FANDOM


Witam :)

Kolejny rozdział powstał, więc wklejam. 

Pozdrawiam Cię Mevala i dziękuję - za wsparcie i podtrzymywanie na duchu ( bywało ciężko xD ).



Budzące się pragnienie

        Ewelein odebrała swoją tacę z kolacją od Karuto i rozejrzała się po stołówce. Poszukiwała jakiegoś wolnego miejsca, najlepiej przy pustym stoliku. Nie za bardzo miała ochotę na towarzystwo i konwersację, gdyż wydarzenia ostatnich dni pozbawiły ją energii i jakichkolwiek chęci. Okazało się, że jedyny wolny stolik to akurat ten, przy którym nie lubiła siadać, gdyż znajdował się niedaleko drzwi. Zawsze kręciło się tam wiele różnych osób i to nie tylko tych przychodzących coś zjeść, ale również tych, którzy kogoś szukali. Wtedy przeważnie zaczepiali siedzących przy tym właśnie stoliku, aby uzyskać informacje, czy ów poszukiwany był przez nich widziany. Po chwili namysłu zdecydowała się jednak tam usiąść, licząc po cichu, że może uda jej się w spokoju zjeść kolację. Po niej chciała na szybkiego pójść do przychodni i pacjentów, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku i o niczym nie zapomniała. Jedyną rzeczą, o której jeszcze marzyła po tych wyczerpujących wydarzeniach, był gorący prysznic na koniec dnia, by później położyć się w ciepłym i wygodnym łóżku na zasłużony sen. Miała szczerą nadzieję, że ta dzisiejsza noc minie bez żadnych nagłych alarmów i Velandel poradzi sobie w przychodni sam. Pogrążona w swoich rozmyślaniach nie zauważyła nawet, że do stolika podeszli szefowie straży Cienia i Absyntu.
        - Można się dosiąść? - zapytał wampir, zerkając na zamyśloną elfkę. Ona jednak nie zareagowała, tylko nadal dłubała widelcem w czymś, co przypominało sałatkę z małymi pomidorkami.
        - Ewe chyba buja w obłokach - skwitował jej zamyślenie elf i bez czekania na odpowiedź, położył swoją tacę z kanapkami. - Zapewne rozmyśla o pewnym wspaniałym, inteligentnym i przystojnym mistrzu alchemii, który dzisiaj przywołał zagubioną duszę z zaświatów - kontynuował swoją wypowiedź, siadając na krześle.
        - Mamy kogoś takiego w Kwaterze? - zapytał Nevra, unosząc brew i udając zdziwionego. - Musisz koniecznie mi go przedstawić - dodał z szelmowskim uśmiechem, odstawiając tacę na stół i łapiąc za krzesło. Dźwięk odsuwanego siedzenia przywołał pielęgniarkę z powrotem na ziemię. Zaskoczona spojrzała na chłopaków, którzy w międzyczasie sadowili się przy stole.
        - Mam rację? - niezrażony dowcipem kolegi Ezarel, spojrzał przelotnie na kobietę. Następnie wziął jedną ze swoich miodowych kanapek i mrużąc oczy z zachwytu, zaczął ją zajadać, rozkoszując się słodkim smakiem.
        - Że co proszę? - zapytała Ewelein i obdarowała przybyłych znudzonym i niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
        - Taki jeden alchemik z rozbuchanym ego pytał, o czym tak intensywnie rozmyślasz śliczna - odparł rozbawiony tym widokiem Nevra.
        - Sam jesteś rozbuchany - mruknął z udawanym niezadowoleniem elf. - Nie słuchaj tego krwiopijcy, Ewelein. Powiedz lepiej, jak się mają nasze zagubione duszyczki? Oboje już wrócili do świata żywych? - kontynuował, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Wampir zamierzał coś odpyskować, ale ostatecznie odpuścił, gdyż sam był niezmiernie ciekaw, czy problemy ziemianki i lorialeta już się skończyły. Wszyscy w Kwaterze wiedzieli o ataku na wybrankę Wyroczni i o problemach Leiftana w czasie jej ratowania. Nikt jednak, poza Lśniącą Strażą nie wiedział, w jaki sposób ten ratunek się odbywał. Nie chciano niepokoić mieszkańców informacją, że właśnie użyto pradawnej magii, którą wszyscy uważali za wygasłą i zapomnianą. Dodatkowo zaklęcie pochodziło przecież od daemonów, których każdy bał się i nienawidził w tej magicznej krainie i każdy wierzył w to, że dawno wyginęły.
        - Tak, wrócili do żywych i chyba nie będzie więcej żadnych komplikacji - odpowiedziała kobieta, nieznacznie się przy tym uśmiechając. Zawsze ją bawiły słowne przepychanki szefów Straży, które w sumie nie były niczym innym, jak nietypowym okazywaniem sobie przyjaźni. - Co prawda oboje mają problemy z pamięcią, ale myślę, że za jakiś czas to minie.
        - Oby tak - powiedział wampir, wzdychając i nabierając na łyżkę porcję czegoś, co wyglądało jak gulasz. - Niezłego strachu nam napędzili, szczególnie Shai...
        - Odpuść ją sobie - mruknął Ezarel z przekąsem w jego stronę. - Nie dla wampirzego lowelasa kieł... znaczy ziemianka.
        - Wiesz, że sobie grabisz bucu jeden? - odparł mu na to Nevra ze złośliwym uśmieszkiem i odłożył łyżkę, żeby móc chwycić przyjaciela za szyję i potarmosić mu czuprynę. Wiedział, że jego kompan bardzo tego nie lubi.
        - Nie dotykaj mnie! - warknął szef Absyntu, wyrywając się z uścisku i poprawiając włosy.
        - Uspokójcie się chłopaki - przerwała im Ewelein. - Powiedzcie lepiej, czemu Valkyona z wami nie ma?
        - Mówiłem ci przecież, że na jakąś misję pojechał - odparł elf i spojrzał na kobietę, marszcząc brwi. - Nie pamiętasz już?
        - Pamiętam Ezarelu - odpowiedziała mu trochę oschle elfka. - Zastanawia mnie jednak, co to za misja, że rano nikt nic o niej nie wiedział, a po południu Valkyona już nie było w Kwaterze. Nie wspomnę nawet, że nie znalazł czasu, by osobiście poinformować Shai o wyjeździe, tylko poprosił ciebie o przekazanie tej wiadomości. Dlatego ponawiam moje pytanie, czy wiecie coś więcej na temat tego nagłego wyjazdu Valkyona?
        - I to jest bardzo dobre pytanie - stwierdził czarnowłosy. - Valkyon niedawno mówił, że nie chce żadnej misji do czasu, aż Shai całkowicie nie wyzdrowieje. A nagle dzisiaj, w tajemnicy przed wszystkimi, poprosił Keroshane o zorganizowanie pilnego wyjazdu w okolice Balenvii. Podobno powiedział, że gildia Purrekos wyznaczyła nagrodę za unicestwienie cocatrix'a.
        - Przecież ich od bardzo dawna nie widziano - wtrącił Ezarel. - A już na pewno nie w okolicach Balenvii.
        - To właśnie wzbudziło podejrzenia Miiko - kontynuował Nevra. - Poszła więc wyjaśniać sprawę z Valkyonem. Podobno sprzeczali się o coś na schodach i nie mogli dojść do porozumienia.
        - Sprzeczali się? Miiko i Valkyon? - zdziwiła się Ewe. - Skąd to wiesz?
        - Zgadnij - powiedział Nevra, robiąc przy tym sugestywną minę, dającą od razu do zrozumienia, że źródłem informacji była jego wścibska siostra Karenn.
        - Zobaczysz, siostrunia kiedyś w końcu wpakuje was w problemy - skwitował to elf, kręcąc przy tym głową, aby wyrazić swoją dezaprobatę dla poczynań młodej wampirzycy. - Dowiedziała się, chociaż, o co się sprzeczali? - zapytał po chwili.
        - Nie, ale teraz zaczyna się najciekawsze - wampir zerknął na przyjaciela, a później na pielęgniarkę. - Wszyscy wiemy, że rozmowy dyplomatyczne w Balenvii zostały odroczone o kilka dni, z powodu problemów zdrowotnych Leiftana. Podobno pozostali uczestnicy szczytu domagali się jego obecności w trakcie negocjacji i dlatego czekają na jego powrót do zdrowia. Dama Huang Hua i Ykhar wyjechały z samego rana, żeby już na miejscu zacząć przygotowania...
        - Ale, co z tym wspólnego ma Valkyon? - przerwała jego wypowiedź Ewelein.
        - No właśnie do tego zmierzam - Nevra uśmiechnął się zawadiacko, obnażając przy tym kły. - W grafiku pojawił się wpis, że dostał misję w Balenvii, jako jeden z przedstawicieli Straży Eel w trakcie rozmów dyplomatycznych. I tu kilka drobiazgów mnie zastanawia - chłopak pochylił się do przodu i przybrał konspiracyjny ton głosu. - Od kiedy to Valkyon stał się dyplomatą? Skoro szczyt jest za kilka dni i on ma brać w nim udział, to dlaczego wyjechał już dzisiaj? Jeśli miał pomagać w przygotowaniach, to dlaczego nie ruszył wcześniej z damą Huang i Ykhar? Zaoszczędziłoby to przecież niepotrzebnych wydatków i zasobów. Jeżeli nie był potrzebny do przygotowań, to ponawiam pytanie, dlaczego wyjechał już dzisiaj? Dlaczego wcześniej powiedział Kero, że chodzi o misję dla Purrekos? I żeby już całkiem było enigmatycznie, wyobraźcie sobie, że... - tu chłopak zrobił wymowną pauzę - Miiko wyjechała razem z nim, a co najlepsze, że nie wpisała się w grafik misji. Ja wam mówię, tu nie chodzi o szczyt w Balenvii, tu się kroi jakaś grubsza sprawa.
        - Rzeczywiście, to trochę dziwne... - elfka zamyśliła się na chwilę, patrząc gdzieś w przestrzeń za swoimi rozmówcami. - Miiko rano nic nie wspominała o wyjeździe, umawiałyśmy się nawet, że będzie odpoczywać... No nic. Dowiemy się, jak wrócą - dodała, nabijając ostatnią czerwoną kulkę na widelec i zjadając ją. Następnie wstała od stołu, zabierając swoją tacę. - Idę sprawdzić, jak tam moi podopieczni, a potem spać. Dobranoc panowie.
        - Tak sama? - zapytał zadziornie wampir, ale Ewelein zignorowała jego zaczepkę. Podeszła do kontuaru i odłożyła tacę, życząc Karuto dobrej nocy. Gdy wychodziła, szefowie również życzyli jej dobrej nocy i zaczęli żywo o czymś dyskutować. Ona już jednak nie usłyszała o czym, ponieważ szybkim krokiem opuściła stołówkę.
        Wchodząc do przychodni, poprosiła Velandela o asystę w wieczornym obchodzie i od razu skierowała się do drugiego pomieszczenia. Zapalając boczne, łagodne oświetlenie z satysfakcją zauważyła, że rekonwalescenci są już pogrążeni we śnie. Podeszła do ich łóżek, aby sprawdzić odczyty na aparaturach. Bezwłosy asystent stanął krok za nią i przyglądał się wskazaniom przyrządów zza jej ramienia. Po chwili elfka zanotowała odczytane parametry w dokumentach i oznajmiła szeptem, że wszystko wygląda bardzo dobrze. Następnie z szafki Leiftana wzięła puste fiolki po eliksirach i podała Velandelowi, prosząc go, aby je wyniósł do sali alchemicznej. Kiedy chłopak wychodził, ona odczepiła kryształki monitorujące ze skroni śpiących pacjentów i wyłączyła aparatury. Stan obu śpiochów był jej zdaniem na tyle stabilny, że ciągłe monitorowanie nie było już potrzebne. Uśmiechając się pod nosem z zadowolenia, że dzień kończy się bezproblemowo, zgasiła światło i nie zamykając do końca drzwi, opuściła salę. Przed wyjściem z przychodni zatrzymała się jeszcze przy biurku, aby ostatni raz sprawdzić wszystkie zalecenia i wpisy w dokumentach. Upewniwszy się, że wszystko jest w należytym porządku, przeciągnęła się i wzdychając głośno, skierowała do wyjścia.
        - Dobranoc Velandel - pożegnała się w drzwiach z wracającym pielęgniarzem. - Spokojnej nocy. Jeśli by się działo coś bardzo pilnego, to wiesz, gdzie mnie szukać - dodała na odchodnym i ruszyła w stronę schodów.
        - Dobrze Ewe, dobranoc - zawołał za nią chłopak i zamknął drzwi przychodni.
        ***
        Większą część nocy Leiftana dręczyła dziwna wizja, przez którą wydawało mu się, jakby był uwięziony między jawą a snem. Znajdował się w długim korytarzu, w którym panował nastrojowy półmrok. Łagodne i ciepłe światło pochodzące z kryształowych kinkietów, przytłumiane było oparami dziwnej mgły. Miejsce to wydawało mu się całkowicie obce, chociaż im dłużej w nim przebywał, tym bardziej nabierał przekonania, że już kiedyś tu był. W korytarzu nie było żadnych okien, za to znajdowało się całe mnóstwo drzwi. Wszystkie wyglądały jednakowo i sprawiały wrażenie, jakby bardzo dawno nikt z nich nie korzystał. Futryny zasnute były dość gęstymi pajęczynami, a na klamkach zalegały drobiny kurzu. Gdy zaintrygowany otoczeniem zrobił pierwszy krok, od razu wyczuł czyjąś obecność. Z niepokojem rozejrzał się dookoła siebie, ale nie dostrzegł nikogo w zasięgu wzroku. Po krótkiej chwili rozglądania się podszedł do pierwszych z brzegu drzwi, chcąc je otworzyć. Niestety okazały się zamknięte - podobnie, jak każde następne, do których podchodził. Zrezygnowany i trochę zdeprymowany stanął przed ostatnimi drzwiami. Od razu zauważył, że różnią się one od pozostałych, gdyż nie było na nich pajęczyn i nie powlekała ich warstewka kurzu. Domyślał się, że w ostatnim czasie ktoś musiał przez nie przechodzić. W momencie, gdy złapał za klamkę drzwi z zamiarem ich otworzenia, usłyszał kobiecy głos, dochodzący z odległej części korytarza: - „Nie otwieraj tych drzwi Leiftanie, bo nie jesteś gotów na to, co się za nimi znajduje...” Słysząc to, na chwilę znieruchomiał, gdyż sposób wypowiadania słów oraz brzmienie usłyszanego głosu wydały mu się dziwnie znajome. Był przekonany, że już kiedyś go słyszał, ale nie mógł go przyporządkować do żadnej twarzy, ani osoby. Gdy odwrócił się, żeby zobaczyć, kto do niego przemówił, znalazł się twarzą w twarz ze świetlistą postacią, która w tym samym momencie uniosła dłoń i pstryknęła palcami. Dźwięk towarzyszący temu gestowi spowodował, że natychmiast się obudził i gwałtownie podniósł do siadu. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążył się zorientować, kim była świetlista postać, która go wybudziła. Domyślał się jedynie, że musiała to być kobieta, której głos usłyszał chwilę wcześniej. Kim jednak ona była? I co znajdowało się za tamtymi drzwiami? Dlaczego uważała, że nie jest gotowy, by się tego dowiedzieć?
        Przez chwilę nie bardzo mógł rozumieć, co się właśnie wydarzyło. Nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście się obudził, czy może nadal tkwi w jakimś dziwnym śnie. Zdezorientowany rozglądał się dookoła siebie, aby sprawdzić, co to za miejsce, w którym się znajdował. Delikatne światło, które dawała księżycowa poświata, wystarczyło, żeby rozpoznał znajome kształty i cienie. Specyficzny zapach ziół i wszelkich medykamentów, który odwiecznie królował w przychodni, nie pozostawiał cienia wątpliwości, że znajduje się w szpitalnej sali. Dla całkowitej pewności, że nie śni, dodatkowo uszczypnął się w dłoń, a odczuwając realny ból, uwierzył, że znajduje się w przychodni w pełni świadomy i rozbudzony. Uspokoiwszy się, podciągnął kolana do klatki piersiowej i z radością zauważył, że całe zmęczenie i ból mięśni przeminęły. Oparł ręce na kolanach, a twarz ukrył w dłoniach i zaczął zastanawiać się nad przesłaniem tego dziwnego snu. Czy to rzeczywiście był tylko sen, czy może jakaś wizja? A może to było jakieś wspomnienie, które tak usilnie się przed nim ukrywa, dając mu to ciągłe wrażenie, że coś umknęło z jego pamięci?
        Gdy tak rozmyślał, jego uwagę zwróciły odgłosy z łóżka, na którym spała Shairisse. Dziewczyna zaczęła się coraz niespokojniej wiercić, mamrocząc coś przez sen. Słysząc jej niepokój, od razu przyszło mu na myśl, że dziewczyna musi śnić jakiś koszmar. Pierwszy raz znajdował się przy kimś, kto przeżywa senny koszmar i nie bardzo wiedział, w jaki sposób zareagować. Czy powinien ją obudzić? Czy może raczej nie powinien nic robić? Jeśli jest to moment powrotu wspomnień, to może powinien pozwolić jej dośnić sen do końca? Widząc jednak, że senne przeżycia są dla niej coraz bardziej bolesne, nie wytrzymał i podniósł się, aby przykucnąć obok jej łóżka. Prawą dłonią delikatnie zaczął gładzić policzek ukochanej, a lewą dłoń położył na jej ramieniu.
        - Shairisse... – wyszeptał cicho, nie chcąc jej wystraszyć. - Shairisse, obudź się...
        - Nie, nie, nie...! - dziewczyna nagle obudziła się z krzykiem. Widząc obok siebie jakąś postać, gwałtownie odsunęła się do tyłu na tyle, jak dalece pozwalało wezgłowie łóżka. - Nie dotykaj mnie! - ponownie krzyknęła zaspanym głosem, patrząc na Leiftana niezbyt przytomnym wzrokiem. W jej oczach dostrzegł łzy i ogromne przerażenie.
        - Shai spokojnie, to ja Leiftan. Nie bój się – powiedział, szybko prostując się i unosząc ręce w geście poddania. - To był tylko zły sen, nic ci nie grozi... - zaczął tłumaczyć ciepłym i spokojnym głosem, opuszczając powoli dłonie. - Jesteś bezpieczna, w przychodni.
        Dziewczyna przez chwilę rozglądała się po pomieszczeniu, jakby upewniając się, że chłopak jej nie okłamuje, a następnie spojrzała na niego już prawie całkiem rozbudzona. Lorialet nadal kucał obok łóżka i z nieśmiałym uśmiechem spoglądał na nią, nie bardzo wiedząc, jak się dalej zachować. Po kilku sekundach zdecydował się usiąść obok niej, opierając się plecami o drewniane wezgłowie. Kiedy siadał do sali zajrzał Velandel, zapalając boczne światło. Leiftan od razu dał znak pielęgniarzowi, że wszystko jest w porządku, że to tylko koszmar i poprosił go, żeby wyszedł. Gdy tylko światło zgasło, a drzwi od sali się przymknęły, Shairisse nagle się rozpłakała.
        - Co się stało? Czemu płaczesz Shai? - zapytał zaskoczony, nie wiedząc, czy powinien ją przytulić, czy raczej nie powinien nic robić. Ostatecznie zdecydował się położyć dłoń na jej dłoni. - Coś ci się przyśniło? Czy może coś sobie przypomniałaś? Wiesz, że możesz ze mną porozmawiać, jeśli tylko chcesz... - dodał, delikatnie ściskając jej dłoń i spoglądając na nią zachęcająco.
        - Czemu chciałeś się ze mną spotkać w nocy, w lesie? - zapytała cicho, kiedy w końcu udało jej się trochę uspokoić płacz. - I dlaczego nie przyszedłeś...? - dodała, podnosząc na niego wzrok. Ton jej głosu nie był oskarżycielski, wyrażał raczej niezrozumienie i smutek.
        - O czym ty mówisz, Shai? Jakie spotkanie w nocy? Nic takiego nie proponowałem... - Leiftan udał zdziwienie, pomimo że dobrze wiedział, o co chodziło dziewczynie. Nie chciał się jednak przed nią zdradzać, że zna wydarzenia z tamtego wieczoru i wie o wszystkim, co się stało w lesie.
        - Pamiętasz, że kilka dni wcześniej poprosiłam cię o poważną rozmowę w cztery oczy? Szykowałeś się wtedy do misji, więc zaproponowałeś spotkanie po twoim powrocie – zaczęła spokojnie opowiadać, spuszczając wzrok na swoje dłonie i bawiąc się nitkami na nadgarstkach.
        - Tak, pamiętam Shai, że umawialiśmy się na rozmowę po moim powrocie - powtórzył po niej, chcąc w ten sposób ją zapewnić, że w tej kwestii wszystko się zgadza i nadal jest aktualne. - Mówiłem ci też wtedy, że wedle grafiku i wszelkich ustaleń z Miiko, planowany powrót z tej misji był na wczoraj, na późne popołudnie. Ciebie w lesie znaleziono wcześniejszej nocy.
        - Wiem... Jednak na stołówce dowiedziałam się, że widziano cię już w Kwaterze. Karenn potwierdziła, że widziała chwilę wcześniej, jak szedłeś do swojego pokoju - tłumaczyła, wciąż nie patrząc na niego. - Po kolacji wróciłam do siebie i na łóżku leżał list. Napisane w nim było, że chcesz się ze mną spotkać na polanie o północy. List był podpisany twoim imieniem... - głos dziewczyny znowu zaczął delikatnie drżeć. - Naprawdę myślałam, że to ty chcesz się ze mną spotkać...
        - No dobrze, rozumiem - odparł, uśmiechając się nieznacznie. - Nie zdziwiło cię jednak, że spotkanie ma się odbyć nocą? I do tego poza murami Kwatery? - zapytał szczerze zdziwiony. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak łatwo uwierzyła, że mógł jej zaproponować takie spotkanie. - Czemu uwierzyłaś, że ta propozycja jest ode mnie?
        - Kiedyś mi powiedziałeś, że uwielbiasz nocne spacery w blasku księżyca... - mówiąc to, nieśmiało uniosła głowę, aby spojrzeć na niego i na chwilę ucichła. Mimo ciemności panującej na sali jego widziała wyraźnie, gdyż rzeczony blask księżyca oświetlał go łagodnie. Przez kilka chwil błądziła swoim spojrzeniem po jego twarzy, sprawiając wrażenie, jakby właśnie na nowo go odkrywała. Ostatecznie zatrzymała swój wzrok, wpatrując się w jego zielone oczy. - Mówiłeś, że to cię bardzo relaksuje i sprawia, że dużo łatwiej ci się myśli. Stwierdziłeś, że to taki twój sposób na podładowanie sił i energii... - dziewczyna spuściła wzrok i wyraźnie widać było, że waha się, czy kontynuować wypowiedź. Po krótkiej chwili, sprawiając wrażenie trochę zakłopotanej, zaczęła znowu mówić. - Pomyślałam więc sobie, że skoro poprosiłam cię o "poważną" rozmowę w cztery oczy - sugestywnie zaakcentowała słowo "poważną" - to wolałbyś porozmawiać w przyjaznych dla siebie warunkach. Nocą w blasku księżyca i z dala od Kwatery, gdzie jest pełno wścibskich oczu i uszu... - kiedy kończyła zdanie, po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
        Leiftan słysząc jej słowa, od razu przywołał w myślach wspomnienie pewnej nocy, kiedy jej to mówił:
        "W środku nocy pogrążony w myślach, szedł alejką w stronę Kwatery, wracając właśnie ze swojego nocnego spaceru. Rozmyślał o Shairisse, która kilka dni wcześniej została zmuszona do wypicia eliksiru "Mnemosyne". Martwił się o nią, bo wiedział, że bardzo przeżyła całą tę sytuację z eliksirem i czuła się zagubiona i zdradzona przez Straż Eel. Skręcając z jednej alejki w drugą, nagle na kogoś wpadł, nieomal przewracając tę osobę.
- Oj, przepraszam bardzo - powiedział, łapiąc potrąconą osobę, żeby się nie przewróciła.
- Ojej, to ja przepraszam - jęknęła złapana, opierając się dłońmi o jego tors. Okazało się, że tą osobą była Shairisse. - Zamyśliłam się - dodała, podnosząc na niego wzrok. - Leiftan? Co ty tutaj robisz o tej godzinie? - zapytała, rumieniąc się przy tym nieznacznie. Stali teraz twarzą w twarz i przyglądali się sobie nawzajem.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie - odparł cicho. Czuł się delikatnie zmieszany jej nagłą bliskością, jednak nie zamierzał rozluźniać uścisku. - Jestem lorialetem, często spaceruję nocą.
- Ach, rozumiem - odpowiedziała i uśmiechnęła się niewinnie, spuszczając przy tym głowę. - Ja zawsze idę na spacer, gdy nie mogę dojść do ładu ze swoimi myślami...
- To podobnie, jak ja - powiedział, uśmiechając się enigmatycznie. - Uwielbiam spacery w blasku księżyca, bo mnie relaksują i sprawiają, że dużo lepiej mi się wtedy myśli. Wiesz, jako przedstawiciel księżycowej rasy delektuję się tym, co dają mi moi sprzymierzeńcy. Przebywanie w świetle księżyca pozwala mi podładować energię i siły, a czasami można wpaść na sympatyczne istotki - dopowiedział, rozluźniając uścisk."

        Słysząc, w jaki sposób dzisiaj przywołała tamtą jego wypowiedź, zrobiło mu się dziwnie miło i przyjemnie na sercu. Kompletnie nie spodziewał się tego, że dziewczyna, pomimo wszystkich swoich ówczesnych smutków zapamięta jego słowa i tak bardzo weźmie sobie je do serca. Przyzwyczaił się bowiem do tego, że od bardzo dawna, nikt w Kwaterze nie zagłębiał się jakoś szczególnie w jego zamiłowanie do nocnych spacerów przy księżycu. Wszyscy traktowali je, jako zwykłe wytłumaczenie tego, że często można go spotkać nocą poza pokojem. W pewnym sensie było mu to na rękę, bo dzięki temu jego obecność na dworze po zmroku nikogo nie dziwiła i nie była uznawana za podejrzaną. Z drugiej strony miło było się dowiedzieć, że Shairisse interesuje się jego osobą i tym, co sprawia mu przyjemność. W ciszy spoglądał w jej twarz i pomimo nocnej aury, wyraźnie widział mokre ślady na jej policzkach. Patrząc na nie, poczuł się winny całej tej sytuacji. Uświadomił sobie, że prawie wszystkie jej cierpienia są ostatnio, w mniejszym lub większym stopniu spowodowane jego działaniami. Jej pogarszający się stan zdrowia, który ujawnił wówczas jej więź z Kryształem i będący następstwem jego zatrucia. Atak Naytili w Świątyni Fenghuangów, który o mały włos nie doprowadził do jej śmierci. A teraz jeszcze Lance, próbujący wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić wszystko po swojemu. Gdyby nie wygadał mu wtedy w Świątyni, jak wiele dziewczyna znaczy dla niego, to zapewne nie tkwiliby w tak beznadziejnym położeniu. Patrząc w jej zapłakaną twarz, poczuł gdzieś głęboko w sobie narastające pragnienie bliskości. Przybliżył się trochę do dziewczyny i bardzo niepewnie wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Nie miał pewności, czy go nie odtrąci, ale ona najpierw spojrzała na jego dłoń, a następnie podniosła głowę i bardzo smutno zerknęła w jego oczy.
        - Ten list nie był ode mnie Shai - powiedział skruszonym głosem, delikatnie wycierając kciukiem spływające po jej policzkach łzy. - Nie proponowałbym ci spotkania w nocy poza Kwaterą. Nigdy bym cię tak nie naraził... - dodał i znowu łagodnie uścisnął jej dłoń.
        - Teraz już to wiem - odpowiedziała, spoglądając gdzieś przed siebie. - Na polanie czekała na mnie niemiła niespodzianka...
        - To znaczy? Co się wydarzyło na polanie? - zapytał i patrzył wyczekująco, chociaż dobrze wiedział, jaka padnie odpowiedź. Na samą tylko myśl o byłym wspólniku poczuł, jak napinają mu się wszystkie mięśnie, a krew ścina mu się w żyłach ze złości. To uczucie było po prostu silniejsze od niego.
        - Kiedy przyszłam, polana była pusta... - zaczęła mówić powoli, a jej głos brzmiał, jakby za chwilę miała się rozpłakać. Lorialet odruchowo przysunął się jeszcze bliżej do niej. - Zauważyłam, że coś leżało na trawie pośrodku, więc podeszłam sprawdzić, co to jest... Kiedy weszłam na środek i pochyliłam się, nagle coś błysnęło... coś, jakby błyskawica, ale bez grzmotu... i wtedy nagle mnie sparaliżowało... - w tym momencie głos dziewczyny się załamał i zaczęła szlochać. Leiftan momentalnie poczuł, jak ściska mu się serce na ten widok i bez namysłu objął ją i mocno przytulił. Shairisse przylgnęła do niego całym ciałem i rozpłakała się na dobre. - To był... Ashkore... - wydukała, wtulając się jeszcze mocniej w silne ramiona chłopaka i przylegając policzkiem do jego nagiego torsu. Prawie natychmiast poczuł na swojej skórze jej mokre łzy i gorący oddech, który wydobywał się z jej ust w czasie płaczu. Jedną ręką otulał jej plecy, a drugą ramiona i głaskał ją po karku, pragnąc, żeby poczuła się, jak najbardziej bezpiecznie. Policzkiem oparł się o jej głowę i łagodnie powtarzał, żeby się uspokoiła. W ten sposób starał się uspokoić również siebie, gdyż obawiał się konsekwencji swojego narastającego zdenerwowania. Wiedział, że jeśli poziom jego złości wzrośnie zbyt mocno, wówczas jego oczy zmienią kolor, a tego w tej chwili bardzo nie chciał. Umiał panować nad swoją ogólną przemianą w daemona, ale zmiana koloru oczu pod wpływem nerwów była czymś, nad czym panować prawie się nie dało. Gdyby teraz jego oczy zmieniły kolor, a ona przez przypadek spojrzałaby w ciemności w jego twarz, to bezapelacyjnie rozpoznałaby, że są to te same oczy, które tak często widziała w swoich wizjach. Czarno - zielone oczy daemona, które napawały ją ogromnym przerażeniem i wielokrotnie wywoływały u niej panikę. Nie mógł do tego dopuścić. Nie, teraz gdy nareszcie czuł, że powstaje między nimi prawdziwa bliskość i więź, której nie chciał stracić ani zniszczyć.
        Shairisse dość szybko się uspokoiła i przestała szlochać. Nie odsunęła się jednak od niego ani na chwilę, a on nie miał zamiaru jej wypuszczać ze swoich ramion. Bliskość jej ciała, ciepło jej oddechu i aksamitny dotyk jej skóry uspokajały go bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Czując, jak ufnie dziewczyna wtula się w niego, poczuł, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. W tej chwili nie było nic ważniejszego od niej. Nic na świecie nie było przyjemniejsze od jej spokojnego i ufnego oddechu, który delikatnie pieścił jego skórę. Nie było nic cenniejszego niż jej drobna osoba wtulona w jego ramiona. Nie miał pojęcia, jak długo siedział tuląc ją do siebie, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Z rozczuleniem całował ją w czubek głowy, powtarzając w myślach, jak bardzo chciałby, żeby mu to wszystko kiedyś wybaczyła. Nie chciał dopytywać o szczegóły jej spotkania z Ashem, bo obawiał się, że znowu się rozpłacze. Jednak ona sama zaczęła opowiadać.
        - Ashkore powiedział, że moja dusza ma być jego zabezpieczeniem przed zdradą - gdy mówiła, jej głos był już wyjątkowo spokojny - lub ewentualnym ubezpieczeniem na jej wypadek...
        - Ciiiii, nie myśl już o tym - przerwał jej i znowu czule ucałował jej włosy. Naprawdę nie chciał, aby opowiadając to wszystko, od nowa przeżywała tamto wydarzenie. - Ashkore zapłaci za wszystko, co ci zrobił...
        - Kiedy mi to mówił - kontynuowała, jakby nie słysząc jego słów - wiesz, o czym pomyślałam? - zapytała i delikatnie odsunęła się od niego, żeby spojrzeć mu w oczy.
        - Nie mam pojęcia, o czym? - spytał, zakładając niesforny kosmyk jej włosów za ucho.
        - Pomyślałam, że jestem zła na ciebie, bo mnie wystawiłeś... - odpowiedziała i spuściła wzrok. - Głupie, prawda?
        - Wcale nie - stwierdził z uśmiechem, nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Był przekonany, że usłyszy raczej o jej podejrzeniach, że w straży jest ktoś współpracujący z Ashkorem. - Może trochę dziwne, ale nie głupie... - dodał rozczulony jej szczerością i delikatnie uniósł jej głowę, łapiąc za podbródek. - Nic, co robisz i myślisz nie jest głupie Shai... - te ostatnie słowa wypowiedział bardzo cicho, niemalże szeptem, patrząc przy tym czule w jej liliowe oczy, które w tym momencie iskrzyły się, niczym dwie ametystowe gwiazdeczki. Sposób, w jaki dziewczyna patrzyła na niego, sprawiał, że jego ciało ponownie zaczęło ogarniać przyjemne ciepło. Ich twarze dzieliła odległość tak niewielka, że jej ciepły oddech delikatnie pieścił jego wargi. Wyraźnie wyczuwał narastające między nimi napięcie, które stawało się coraz bardziej elektryzujące. Im dłużej spoglądał w jej oczy, tym większe ogarniało go pragnienie, a nawet pożądanie. - Czy nadal jesteś na mnie zła? - zapytał nagle, chcąc w ten sposób zawrócić swoje myśli z niebezpiecznego toru, którym zaczęły podążać.
        - Nie - odparła szeptem, uśmiechając się nieśmiało. - Tam na polanie byłam przerażona i myślałam tylko, że gdybyś był przy mnie, to byłabym bezpieczna...
        Jej słowa sprawiły, że w jego oczach zaszkliły się łzy. Ponownie przyciągnął ją do siebie i otulił jeszcze mocniej ramionami. Dziewczyna nie oponowała, tylko wtuliła się i delikatnie oparła głowę w zagłębieniu jego szyi. W tym momencie wszystko stało się dla Leiftana jasne i klarowne. Zrozumiał, dlaczego jej duch pojawił się tamtej nocy w Kryształowej Sali. Zapewne, kiedy Lance wypowiedział formułę "oddzielenia duszy" od ciała, Shairisse musiała intensywnie myśleć o nim, a wtedy jej ducha przyciągnęło do niego. Rytuał ten był na tyle zaskakujący i gwałtowny dla niej, że nie zdawała sobie sprawy z opuszczenia ciała. Zaburzenia pojmowania i pamięci, które wywołał prawdopodobnie eliksir Are'T Vian spowodowały, że jej dusza poczuła się zagubiona i zdezorientowana i to było przyczyną problemów z utrzymaniem jej wtedy przy życiu. Po prostu jej duch nie potrafił się odnaleźć, nawet w tych chwilach, gdy ponownie łączył się z ciałem. Analizując to wszystko, zdał sobie sprawę, że dziewczyna żyje tylko i wyłącznie dlatego, że Athira na czas ją znalazł i sprowadził do swojej pani pomoc. Lance na pewno zostawiłby ją w lesie, przekonany o powodzeniu swojego przedsięwzięcia, a znalezienie Shairisse zbyt późno uniemożliwiłoby jej uratowanie. Duch przebywający zbyt długo poza swoim ciałem traci tę specyficzną więź z nim. Wówczas nawet rytuał "unum mundum" by nie pomógł, bo sprowadzenie do umierającego jego zagubionego ducha to nie to samo, co sprowadzenie duszy do osoby zmarłej... Słyszał o przypadkach sprowadzenia ducha po kilkudniowym jego pobycie w zaświatach, ale osoby w ten sposób ożywione nigdy nie były już takie same. Z przerażeniem pomyślał o tym, jak blisko był utraty ukochanej i całym sercem się cieszył, że ona teraz cała i zdrowa wtulała się w jego ramiona.
        - Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało - szepnął i ponownie czule ucałował jej włosy.
        - Myślisz, żeeeeee... Ashkore... będzie próbował to powtórzyć? - zapytała, przeciągle ziewając.
        - Nie sądzę - odpowiedział, ale ton jego głosu świadczył, że nie jest o tym do końca przekonany. - Dama Huang pobłogosławiła cię specjalnym błogosławieństwem, przez co nie będzie już tak łatwo zniewolić twojego ducha. Poza tym możesz poprosić kogoś, żeby wytłumaczył ci, w jaki sposób umocnić siłę swojego ducha i jeszcze bardziej utrudnić możliwość zniewolenia, bądź opętania - mówiąc to, od razu pomyślał, że musi poszukać sposobu na skuteczniejszą ochronę ukochanej.
        - Znasz kogoś takiego? - zapytała, ukrywając ponowne ziewnięcie.
        - Mogę popytać dla ciebie - odparł szczęśliwy, że to właśnie u niego szuka wsparcia.
        Przez dłuższą chwilę tulił dziewczynę, zastanawiając się jednocześnie, czy zna kogoś, kto mógłby pomóc w takiej sytuacji. Nikt jednak nie przychodził mu w tamtej chwili do głowy, a na domiar złego poczuł narastającą senność i zmęczenie. Słysząc, że ona również w międzyczasie kilkukrotnie ziewnęła, pomyślał, że czas wrócić na swoje łóżko, aby mogli oboje w spokoju się wyspać. Kiedy jednak poruszył się delikatnie, aby wstać, poczuł, jak Shairisse mocniej przylgnęła do niego.
        - Nie idź, proszę - wyszeptała na wpół sennie.
        - Jesteś pewna? - zapytał szeptem, aby upewnić się, że jej prośba nie jest tylko machinalną reakcją na jego poruszenie.
        - Tak - potwierdziła. - Będę czuć się bezpieczniej.
        - Jak sobie życzysz - odparł cicho i przytulił ją mocniej do siebie. Pozycja, w której się znajdował, nie należała do najwygodniejszych, ale to było w tej chwili najmniej ważne. Dla niej był w stanie wytrzymać takie niewygody, szczególnie że była tak blisko niego. Czując jej zapach i ciepło, nawet nie zorientował się, kiedy zmorzył go sen.
        ***
        Obudzony odgłosami poranka Leiftan, otworzył oczy i od razu na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech zadowolenia. Tuż przed sobą zobaczył spokojną, pogrążoną we śnie twarz Shairisse, która według niego wyglądała bardzo niewinnie, wręcz anielsko. Patrząc na nią, uzmysłowił sobie, że bardzo chciałby się budzić w jej towarzystwie każdego ranka. Jej bliskość wydawała mu się tak cudowna i nierzeczywista, że gdy dziewczyna poruszyła się w trakcie snu, on wstrzymał oddech i całkowicie znieruchomiał, jakby bojąc się, że najmniejszy ruch sprawi, iż ukochana zniknie z jego ramion. Z łagodnym uśmiechem na twarzy, przez chwilę jej się przyglądał. Jasne promienie wschodzącego słońca, nieśmiało przebijały się przez koronę rosnącego za oknem drzewa i delikatnie muskały skórę jej twarzy, rozświetlając ją swoim blaskiem. Magicznego uroku tej chwili dopełniały poranne trele chowańców, które radośnie witały nastanie nowego dnia.
        - Już nie śpisz? Która jest godzina? - zapytała nagle Shairisse, otwierając i przecierając zaspane oczy.
        - Jest jeszcze bardzo wcześnie - odpowiedział, zerkając na ścienny zegar. - Niedawno minęła szósta. Jak chcesz, to pośpij jeszcze, ja wrócę na swoje łóżko - dodał, siadając na brzegu jej łóżka i odwracając się w jej stronę. - Będziesz mogła się wygodnie wyciągnąć i spokojnie wyspać.
        - Nie potrzebuję tego, bo dzięki tobie spałam spokojnie - powiedziała, przewracając się na bok i wspierając na łokciu. - I wbrew pozorom było mi bardzo wygodnie - dodała z zawadiackim uśmieszkiem, jednocześnie delikatnie się rumieniąc.
        Leiftan rozbawiony jej odpowiedzią, spojrzał na nią delikatnie zmrużonymi oczyma. Bardzo spodobała mu się Shairisse w takim radosnym i zaczepnym wydaniu. Pomyślał, że od razu jest mu dużo lepiej, gdy widzi, że jego ukochana jest spokojniejsza i weselsza, jakby ktoś zdjął mu potworny ciężar z ramion, lub odmłodził o kilkanaście lat.
        - Łobuziara - zaśmiał się wesoło. - Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie cieszy, że dopisuje ci humor i jak miło mi słyszeć, że nie doświadczyłaś niewygód przeze mnie.
        - Mam nadzieję, że nie sprawiłam ci jakiś większych problemów swoją osobą w nocy? - zapytała, nieznacznie poważniejąc. - Jeśli tak, to przepraszam...
        - Nic z tych rzeczy - odparł z uśmiechem, przypominając sobie, jak bardzo miło mu było, móc ją trzymać w ramionach w czasie snu. - Wręcz przeciwnie, miałem bardzo sympatyczną i ciepłą przytulankę - dodał zaczepnie i z przekornym uśmiechem. Nie chciał, aby dziewczyna traciła humor, gdyż spodobała mu się jej niesforna postawa.
        - Pff, ja ci zaraz dam przytulankę - zaśmiała się i klepnęła go lekko w kolano.
        - No, a nie? - zapytał rozbawiony i udając, że obawia się dalszych kuksańców, przesiadł się na swoje łóżko. Przez chwilę oboje śmiali się beztrosko.
        - W sumie, to naprawdę nie chce mi się już spać - odezwała się po chwili, znowu trochę poważniejąc i podnosząc się do siadu. - Najchętniej poszłabym na spacer, ale nie chcę narazić się Ewelein.
        - Zapewne nie byłaby zachwycona - odparł z wymownym uśmiechem. - Po śniadaniu chyba będziemy mogli opuścić już przychodnię, więc jeśli nadal będziesz mieć ochotę na spacer, to będziesz mogła się spokojnie na takowy wybrać.
       - Pierwsze, co zrobię po wyjściu, to idę pod prysznic - powiedziała, lekko się krzywiąc. - Mam wrażenie, że cała się kleję.
        - Ja chyba zrobię to samo - stwierdził, wstając z łóżka i podchodząc do okna. - I też wybiorę się dzisiaj na długi spacer - dodał z nostalgią w głosie. Patrząc za okno, na rozjaśnione słonecznym blaskiem alejki w ogrodach Kwatery, poczuł dziwną tęsknotę za ciepłem promieni słońca i łagodną pieszczotą morskiej bryzy na skórze.
        - Leiftanie? - dziewczyna zwróciła się do niego niepewnie.
        - Tak? - zapytał, odwracając się w jej stronę.
        - Czy dzisiaj masz coś specjalnego w planach? - spojrzała na niego zaciekawiona. - No wiesz..., jakieś spotkanie, albo zebranie, albo cokolwiek innego?
        - Z tego, co mi wiadomo na tę chwilę, to mam dzisiaj wolne - odparł z uśmiechem. - Czemu pytasz?
        - Jeśli nie masz mnie jeszcze dość, to może wybralibyśmy się na spacer razem? - zapytała z niewinnym uśmiechem.
        - Bardzo chętnie Shai - odpowiedział i od razu poczuł, że dzisiejszy dzień zapowiada się bardzo dobrze. Nawet zrobił szczere postanowienie, że dzisiaj znajdzie w końcu odwagę, aby wyznać dziewczynie, ile ona dla niego znaczy. Przecież w tak piękny dzień wszystko musi się udać.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.