zaśmiała się, do granic rozbawiona ich ciekawością. - To nie wasza sprawa, jak on się zachowuje, gdy jest ze mną sam na sam - odparła, wciąż się śmiejąc i rumieniąc coraz bardziej na twarzy. Miała szczerą nadzieję, że w mroku przyjaciółki tego nie dostrzegą.
        - Ha! Rumienisz się, czyli potrafi zaszaleć! - zaśmiała się wampirzyca, przy okazji pozbawiając ją złudzeń, że ukryje zawstydzenie. - Opowiadaj, jaki on jest sam na sam? - dopytywała ściszonym głosem i usadawiając się wygodniej na łóżku. - Jest czuły, delikatny, czy raczej porywczy i gwałtowny? A może jest mieszanką tego i tego?
        - Karenn! - zawołała, podnosząc głos, ale starając się jednak nie krzyknąć. Następnie śmiejąc się, rzuciła w przyjaciółkę jaśkiem, który leżał na krześle obok. - Muszę powiedzieć Nevrze, że powinien cię utemperować… 
        - Phi, jakby on o tym nie wiedział - prychnęła rozbawiona Karenn. - Nawet nie wiesz, od jak dawna braciszek się stara, ale ja jestem nieokiełznana i mnie się nie da utemperować. 
        - Tak sobie to tłumacz - powiedziały jej równocześnie dziewczyny. W tym samym momencie rozległo się ciche pukanie do drzwi. Wszystkie od razu ucichły, a Shairisse wstała, aby sprawdzić, kto o tej porze zapragnął ją odwiedzić.
Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła stojącego w korytarzu Leiftana, który trzymał w dłoniach śliczny, czerwony kwiat, przypominający hibiskusa i uśmiechał się do niej czule. Jej serce od razu zaczęło bić w przyspieszonym tempie, a na twarzy pojawił się uśmiech szczęścia. 
        - Leiftan! - wykrzyknęła radośnie i jakby zapominając o całym bożym świecie, rzuciła mu się na szyję i namiętnie pocałowała. Trochę zaskoczony jej reakcją, nie zastanawiał się jednak długo i obejmując ją jedną ręką w talii, a drugą łapiąc za tyłek, wszedł z nią do pokoju, a następnie nogą zamknął drzwi. 
        - Tak bardzo za tobą tęskniłem… - wyszeptał między pocałunkami chłopak. Po chwili jednak uświadomił sobie, że nie są sami w pokoju i jak poparzony zabrał rękę z jej pupy, jednocześnie odsuwając się od niej lekko zawstydzony. Karenn i Alajea spojrzały po sobie i wstały z łóżka. 
        - To my nie będziemy wam przeszkadzać - powiedziały równocześnie i skierowały się w stronę drzwi, uśmiechając się przy tym wymownie. - Do zobaczenia Shai. Pa Leiftanie.
        - Na razie dziewczyny - wymamrotał zakłopotany lorialet, unikając patrzenia bezpośrednio w ich stronę. Trochę zbity z pantałyku bawił się kwiatem, z którym przyszedł w odwiedziny.
        - Pa wariatki - zaśmiała się po cichu Shai, odprowadzając je do wyjścia.
        - Jednak jest porywczy, ale przy tym taki uroczy - szeptała konspiracyjnym tonem wampirzyca, pochylając się nad uchem przyjaciółki. - Ty widzę, też jesteś narwana. Udanej nocy ślicznotko - zaśmiała się na koniec, gdy dziewczyna zamykała drzwi. Jeszcze jakiś czas słyszała oddalające się i chichoczące przyjaciółki. Przez chwilę chciała ochłonąć z głupkowatego rozbawienia, jakie w niej wywołały, więc oparła się plecami o drzwi i uśmiechając się pod nosem, spojrzała na Leiftana. Lorialet spoglądał na nią z lekką konsternacją.
        - Misja w Anat’arau przebiegła bez przeszkód? - zapytała, starając się rozluźnić atmosferę. - Nie było żadnych komplikacji?
        - Tak, wszystko przebiegło bez zarzutu - odparł, marszcząc delikatnie brwi.
        - No to super - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem, widząc, że jej próba odwrócenia uwagi, raczej nie działa.
        - Nie kombinuj słoneczko - chłopak uśmiechnął się łobuzersko. - Czemu mnie od razu nie uprzedziłaś, że masz towarzystwo? -  zapytał, unosząc brew i patrząc na nią podejrzliwie. Następnie odłożył kwiat na stolik i podszedł do niej bliżej.
        - Tak się ucieszyłam na twój widok, że całkiem o nich zapomniałam - odparła niewinnie i spuściła wzrok, udając skruszoną. Wiedziała, że dziewczyny wciąż dopytywałyby o jej relacje z Leiftanem, a nie była dzisiaj w nastroju na takie rozmowy. Zatem z jednej strony liczyła, że jeśli przywita się entuzjastycznie z ukochanym, to Karenn i Alajea szybko zechcą opuścić pokój. Z drugiej zaś strony obawiała się, że jeśli powie chłopakowi, że ma towarzystwo, to on nie chcąc przeszkadzać, postanowi pójść do siebie, a tego też bardzo nie chciała. Na jej szczęście przyjaciółki zachowały się dokładnie tak, jak na to liczyła.
        - Mhm… - zamruczał Leiftan i delikatnie złapał ją za podbródek, zmuszając, aby spojrzała na niego. Pochylił się w jej stronę i przez moment z rozbawieniem spoglądał jej w oczy. - Kłamczucha - dodał po chwili z uśmiechem i delikatnie ją pocałował.
        - A przywitałbyś się ze mną inaczej, gdybyś wiedział, że dziewczyny są w pokoju? - zapytała teraz ona z psotnym uśmiechem i położyła obie dłonie na jego nagiej części torsu. Wciąż patrząc mu w oczy, zaczęła delikatnie opuszkami palców pieścić jego skórę.  
        - W sumie… - zaczął odpowiadać bez pośpiechu, robiąc krok w jej stronę i zakładając jej kosmyk włosów za ucho. - Chyba tylko powstrzymałbym się od złapania ciebie za tyłek… - mówił nadal nieśpiesznie, obejmując ją w talii i łagodnie przyciągając jej biodra do siebie. Następnie powoli zjechał dłońmi w dół, aż zatrzymał się na jej pupie. Jego pieszczota, tembr głosu i bliskość, przez którą czuła na wargach ciepło jego oddechu, sprawiły, że nagle zrobiło jej się gorąco.
        - Powstrzymałbyś się? Na pewno? - zapytała kokieteryjnie, zbliżając swoje usta do niego jeszcze bardziej.
        - Jak tak teraz myślę, to zaczynam wątpić, czy dałbym radę… - odparł szeptem, a gdy mówił, jego wargi delikatnie muskały jej usta. Bliskość dziewczyny i ciepło, jakie od niej emanowało, sprawiły, że krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć i coraz bardziej narastało w nim uczucie pożądania. 
        - Żebyś ty wiedział, jak mi ciebie brakowało - szeptała zmysłowo, nie zmieniając dystansu między nimi nawet o centymetr. - Wieczorami czułam się strasznie samotna bez ciebie…
        - Tylko wieczorami łobuziaro? - zapytał cicho, udając rozczarowanie. Ton jego głosu nadal jednak był uwodzicielski.
        - Wieczorami byłam sama, w pustym łóżku… - wyszeptała znowu niewinnie, ale iskierki w jej oczach wyraźnie zdradzały, że jej myśli raczej do niewinnych nie należą. 
        - Jestem już przy tobie kochanie - wyszeptał czule i pocałował ją delikatnie w kąciki ust. Czuł, że coraz trudniej mu zapanować nad narastającymi pragnieniami. - Od teraz nie będziesz sama - dodał po chwili bardzo cicho, lekko chrapliwym głosem. Niepewnie wsunął dłonie pod jej bluzkę i delikatnie zaczął pieścić jej skórę. Kiedy nie wyraziła żadnego sprzeciwu, objął ją jeszcze mocniej i zaczął całować z namiętnością. 
         Na jego słowa i dotyk zareagowała cichym westchnieniem, a dłońmi powoli powędrowała, aż do jego karku, gdzie zaczęła zmysłowe pieszczoty. Wiedziała, że chłopak bardzo lubi ten rodzaj jej dotyku, gdyż reagował na niego szybszym oddechem i coraz zachłanniejszymi pocałunkami. Gdy wsuwała palce w jego włosy tuż nad karkiem, poczuła, jak Leiftan zadrżał na całym ciele. W tym samym momencie płaszcz zsunął się z jego ramion i wylądował na podłodze w akompaniamencie brzęku kluczy. Oboje na chwilę oderwali się od swoich ust, aby zerknąć na leżące na podłodze odzienie.
        - Zacząłeś się już rozbierać? - zapytała psotnie, przenosząc powoli wzrok z powrotem na twarz ukochanego.
        - Powiedziałbym, że to raczej ty mnie zaczęłaś rozbierać - odparł rozbawiony chłopak. - Ja to bym zaczął na pewno od zdejmowania twoich ubrań - dodał z rozbrajającym uśmiechem i przesunął dłonie na jej biodra, lekko przyciskając je do swoich. 
        - Czyżby? - zaśmiała się figlarnie, spoglądając na niego zawadiacko.
        - Chcesz się przekonać? - zapytał, unosząc lekko brew.
        - Uważaj, bo to brzmi prawie jak propozycja - odparła kokieteryjnym szeptem, patrząc mu w oczy i delikatnie przesuwając dłonie na jego policzki.
        - A co, jeśli to jest propozycja? - zapytał zalotnie, ponownie wsuwając dłonie pod materiał jej bluzki i wraz z nim powoli przesuwając ręce ku górze jej ciała. Czuł, jak zadrżała i przyspieszył jej oddech, gdy był na wysokości jej biustu. Wtedy jednak zabrał dłonie spod jej bluzki i położył na jej dłoniach. Przez chwilę intensywnie wpatrywał się w jej liliowe oczy, starając się wyczytać w nich jej prawdziwe emocje i pragnienia. Zależnie od swojej obserwacji chciał poprowadzić dalszą rozmowę i zdecydować się na dalsze działania.
        - Wiesz, że teraz igrasz z ogniem? - zapytała, chcąc brzmieć jak najbardziej naturalnie i zmysłowo. Było to jednak o tyle trudne, że zachowanie, bliskość i spojrzenie Leiftana sprawiały, że nie potrafiła ani skupić swoich myśli, które od pewnego czasu podążały w niebezpiecznym kierunku, ani też zapanować nad ciałem i głosem.
        - Mam ten ogień ugasić, czy jeszcze bardziej podsycić? - wyszeptał tuż przy jej uchu. Jednocześnie chwycił jej nadgarstki i delikatnie oparł je o drzwi na wysokości jej głowy. Lekkie łaskotanie wydychanego w czasie szeptu powietrza, sprawiło, że przez jej ciało znów przebiegł przyjemny dreszcz.
        - Nie chcę dzisiaj niczego gasić - odparła cicho, lekko drżącym od pożądania głosem. Była spragniona jego bliskości i dotyku, całe jej ciało w tamtym momencie pragnęło należeć do niego. Wiedziała już, że dzisiaj na pewno ani nie będzie chciała, ani nie będzie umiała powiedzieć “nie”.
        - Jesteś tego całkowicie pewna? - zapytał, delikatnie całując ją po szyi. Starał się w ten sposób ukryć swoje zarówno zaskoczenie, jak i sporą ulgę, że Shairisse nie zamierza dzisiaj go powstrzymywać. Ostatnie kilka chwil uświadomiło mu, że pożąda i pragnie jej bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej i wiedział, że ciężko byłoby mu teraz przerwać to, co się między nimi zaczęło.
        - Czy mi się wydaje, czy ty się wahasz? - szepnęła zadziornie wprost do jego ucha, czym wywołała przepływ niekontrolowanej fali gorąca w jego ciele. Domyślił się w tym momencie, że chyba nie tylko on zmaga się z rosnącymi namiętnościami.
        - Po prostu chciałbym mieć pewność, że mi się nie rozmyślisz - zamruczał, a w międzyczasie przesunął ich ręce nad jej głowę i złapał jej nadgarstki lewą dłonią. Prawą powoli zaczął zsuwać wzdłuż jej ręki, nie śpiesząc się i łagodnie muskając opuszkami palców jej skórę. Stał tak blisko niej, że wyraźnie wyczuwał na swoim ciele, jak porusza się jej klatka piersiowa w przyspieszonym oddechu i jak od czasu do czasu jej ciałem wstrząsają dreszcze. W połączeniu z jej cichym westchnieniem dawało mu to pewność, że jego pieszczota sprawia jej przyjemność. Przez cały czas oboje przypatrywali się sobie, starając się zapamiętać każdy szczegół twarzy i każdą swoją reakcję.
        - Nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się wycofać… - szepnęła i wstrzymała na chwilę oddech, gdy poczuła ciepłą dłoni Leiftana na swojej piersi. Chłopak delikatnie ją ścisnął, jednocześnie z niesamowitą czułością całując ją w kąciki ust. Już po chwili oswobodził jej ręce i zaczął wolno rozpinać kolejne guziki w bluzce dziewczyny, całując ją zmysłowo, jakby delektował się jej smakiem. Gdy rozpiął ostatni guzik, powoli rozchylił bluzkę i spojrzał na jej piersi osłonięte koronkowym materiałem biustonosza. Ona w międzyczasie położyła ręce na jego ramionach i powoli zsuwała je w dół, aż dotarła do bioder. Wówczas przesunęła dłonie i chwyciła go za tyłek. 
        - Muszę ci się do czegoś przyznać - szepnął łagodnie, spoglądając ponownie w jej oczy. Delikatnie zsunął bluzkę z jej ramion, aby odsłonić cały dekolt, a palcami móc swobodnie pieścić jej skórę.
       - Do czego? - zapytała drżącym od podniecenia i zaciekawienia głosem. Jej oddech lekko przyspieszył, gdy poczuła, jak Leiftan odpiął zapięcie jej stanika i od razu przeniósł tam swój wzrok. Przez ulotną chwilę w jej umyśle pojawiło się zaskoczenie, że chłopak zrobił to tak sprawnie i wiedział, że zapięcie jest z przodu. Jednak myśl ta pierzchła równie szybko, jak się pojawiła, gdy zobaczyła w jego oczach błysk zachwytu.
        - Nie chciałem i chyba nie potrafiłbym się dzisiaj wycofać - wyszeptał, w międzyczasie powoli zdejmując z niej górne części garderoby. Jego oddech przyspieszył na widok jej nagich piersi. Przez chwilę patrzył z niemym zachwytem, aż w końcu, ledwo panując nad głosem, powiedział: - Jesteś piękniejsza niż w moich snach… 
        Shairisse nie zdążyła nawet zareagować, gdyż Leiftan przywarł do niej całym ciałem i zaczął namiętnie i zachłannie całować. Jego dłonie coraz śmielej wędrowały po jej skórze, sprawiając, że odczuwała nieznaną sobie do tej pory przyjemność. Po chwili ona również przestała panować nad oddechem i myślami. Kiedy objęła go rękoma za szyję, chłopak złapał ją za tyłek i podniósł do góry. Nie zastanawiając się za wiele, oplotła nogami jego biodra i poczuła, że ukochany skierował się z nią w stronę łóżka. Kładąc ją na pościeli, oderwał się na chwilę od jej ust i spojrzał na nią pełnym zachwytu i miłości spojrzeniem, jakby dając jej ostatnią szansę na wycofanie się. Ona jednak nie miała zamiaru się wycofywać, więc uniosła się trochę i zaczęła pozbawiać go górnej części odzienia. Leiftan zwinnie jej w tym pomógł, a następnie sięgnął do guzika jej spodni.
       - Obiecaj mi kochanie, że będziesz delikatny i wyrozumiały - wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy, a przy tym lekko rumieniąc się na twarzy. Przez chwilę pochylał się nad nią trochę zdezorientowany, starając się zrozumieć, dlaczego poprosiła go o delikatność i wyrozumiałość. W pewnym momencie zrozumiał i na samą myśl o tym poczuł, jak ściska mu się ze wzruszenia serce.
        - Kocham cię Shairisse… - wyszeptał wzruszony. - Tak bardzo cię kocham… 



Bonus:


Pragnę być chwilą ulotną, co myślami twymi włada
Pragnę być snem słodkim, co na powiekach twych osiada
Pragnę być słońca promieniem, co skórę twoją pieści
Pragnę być wiatru powiewem, co niesie dobre wieści
Pragnę być melodią radości, co gra koncert w twojej duszy
I pragnę być momentem szczęścia, co serce twoje wzruszy
Niczego więcej nie pragnę, może poza twym westchnieniem
Gdy w końcu się spotkamy i obdarzysz mnie spojrzeniem.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.