FANDOM


Witam :)

Powstała nowa część, więc wklejam. Miłego czytania życzę.

Pozdrawiam serdecznie Mevala i dziękuję za inspirację i wsparcie <3



Pocałunek anioła

      Shairisse stała przed lustrem i przyglądała się swojemu odbiciu. Musiała przyznać, że spodobał jej się widok, który miała przed sobą. Sięgająca do kolan sukienka, wykonana z miękkiej dzianiny, otulała ciało, podkreślając jej nienaganną figurę. Nigdy nie lubiła się stroić w sukienki, ale teraz została niejako zmuszona do wystąpienia w tej kreacji. Był to bowiem prezent od gildii Purrekos, a wszyscy w Kwaterze wiedzą, że kociakom z tej gildii się nie odmawia i należy z nimi dobrze żyć. Ona też to wiedziała, dlatego właśnie stała przed lustrem w kreacji od nich. Purriry przyszła dzisiaj do niej i wręczając jej torebkę z logo swojego butiku, powiedziała, że jest to prezent od kociej gildii, żeby poprawić jej samopoczucie po ostatnich wydarzeniach. Okazało się, że tym prezentem jest kopertowa sukienka z lejącym dekoltem typu wodospad. Jak zawsze kocica poprosiła o przymierzenie i zaprezentowanie się w kreacji. Gdy wróciła pokazać się, ta uśmiechając się tajemniczo i mrugając porozumiewawczo, oznajmiła, że sukienka idealnie nadaje się na spotkanie z lorialetem. Zaskoczona Shai ledwo zdążyła podziękować, gdyż Purriry mrucząc: "Magnifique, magnifique*", jak kamfora ulotniła się z jej pokoju. Po wyjściu kociej kreatorki mody, przez dłuższą chwilę układała różne fryzury, aby znaleźć odpowiednią do stroju. Ostatecznie zdecydowała się upiąć włosy w wysokiego koka, wypuszczając tylko kilka luźnych loków. Makijaż, jak zawsze ograniczyła do tuszowania rzęs. Zadowolona z efektu końcowego spojrzała na zegarek. Mimo, że z Leiftanem umówiona była dopiero za godzinę, postanowiła wybrać się na umówione miejsce już teraz. Planowała powygrzewać się w słońcu, czekając na niego.

      Gdy przyszła na miejsce, okazało się, że pomimo słonecznej pogody, przy fontannie nikogo nie było. Pomyślała, że w sumie to nawet dobrze, ponieważ będzie mogła w spokoju rozkoszować się promieniami słońca. Zdjęła sandały i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie, a zamykając oczy, wystawiła twarz do słońca. Przyjemne ciepło promieni rozgrzewało jej ciało, a myśli samoistnie zaczęły krążyć wokół dzisiejszych wydarzeń. Kiedy rano proponowała Leiftanowi wspólny spacer, nie spodziewała się, że będzie musiała czekać na to cały dzień. Nie spodziewała się też, że będzie się w nim tak dużo działo.

      Zaczęło się od żartu, który zaserwowała jej rano Ewelein, zaraz po przyjściu na swój dyżur. Nastraszyła ją, że postanowiła przedłużyć jej pobyt w przychodni jeszcze o tydzień. Na szczęście ujawniła, że to tylko żart, zanim ona zdążyła z żalu i złości, zrobić scenę. Po opuszczeniu przychodni, zamiast planowanego prysznica, musiała stawić się na zebranie w Kryształowej Sali. Okazało się bowiem, że sprawa ataku na nią, uznana została za priorytetową i Miiko przed wyjazdem zarządziła, żeby wszelkie nowe fakty w tym temacie rozpatrywać bez zwłoki. Zebranie trwało do wczesnych godzin popołudniowych i uzgodniono, że koniecznie trzeba powziąć kroki, mające na celu zwiększenie ochrony jej ducha przed zniewoleniem. Tutaj Ezarel zaproponował, żeby pomocy poszukać u Itzal'a, który ma przybyć w ciągu kilku najbliższych dni do Kwatery. Według elfa jego znajomy zaklinacz jest ekspertem w sprawach związanych z duchem i duszą. Keroshane zobowiązał się poszukać dostępnych informacji na ten temat w księgach i u zaprzyjaźnionych mędrców. Po zebraniu wysłano wiadomość do Miiko i Valkyona, a ona z nieukrywaną radością udała się w końcu pod prysznic. 

      Gdy wróciła do pokoju, zanim zdążyła się ubrać, do drzwi zapukały Karenn i Alajea, żeby upewnić się, że pogłoska o jej powrocie do zdrowia jest prawdziwa. Przyodziana jedynie w ręcznik, wysłuchała szczebiotania przyjaciółek o tym, że umierały ze strachu, tęskniły i muszą się umówić na ploteczki. Dziewczyny chciały się wprosić już wieczorem, ale grzecznie im odmówiła i ku wielkiemu ich niezadowoleniu, przemilczała przyczynę tej odmowy. Nie chciała im mówić, że to z powodu umówionego spotkania z Leiftanem, bo wiedziała, że przyjaciółki natychmiast będą snuć całe mnóstwo domysłów na ten temat.

      Przy obiedzie na stołówce poczuła się, prawie jak lokalna celebrytka. Wszyscy ją witali serdecznie, pytali o zdrowie i samopoczucie oraz powtarzali, że ma uważać i żartobliwie dodawali, żeby więcej nie odstawiała takich akcji. W czasie obiadu towarzystwa dotrzymywał jej Chrome, który nie omieszkał zażartować, że robienie szumu wokół siebie to jej ulubione zajęcie. Kiedy jednak w czasie rozmowy przyznała, że to Ashkore ją zaatakował, chłopak spoważniał i w trybie natychmiastowym ulotnił się ze stołówki. Po obiedzie niespodziankę zrobił jej Karuto, ofiarowując świeżo wypieczone ciastka. Chyba nawet jej wybaczył wybryk z eliksirem usypiającym w jedzeniu, gdy z dziewczynami ratowały Colaię.

      Niezwykle pokrzepiające wydało jej się to, że wszyscy w Kwaterze byli wobec niej tacy mili i życzliwi. W dodatku ten śliczny prezent od kociaków z gildii Purrekos. Myśląc o tym, przypomniała sobie, że Purriry wiedziała skądś o jej planach spaceru w towarzystwie Leiftana, a wręczając jej prezent, bardzo enigmatycznie się uśmiechała. Zaczęła zastanawiać się, skąd kocica o tym wiedziała? Czyżby Leiftan jej powiedział? I czemu się tak dziwnie zachowywała? Myśląc o chłopaku, wróciła do wydarzeń z nocy. Jego zachowanie było takie nienaganne, pełne czułości, empatii i zrozumienia. Znowu był tym wspaniałym przyjacielem, który zawsze chętnie jej wysłuchał, zawsze służył pomocą i zawsze przy niej był. Tym samym przyjacielem, którego pamiętała z czasów, zanim uległa opętaniu przez ducha Yeu. Przyjacielem, który... No właśnie..., opętanie przez Yeu.

      Kiedy zaczęła wspominać różne sytuacje związane z lorialetem, uświadomiła sobie, że jego zachowanie wobec niej, uległo radykalnej zmianie, właśnie po tamtych wydarzeniach. Przypomniała sobie dziwne zachowanie Leiftana, kiedy wypytywał ją o wydarzenia z czasu, gdy ona i Valkyon byli pod wpływem duchów Yeu i Tihn'a. Jego podenerwowanie, gdy oznajmił, że wie o ich pocałunku, do którego doszło, zanim oba duchy odeszły. A potem to jego dopytywanie, czy ten pocałunek miał dla niej jakieś znaczenie. I to był ten czas, gdy stał się wobec niej zdystansowany, formalny i zaczął jej unikać. Wtedy nie zwróciła na to większej uwagi, bo naprawdę sporo się działo w tamtym czasie i później też jakoś spokojniej nie było. Dzisiaj jednak to wszystko do niej w końcu dotarło. Teraz gdy mogła na spokojnie o tym pomyśleć, zastanawiała się, czy ich relacje rzeczywiście były tylko czysto przyjacielskie? Czasami będąc z nim sam na sam, miewała wrażenie, jakby coś delikatnie iskrzyło, ale zawsze myślała, że to tylko jej wyobraźnia - aż do dzisiaj. Przypomniała sobie pewien moment z ostatniej nocy, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Poczuła wtedy, jak budzi się w niej namiętność, a zaraz potem między nimi pojawiło się jakieś napięcie i chemia. Miała wówczas wrażenie, że nie jest osamotniona w swoich odczuciach. A może tylko jej się wydawało?

      - O czym tak intensywnie myślisz? - głos Leiftana wyrwał ją z zamyślenia.

      - O niczym - skłamała pospiesznie, rumieniąc się przy tym, jak psotne dziecko przyłapane na gorącym uczynku. - Korzystam ze słońca, czekając na ciebie.

      - Powiedzmy, że w to wierzę, Shai - powiedział po chwili rozbawiony. Przez moment przyglądał się jej z nieukrywanym podziwem. - Chciałbym ci powiedzieć, jak ślicznie wyglądasz, ale chwilowo brak mi słów, aby to wyrazić - powiedział w końcu z szerokim uśmiechem. - Powiem ci to później, dobrze? Jesteś gotowa na spacer?

      - Dobrze - odparła rozbawiona. - Gdzie chcesz mnie zabrać? - zapytała, wyciągając stopy z wody i wycierając niewielkim ręcznikiem, który przyniosła ze sobą.

      - Chciałbym ci pokazać pewne piękne miejsce - odparł i podał jej rękę, aby pomóc utrzymać równowagę, gdy wsuwała stopy w sandały. - Jeszcze nikt, poza członkami Lśniącej Straży nie widział tego miejsca.

      - Ojej - powiedziała zaskoczona. - Czemu zawdzięczam takie wyróżnienie?

      - Dowiesz się na miejscu - odpowiedział z enigmatycznym uśmiechem. - A teraz wybacz, ale muszę coś zrobić - dodał, wyjmując z kieszeni białą, jedwabną apaszkę. Następnie stanął za nią i delikatnie zawiązał jej oczy. - Na razie pragnę rozbudzić twoje zaciekawienie, więc zachowam trochę tajemnicy.

      - A daleko chcesz mnie zabrać? - zapytała z uśmiechem. - Bo wiesz, że jestem urodzoną niezdarą, a zawiązanie mi oczu tylko zwiększa prawdopodobieństwo, że spektakularnie zaliczę jakiś upadek.

      - Bez obaw, nie upadniesz - odpowiedział figlarnie i wziął ją na ręce. - O tym też pomyślałem.

      - Ach! - zawołała i natychmiast objęła go za szyję. - Oby to było blisko, bo się zmęczysz.

      Lorialet nic nie odpowiedział, tylko zaśmiał się pod nosem. Jej drobna osoba nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Trzymając dziewczynę na rękach, rozejrzał się, aby mieć pewność, że nikt nie będzie obserwował, dokąd idzie. Następnie poszedł za duży głaz, znajdujący się przy fontannie, a potem ledwo widoczną ścieżynką w stronę muru okalającego ogrody. Spora część owego muru była porośnięta przez gęstą, podobną do bluszczu roślinność, która swoim wyglądem nie zachęcała jednak do bliższego kontaktu. Leiftan podszedł do tej roślinności i wymamrotał pod nosem: "Aperto transiebant ad hortus illuminatum**". Prawie od razu ujawniło się przejście, pozbawione pędów i kolców, przez które chłopak przeszedł bez problemu. Po przejściu na drugą stronę roślinnego muru postawił ją z powrotem na ziemi, odwracając ją tyłem do siebie.

      - Jesteś gotowa? - zapytał.

      - Tak, jestem - odparła z entuzjazmem, a Leiftan w międzyczasie zdjął apaszkę z jej oczu.

      - O matko! - zawołała z zachwytem Shairisse. - Jak tu pięknie!

      Jej oczom ukazał się spory obszar zieleni, który od razu skojarzył jej się z rajskim ogrodem. Cały teren zamiast muru otoczony był drzewami i krzewami, poza jednym bokiem, gdzie wznosiła się ściana, przypominając wyglądem skalne zbocze. Z samej góry tego zbocza spływał błękitny, średniej wielkości wodospad, którego rozpryskujące się krople wody, tańczyły w słońcu, tworząc przepiękną tęczę. U podnóża wodospadu znajdowało się niewielkie jezioro z krystalicznie czystą wodą. Środek ogrodu porastała łąka niebieskich kwiatów, tworząc coś na kształt puchatego dywanu. Na łące znajdowało się kilka okrągłych, marmurowych stołów, otoczonych siedziskami z białymi poduchami. Na obrzeżach łąki przy krzewach rosły różne gatunki roślin, tworząc niepowtarzalne, różnokolorowe kompozycje kwiatowe. W lewej części ogrodu rosło kilka większych drzew, których korony i listowie splatały się ze sobą i tworzyły naturalną osłonę przed promieniami słońca.

      - Dlaczego to miejsce nie jest ogólnodostępne? - zapytała, odwracając się do Leiftana. - Jak możecie ukrywać to piękne miejsce przed innymi?

      - Nie ukrywamy go Shai - odparł rozbawiony. - Dopiero niedawno skończyliśmy tutaj prace. Jest tu kilka gatunków roślin, które potrzebowały dużo ciszy i spokoju, zanim się zaaklimatyzowały w nowym miejscu. Jest też kilka gatunków chowańców, które musiały w spokoju zaakceptować to środowisko, jako swój nowy dom. Mieliśmy udostępnić tę część ogrodów już jakiś czas temu, ale niestety atak Naytili narobił trochę szkód, które trzeba było naprawić.

      - Ach, teraz rozumiem.

      - Chodź za mną - powiedział, wyciągając do niej dłoń. - Przejdziemy się po ogrodzie, a później usiądziemy i poczekamy do zmierzchu, wtedy dopiero zobaczysz prawdziwe piękno tego miejsca.

      - To może tu być jeszcze piękniej? - zapytała zaskoczona, chwytając jego dłoń.

      - Sama zobaczysz - uśmiechnął się do niej czule.

      Kiedy szli przed siebie, trzymając się cały czas za ręce, poczuł niesamowite szczęście i spokój. Z zachwytem obserwował, jak Shairisse z uśmiechem i zaciekawieniem rozgląda się dookoła. Co jakiś czas zatrzymywała się i dopytywała, o niektóre gatunki roślin. Cierpliwie opowiadał jej to, co o nich wiedział, dodając przy tym kilka ciekawych historyjek i zabawnych anegdot. Z zainteresowaniem słuchała go, a w międzyczasie spoglądała prosto w jego oczy. Kilka razy poczuł, jak się rumieni, kiedy jej roziskrzone spojrzenie przenikało go na wskroś. Czas spędzany z nią sam na sam oraz świadomość tego, co chciał jej za chwilę wyznać, trochę go stresowały. Miał nadzieję, że ona jednak tego nie zauważy i starał się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Przy wodospadzie oboje zatrzymali się przy skalnej ścianie, aby poobserwować parę motyli, która w powietrzu odtwarzała swoisty taniec radości.

      - Mam dla ciebie mały prezent - odezwał się po chwili ciszy, sięgając do kieszeni płaszcza. - Chciałbym ci go dać, aby podkreślić, że jesteś niezwykle piękna i do tego wyjątkowa - mówiąc te słowa, stanął za jej plecami. Następnie delikatnie założył jej na szyję złoty łańcuszek z niewielkim wisiorkiem w kształcie serca. Serce wykonane było z przeźroczystego kryształu, w którym zatopione były trzy drobne, niebieskie kwiatki.

      - Jakie to śliczne! - wykrzyknęła radośnie, obracając w palcach wisiorek. - Z jakiej to okazji? To dlatego mnie tutaj przyprowadziłeś? Żeby mi to dać?- pytała rozentuzjazmowana, przypominając sobie, jak mówił, że na miejscu dowie się, dlaczego tutaj przyszli.

      - Szczerze mówiąc, bardzo chciałem poprawić ci samopoczucie - odpowiedział, uśmiechając się nieśmiało i wracając na miejsce. - I chciałem... pobyć trochę z tobą... sam.

      - Pobyć ze mną? Sam? - zapytała zaskoczona, czując jednocześnie, że przez to wyznanie robi jej się gorąco.

      - Tak. Ostatnio jakoś mniej rozmawiamy ze sobą i trochę mi tego brakuje... - odparł, zerkając na nią. Nie chciał już dłużej zwlekać z wyznaniem, że jest dla niego ważna, ale obawiał się jej reakcji. - Mam wrażenie, że oddaliliśmy się od siebie...

      Shairisse ze zdziwieniem spojrzała na niego, nie wiedząc, co ma myśleć. Dał jej śliczny wisiorek w kształcie serca, teraz jej mówi, że brakuje mu wspólnych rozmów, a przecież to on odsunął się od niej. To on zaczął jej unikać, to on stał się wobec niej bardziej formalny i zdystansowany. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

      - Mogę cię o coś zapytać? - odezwała się po chwili.

      - Oczywiście, pytaj, o co chcesz - odparł, zbliżając się do niej o krok.

      - Zastanawiałam się, dlaczego... - tu na chwilę się zawahała. - Jak to jest, że czasami jesteś.... - znowu przerwała, jakby w trakcie mówienia odkryła, że nie to chciała powiedzieć. - Nie wiem, jak to ująć w słowa... - powiedziała w końcu, zakłopotana swoją bezradnością w doborze słów.

      - Co chcesz wiedzieć, Shai? - zapytał łagodnie i uniósł jej głowę, łapiąc za podbródek. - Zapytaj wprost...

      - Powiedz mi, kim dla ciebie jestem? - zapytała w końcu niepewnie, wpatrując się w jego oczy. Jej spojrzenie wyrażało chęć zrozumienia, a przy tym było pełne czułości i ciepła. - Nie potrafię cię rozgryźć, Leiftanie... - nie dokończyła swojej wypowiedzi, ponieważ w tym momencie poczuła na swoich wargach gorący oddech chłopaka.

      - Jesteś kimś, o kim nie potrafię przestać myśleć - wyszeptał, a jego usta były tak blisko jej ust, że gdy mówił, jego wargi delikatnie dotykały jej warg. - Jesteś wszystkim, czego pragnę, odkąd pojawiłaś się w naszym świecie... Sprawiłaś, że ponownie zapragnąłem żyć i nadałaś mojemu życiu nowy sens... - z każdym wypowiadanym przez niego słowem, jej oddech przyspieszał. Kiedy położył obie swoje dłonie po bokach jej twarzy, a następnie delikatnie nimi zjechał po jej szyi, jęknęła tylko cicho z rozkoszy, czując, że traci kontrolę nad sobą. Jej reakcja była tak jednoznaczna, że Leiftan nie wytrzymał i pocałował ją zachłannie. Pod naporem jego ciała cofnęła się o krok, a czując na plecach chłód skalnej ściany, wyprężyła się i przywarła do niego.

      Nie pierwszy raz się z kimś całowała, ale po raz pierwszy czyjś pocałunek wywołał tak gwałtowne i nieoczekiwane reakcje jej organizmu. Sama jego bliskość spowodowała u niej przyspieszenie oddechu. Jego szept i ciepły oddech na jej wargach sprawił, że jej nogi stały się miękkie, jak z waty. Delikatność i miękkość jego ust, doprowadziły do drżenia całe jej ciało. Gdy zaś jego język delikatnie zaczął pieścić jej wargi, ponownie jęknęła, rozchylając swoje usta. W brzuchu poczuła całe mnóstwo motyli, gdy jego język splótł się z jej w miłosnej pieszczocie. Całe jej ciało i wszystkie myśli skupiły się tylko i wyłącznie na przyjemności jego dotyku. Bez namysłu położyła jedną dłoń na jego karku, a drugą objęła go za plecami, aby mocniej przytulić się do niego. Gdy jego dłonie zaczęły błądzić po jej plecach, czuła jak coraz bardziej rozpala się w niej uczucie pożądania. Jej skóra płonęła w każdym miejscu, w którym tylko on jej dotknął. Czuła, że jego oddech również był mocno przyspieszony, a przesuwając dłonią po jego plecach, czuła jak przy każdym jej dotyku, naprężają się jego mięśnie. Palcami drugiej dłoni wtopiła się w jego włosy tuż nad karkiem i delikatnie bawiła się nimi, a paznokciami od czasu do czasu łagodnie drażniła jego skórę. Kilka razy wyczuła, że od tej pieszczoty zadrżał na całym ciele. Świadomość jego reakcji, dodatkowo ją pobudzała i sprawiała, że pierwszy raz w swoim życiu poczuła, jak ekscytujące mrowienie rozchodzi się po całym jej ciele. Było to dla niej tak nadzwyczajne doznanie, że gdy jedna z dłoni Leiftana łagodnie, acz zdecydowanie zawędrowała na jej biodro, bezwiednie uniosła nogę i oparła ją na biodrze chłopaka. Jego dłoń natychmiast powędrowała wzdłuż jej uda, podciągając je jeszcze wyżej, a następnie powoli wróciła na poprzednie miejsce, by na koniec dość zachłannie zacisnąć się na jej pośladku.

      - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, od jak dawna marzyłem, żeby zasmakować twoich ust... - wyszeptał nagle chłopak, odrywając się na chwilę od jej warg. Jego oddech był płytki i przyspieszony, a głos łagodnie chrapliwy i wyraźnie wskazywał, że jego pożądanie również jest na granicy wytrzymałości.

      - Tak? - zapytała figlarnie szeptem. Jednocześnie dłonią, którą trzymała dotychczas na jego plecach, delikatnie objęła jego twarz, a kciukiem łagodnie zaczęła pieścić jego usta. - Jak długo o tym marzyłeś? - dodała zalotnie tuż przy jego uchu.

      - Lepiej, żebym ci nie mówił - odparł, całując pieszczotliwie jej palec. - Nie chcę cię wystraszyć - dopowiedział z uśmiechem. Następnie obiema rękoma złapał za tyłek dziewczyny i zdecydowanym ruchem podniósł ją, a ona owinęła swoje nogi wokół jego pasa. Trzymając ją blisko swojego ciała, przeszedł do najbliższego siedziska, żeby na nim usiąść, przy okazji sadzając ją sobie na kolanach.

      - No dobrze, to mi nie mów - odparła rozbawiona, kładąc obie ręce na jego ramiona, a palce wsuwając w jego włosy z tyłu głowy.

      Leiftan w odpowiedzi zamruczał tylko i z niesamowitą wręcz finezją i ulotnością zaczął całować ją po szyi. Z jej ust wyrwało się rozkoszne jęknięcie, gdy poczuła jego ciepły oddech i język na skórze w okolicach ucha. Jego pocałunki były teraz bardzo delikatne, wręcz wysublimowane, za to jego dłonie coraz śmielej i odważniej wędrowały po jej ciele, odkrywając kolejne miejsca wrażliwe na ich dotyk. Poddając się wzajemnym pieszczotom i rozkoszując się, wywołanymi przez to coraz przyjemniejszymi doznaniami, kompletnie przestali zwracać uwagę na otaczający ich świat. W pewnym momencie Shairisse poczuła, jak dłonie chłopaka zaczęły wsuwać się pod materiał jej sukienki. Zdała sobie sprawę, że jeśli teraz tego nie zatrzyma, to za chwilę już na pewno nie będzie miała ani siły, ani nawet ochoty tego przerywać.

      - Zatrzymaj się Leiftanie... - wyszeptała, odrywając się od jego ust. Pomimo odczuwanego pożądania, nie czuła się w tej chwili jeszcze gotowa, żeby posunąć się dalej.

      - Jak sobie życzysz, słońce - odpowiedział cicho i od razu cofnął swoje dłonie. Ciężko oddychając, spojrzał jej w oczy i czule objął obiema dłońmi jej twarz. Nie miał pojęcia co, ale coś w jej zachowaniu mówiło mu, że dziewczyna ma pewne obawy i powinien wspierać jej decyzję. Wyczuwał jej pożądanie i widział pragnienie wypisane w jej oczach, a im dłużej przyglądał się jej, tym większej nabierał pewności, że wyznaczona właśnie przez nią granica, jest tak naprawdę punktem, którego nigdy jeszcze nie przekroczyła. - Wiesz, że jesteś cudowna...? - dodał szeptem.

      Na jego pytanie nie była w stanie odpowiedzieć, gdyż ledwo łapała oddech i obawiała się, że jeśli teraz otworzy usta, to wydobędzie się z nich tylko jakiś nieartykułowany dźwięk. Czule odgarnęła czarne włosy z jego oczu i przez chwilę błądziła wzrokiem po jego twarzy. W międzyczasie położyła dłonie po obu stronach jego szyi i delikatnie kciukami zaczęła gładzić okolice jego uszu, jak i same uszy. Gdy w końcu zatrzymała wzrok na jego oczach, uśmiechnęła się nieznacznie, a zaraz potem pochyliła się, aby najczulej jak tylko potrafiła, ucałować jego usta. Następnie oparła się czołem o jego czoło i spoglądała mu w oczy, jednocześnie starając się uspokoić swoje ciało i rozgorączkowane myśli. W tym czasie Leiftan delikatnie głaskał jej policzki kciukami, nie odrywając spojrzenia od jej liliowych, błyszczących oczu.

      - Przepraszam - powiedziała cicho, gdy jej oddech się w miarę uspokoił, a wstając z jego kolan, dodała z lekkim zakłopotaniem - ja... jeszcze nigdy nie...

      - Nie przepraszaj - szybko jej przerwał i złapał ją za ręce, domyślając się, co chciała powiedzieć. - Nie masz za co przepraszać. Dzięki tobie jestem szczęśliwy, jak nigdy dotąd - dodał i przyciągnął ją do siebie, ponownie sadzając sobie na kolanach, ale tym razem bokiem. Następnie objął ją w talii dla pewności, że mu nie ucieknie.

      - Nie jesteś na mnie zły? - zapytała niepewnie, patrząc na swoje dłonie.

      - Zły na ciebie? - zapytał zdziwiony. - Nigdy nie byłem na ciebie zły.

      - Na pewno? - spytała i tym razem spojrzała na niego.

      - Oczywiście - odparł pewnie. - Czy kiedykolwiek odniosłaś takie wrażenie? - zapytał, nie zdając sobie sprawy, że tym pytaniem wywoła burzę w szklance wody.

      - Pamiętasz moją przygodę z Yeu? - zapytała, ponownie przenosząc wzrok na swoje dłonie. - Po całym tym zdarzeniu miałam wrażenie, jakbyś był na mnie o coś zły - dodała smutno. Wiedziała, że to nie jest najlepszy czas na taką rozmowę, ale już od dawna chciała wiedzieć, dlaczego lorialet zachowuje się wobec niej w tak niezrozumiały sposób.

      - Pamiętam - odpowiedział, a ton jego głosu zdradzał, że niechętnie to wspomina. Naprawdę nie chciał pamiętać tamtych wydarzeń, ponieważ sama myśl, że Valkyon ją pocałował, wzbudzała w nim uczucie zazdrości i niepokoju. Nie pomagała świadomość, że wydarzyło się to tylko i wyłącznie z powodu opętania tych dwojga przez duchy Yeu i Tihn'a, gdyż od pewnego już czasu widział, że Valkyon przejawia zainteresowanie dziewczyną. - Nie byłem wówczas zły na ciebie...

      - Ale tak się zachowywałeś - przerwała mu. - Zacząłeś mnie unikać, a jak już przyszło nam o czymś rozmawiać, to tylko formalnie i tylko na temat zleconej misji...

      - To nie tak Shai... - przerwał jej, widząc, do czego zmierza.

      - A niby jak Leiftanie? - zapytała, spoglądając na niego wyczekująco. - Nie wiem, jak rozumieć twoje zachowanie. Z najlepszego przyjaciela, niemalże z dnia na dzień stałeś się zdystansowany i oschły. Unikałeś mnie, a mimo to zawsze ratowałeś, ostatnio ryzykując swoje zdrowie, a nie jestem pewna, czy nawet nie życie... A dzisiaj znowu inaczej się wobec mnie zachowujesz. Dlaczego?

       - Bo nie jesteś mi obojętna Shai... - odpowiedział cicho, jakby obawiał się, że zbyt głośne wypowiedzenie tych słów ją spłoszy. Następnie spojrzał jej w oczy, a widząc w nich zaskoczenie, postanowił mówić dalej: - Pamiętasz nasz spacer po plaży, zanim Naytili zaatakowała Kwaterę? - zapytał i przeniósł wzrok na jej dłonie. - Tamtego wieczoru chciałem porozmawiać z tobą o tym, że stałaś się dla mnie kimś bardzo ważnym, ale przez tę wiedźmę nie zdążyłem ci tego powiedzieć. Przyznaję, że później trochę mnie zbiły z tropu wydarzenia związane z Yeu i... nie byłem pewien, jak potoczy się sprawa między tobą i Valkyonem... - w tym momencie ponownie spojrzał na nią, ale ona tylko westchnęła głęboko.

      - Czy ty byłeś zazdrosny o Valkyona? - zapytała, nie podnosząc głowy. - To dlatego pytałeś, czy ten pocałunek coś dla mnie znaczył? Dlatego odsunąłeś się wtedy ode mnie?

      - Nie... to nie całkiem tak - odpowiedział, ale nie brzmiało to zbyt przekonująco. Rzeczywiście był zły na całą tę sytuację z opętaniem i wzrostem zainteresowania jej osobą ze strony wojownika. Jednak w tamtym czasie działo się naprawdę sporo. Wówczas przecież wyszło na jaw, że Kryształ został skorumpowany i to zatrucie nie tylko niszczyło Kryształ i osłabiało Wyrocznię, ale również ją pozbawiało zdrowia i sił życiowych. Wtedy właśnie ujawniła się jej dziwna więź z Kryształem. Wtedy też zrozumiał, że wszystkie plany jego wspólnika Lance'a, aby rozbić Wielki Kryształ i unicestwić Wyrocznię, są jednocześnie wyrokiem śmierci na jego ukochaną. Wiedział, że Lance nie zechce zmienić swoich planów, a to oznaczało, że szykują się problemy. Tego jednak nie mógł jej powiedzieć, więc zaczął trochę improwizować. - Pamiętasz, że w tamtym czasie pojawiły się problemy z Kryształem i twoim zdrowiem? Nigdy wcześniej nikt nie był dla mnie tak ważny, jak ty... Dlatego tym bardziej byłem przerażony, bo zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie uda się wyleczyć Kryształu, to wtedy mogę cię stracić. W Świątyni, gdy zobaczyłem, jak osuwasz się na ziemię po ataku Naytili, to wpadłem w jakiś szał i ją zabiłem. Kiedy zrozumiałem, co się wydarzyło i co zrobiłem, nie wiedziałem jak się zachować. Nie potrafiłem poradzić sobie z tymi wszystkimi emocjami... - mówiąc to, nieśmiało spoglądał na nią.

      Shairisse patrzyła na niego wielkimi ze zdziwienia oczyma, w których szkliły się łzy wzruszenia. W tym momencie poczuł, że ona staje się jeszcze bliższa jego sercu. 

      - Nie wiedziałem, czy będziesz chciała po tym wszystkim, mieć takiego przyjaciela, jak ja... - kontynuował. - Te moje obawy i rozterki nigdy jednak nie miały znaczenia, jeśli chodziło o ratowanie ciebie. Zawsze będę cię ratować... - tu na chwilę zamilkł. - Od ataku w Świątyni, cały czas coś się działo, cały czas było coś do zrobienia, albo misja do wykonania i nie umiałem się zebrać, żeby z tobą porozmawiać... Tym razem zrozumiałem jednak, że nie mogę dłużej tego odwlekać. Zrozumiałem, że jeśli nie powiem ci całej prawdy, to mogę stracić cię na zawsze... - ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, gdyż głos uwiązł mu w gardle.

      Widząc, w jaki sposób dziewczyna patrzy na niego, zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie tyle zwlekał z wyjawieniem jej swoich uczuć. Jej spojrzenie przepełnione było czułością i miłością, a po policzkach spływały jej maleńkie łzy. Czuł, że ta rozmowa i dalsze ewentualne wyznania, mogą za chwilę spowodować rozklejenie się dziewczyny, a tego raczej nie chciał. Wiedział już, że Shai ma swoisty dar wzbudzania w nim emocji, nad którymi nie potrafił panować. Oznaczało to wtedy, że on również pewnie się wzruszy i będą mieli łzawy wieczór. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, aby wytrzeć mokre ślady z jej policzków i wtedy uświadomił sobie, że dookoła nich panuje już zmierzch. Przez cały czas oboje byli tak pochłonięci sobą, że nie zwracali uwagi na otaczającą ich przyrodę. Poczuł, że to dobry moment na "zmianę klimatu", więc delikatnie wytarł słone kropelki z twarzy Shairisse i czule uśmiechając się, szepnął:

      - Rozejrzyj się dookoła, myosotis illuminata właśnie ujawniła swoje piękno...

      Gdy dziewczyna obejrzała się za siebie, zaniemówiła z wrażenia. Powoli zeszła z jego kolan i z zachwytem patrzyła na ogród, który w tym momencie był jednym, wielkim spektaklem iluminacji. Niebieskie kwiaty, które rosły na środku ogrodu, tworząc łąkę, okazały się odmianą jakiejś magicznej, świecącej roślinności. Nad tym rozświetlonym niebieskim dywanem, unosiło się całe mnóstwo złotych, świetlnych punkcików. Domyślała się, że to musiały być jakieś nocne owady z rodzaju świetlików.

      - Jednak może tu być piękniej - powiedziała po chwili rozmarzonym głosem. - Co to jest ta myosotis? - zapytała i delikatnie zadrżała z zimna.

      - Świecąca niezapominajka - odpowiedział lorialet, wstając i okrywając ją swoim płaszczem. - Niepozorny niebieski kwiatek, który żyje w symbiozie z pewnymi grzybami i dlatego jej płatki potrafią świecić w ciemności. Takie same niezapominajki masz zatopione w tym kryształowym wisiorku.

      - Rzeczywiście - powiedziała, przyglądając się swojemu wisiorkowi. - Czemu akurat te kwiatki? Czy mają one jakieś znaczenie?

      - Tak, mają - odparł, stając tuż za nią i otulając ją ramionami. - Niezapominajka jest kwiatem, który ma pomagać zapominalskim w zapamiętywaniu ważnych spraw. Jest też symbolem zakochanych, których czeka tymczasowe rozstanie, aby przypominać, że ktoś czeka i tęskni... - ostatnie zdanie wyszeptał jej do ucha.

      Shairisse odwróciła się do niego i delikatnie pocałowała. W międzyczasie wzmogły się wieczorne powiewy wiatru, przypominając im, że jest już dość chłodno i późno. Oboje jeszcze przez krótką chwilę rozkoszowali się widokiem roztańczonych świetlików, aż w końcu doszli do wniosku, że czas wracać do Kwatery. Trzymając się za ręce, powoli skierowali się w stronę wyjścia. Przed bluszczową ścianą Leiftan znowu wymamrotał pod nosem niezrozumiałe dla niej słowa i rośliny rozsunęły się, ukazując przejście.

      - Mam zamknąć oczy? - zapytała z figlarnym uśmiechem Shai.

      - Nie ma już takiej potrzeby - odparł, przepuszczając ją przodem.

      Po drugiej stronie przejścia nagle pojawiła się Amaya, jakby wyrosła spod ziemi i zaczęła się dziwnie zachowywać. Podskakiwała i prychała, ewidentnie chcąc skupić uwagę swojego pana na sobie. Lorialet od razu zaśmiał się, że to zapewne jej taniec zazdrości, na co Shairisse odparła, że to jej raczej wygląda na "taniec świrniętego pawiana". Oboje zaczęli się śmiać, ale kiedy chcieli zignorować tę puchatą zazdrośnicę i iść dalej swoją drogą, okazało się, że chowaniec potrafi być naprawdę namolny, kręcąc się pod ich nogami i nie dając się ominąć. Widząc, że rogata panda nie zamierza odpuścić, dziewczyna zaproponowała, że sama wróci do Kwatery. Zdegustowany zachowaniem swojego chowańca, lorialet przeprosił za całe to przedstawienie i obiecał, że wynagrodzi jej ten nieprzyjemny koniec wspólnie spędzanego czasu. Shai chciała oddać mu płaszcz, ale odmówił przyjęcia go, tłumacząc, że jest chłodno i powinna go zatrzymać, a on odbierze go później. Kiedy pochylił się, aby pocałować ją, zanim odejdzie, Amaya znowu zaczęła jeżyć się i prychać, dodatkowo drapiąc go po nogach. Zachowaniem tym spowodowała wzrost jego podenerwowania, przez co jego buziak był szybki i raczej mało czuły. Trochę rozczarowana zakończeniem spotkania, dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie na odchodne i powędrowała w stronę Kwatery.

      Do pokoju szła szybkim krokiem, ponieważ nie chciała na nikogo wpaść. Szczególnie nie miała ochoty spotkać teraz Karenn lub Allie, bo wtedy mogłoby to skończyć się całonocnymi rozmowami, a nie za bardzo miała ochotę na "babskie" pogaduchy. Poza tym zaczęła powoli odczuwać zmęczenie i chciała, jak najszybciej położyć się w swoim łóżku. Po wejściu do pokoju, odwiesiła płaszcz Leiftana na krzesło i udała się do łaźni, aby umyć się przed snem. Natknęła się tam na Nevrę, który na jej widok najpierw zagwizdał z zachwytu, a potem figlarnie zapytał, czy to dla niego się tak wystroiła. Nie czekał jednak na odpowiedź, tylko radośnie złapał ją w ramiona i okręcił się z nią dookoła swojej osi, powtarzając, że jej widok niezmiernie go cieszy i szczęśliwy jest, że nic się jej nie stało. Potem odstawił ją na podłogę i przez chwilę rozmawiali o wszystkim i o niczym. Na koniec potarmosił jej czuprynę i ucałował w czoło niczym starszy brat. Odchodząc, poprosił całkiem poważnym tonem, aby nigdy więcej ich tak nie straszyła. Kiedy wyszedł, Shai uśmiechnęła się sama do siebie, przyznając do tego przed sobą, że wampir zawsze wiedział, jak poprawić jej humor. Szybko umyła się i niemalże biegiem wróciła do swojego pokoju.

      Po wejściu i zamknięciu drzwi, podeszła do komody, aby przebrać się w bawełnianą koszulkę nocną. Następnie rozpuściła i rozczesała włosy, przygasiła światło w pokoju, zostawiając tylko łagodnie świecący kinkiet nad łóżkiem. Na nocnej szafce postawiła małą fiolkę z eliksirem od Ewelein, który elfka przygotowała i ofiarowała dla niej na wypadek problemów ze snem. Następnie położyła się na łóżku i nakryła miękkim kocem, mając nadzieję na spokojną noc, bez sennych koszmarów. Niestety, pomimo zmęczenia nie mogła zasnąć, a jej myśli nieustannie krążyły wokół popołudniowego spaceru z lorialetem. Zaczęła zastanawiać się, czy to wszystko, co mówił chłopak, było naprawdę szczerym wyznaniem? A może było tylko zagraniem na jej emocjach i uczuciach, aby ukryć swoje prawdziwe zamiary? Już raz na Ziemi przeżyła podobną sytuację. Już słyszała czułe wyznania, które, jak się okazało, wypowiedziane były tylko i wyłącznie w jednym celu. Wtedy na szczęście odkryła prawdziwe zamiary swojego chłopaka, zanim doszło do sytuacji, której by później żałowała. Jednak teraz... Na samo wspomnienie pocałunku poczuła motyle w brzuchu i przyjemne ciepło na ustach. Czy ten pocałunek był tylko reakcją chwili? Czy może oznaczał coś więcej? Czy ta dzisiejsza rozmowa oznaczała zmianę relacji między nią i Leiftanem? Prawdę powiedziawszy, przez Amayę nie mieli okazji wyjaśnić sobie wszystkiego do końca. Bardzo tego żałowała, gdyż w tej chwili zaczęła odczuwać swoistą tęsknotę za nim, za jego głosem i jego dotykiem...

      Nie miała pewności, jak długo leżała tak rozmyślając, gdy nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi. Zaskoczona zamarła na łóżku, jakby obawiała się, że najmniejszy jej ruch spowoduje wtargnięcie intruza. Kiedy jednak zobaczyła, jak Athira podchodzi do drzwi i po chwili węszenia, wesoło merda ogonem, zrozumiała, że to musi być ktoś zaprzyjaźniony. Wstała i podeszła do drzwi.

      - Kto tam? - zapytała niepewnie.

      - To ja, Leiftan - usłyszała cichą odpowiedź.

      Po ostatnich wydarzeniach obawiała się, że to może być jakiś podstęp, więc tylko uchyliła lekko drzwi, pozostając jednak w gotowości do ewentualnego, nagłego ich zatrzaśnięcia. Kiedy upewniła się, że to jednak faktycznie lorialet, uchyliła je bardziej i opierając się o nie głową, spoglądała na niego zaciekawiona.

      - Mam nadzieję, że nie obudziłem cię? - zapytał, patrząc na nią przepraszająco.

      - Nie, nie mogłam zasnąć - odparła cicho.

      - Ja też nie - oznajmił, rumieniąc się delikatnie. - Mogę wejść? Lepiej chyba, żeby nie widziano mnie na progu twojego pokoju o tej godzinie - dodał, rozglądając się wymownie w lewo i prawo po korytarzu.

      - Boisz się o swoją reputację? - zapytała z uśmiechem i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając chłopaka do środka.

      - Raczej o twoją - odpowiedział z uśmiechem, wchodząc i stając przy komodzie.

      - Tak sobie to tłumacz - odparła figlarnie, zamykając drzwi. - Przyszedłeś zapewne po swój płaszcz - dodała, poważniejąc i idąc w stronę krzesła, na którym powiesiła jego własność.

      - Nie po to przyszedłem - odpowiedział pospiesznie, łapiąc ją za rękę, gdy przechodziła obok niego.

      Zaskoczona zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na niego zdziwionymi oczyma. Stał i spoglądał na nią z góry na dół i z powrotem i pomimo panującego półmroku, wyraźnie widziała psotne iskierki w jego oczach. Wtedy uświadomiła sobie, że stała przed nim w kusej, różowej koszulce ze sznurowanym dekoltem, którego akurat dzisiaj nie pomyślała, żeby zasznurować do końca. W tym momencie delikatnie zarumieniła się na twarzy, zmieszana trochę jego figlarnym spojrzeniem. Widząc jej reakcję, bardzo powoli przyciągał ją do siebie, patrząc przenikliwie prosto w jej oczy. Czuła, jak z każdym centymetrem zmniejszającej się między nimi odległości, przyspiesza bicie jej serca i oddech. Gdy przyciągnął ją już do siebie tak, że bardziej się nie dało, podniósł trzymaną dłoń do ust i ucałował ją bardzo delikatnie, a drugą ręką objął ją w talii i przytulił ją jeszcze mocniej. Odruchowo swoją wolną dłoń położyła na jego torsie i od razu wyczuła, że on również ma przyspieszony oddech, a jego serce bije prawie tak samo szybko, jak jej własne.

      - Jeśli nie po swój płaszcz, to po co przyszedłeś? - zapytała szeptem, czując, jak coraz bardziej robi jej się gorąco, mimo otwartego okna i wyczuwalnych lekkich podmuchów wieczornego wiatru. Leiftan puścił jej dłoń, a ona wpatrzona w jego zielone, błyszczące oczy zatrzymała ją w pobliżu jego twarzy, delikatnie muskając jego podbródek kciukiem.

      - Przyszedłem, ponieważ obiecałem powiedzieć ci, jak pięknie wyglądasz i nie zdążyłem tego zrobić - odpowiedział szeptem. - Wyglądałaś przepięknie w tamtej sukience. Teraz wyglądasz równie cudownie, a może nawet jeszcze piękniej - mówiąc to, wolną ręką wsunął kosmyk jej włosów za ucho. - Poza tym chciałem ci powiedzieć dzisiaj coś bardzo ważnego...

      - Co takiego? - przerwała mu drżącym głosem.

      - Zapytałaś mnie dzisiaj, kim dla mnie jesteś... - zaczął niepewnie.

      - Powiedziałeś, że kimś o kim wciąż myślisz - weszła mu w słowo. - Wszystkim, czego pragniesz i, że nadałam nowy sens twojemu życiu... - dokończyła powtarzać jego ówczesną wypowiedź.

      - Ale nie powiedziałem ci wtedy najważniejszego - szepnął, łagodnie obejmując jej policzek. - Nie powiedziałem wtedy, że... - w tym momencie się zawahał, jakby obawiając się, czy to, co chce wyznać, nie spłoszy jej przypadkiem.

      - Że...? - zapytała ledwo słyszalnie.

      - Kocham cię... - powiedział prawie bezgłośnie. - Od pierwszego spotkania w Kryształowej Sali, od pierwszego spojrzenia w twoje oczy, wiedziałem...

      Shairisse nie pozwoliła mu dokończyć wypowiedzi, tylko przylgnęła do niego całym ciałem i bardzo namiętnie go pocałowała. Nie rozumiała dlaczego, ale dokładnie w tamtym momencie poczuła, że nie liczyło się nic, poza tą zmysłowością, pragnieniem i pożądaniem, które właśnie wypełniło każdą komórkę jej ciała...

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

*magnifique - wspaniale, cudownie

** Aperto transiebant ad hortus illuminatum - otwórz przejście do świetlistego ogrodu

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.