FANDOM


No hej, hej! Przepraszam, że wczoraj nie było rozdziału, ale w zamian za to, dzisiaj jest dość długi :)

Miłego czytania! ^^



___________________________________

Patrzyłam zszokowana, jak mały brownie biegnie właśnie do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdy do mnie dobiegł, przykucnęłam przed nim.

- M… Mery..? – spytałam niepewnie. Bałam się, że jeśli powiem głośniej, lub jeśli go dotknę, on zniknie, jakby był mgłą. To było takie dziwne… niemożliwe! Jak Mery mógłby tutaj być?

- Erica! – przytulił się do mnie i objął rączkami moją szyję.

- Mery…

- Dziękuję – powiedział, gdy odkleił się ode mnie.

- Z-z-za co?

- Za to, że dzięki tobie znowu żyję.

- C-co?!

- Pamiętam wszystko. Spokojnie, nikomu nic nie powiem – przestał się uśmiechać. Na jego twarzy pojawiła się powaga. – Ale ty nie możesz powiedzieć o niczym mojej mamie. Tak samo twoi przyjaciele, dobrze?

Wpatrywałam się w niego, jak w ducha. Czy to możliwe, że to właśnie ten Mery stoi teraz przede mną, obiecuje mi, że dochowa tajemnicy i prosi o to również mnie?

- Dobrze – powiedziałam w końcu. Mery wyciągnął przed siebie swoją dłoń i wyjął mały palec. Pamiętam, że często używałyśmy tego stylu obietnicy z Mah i Marie. Zrobiłam to samo, a po chwili nasze palce zacisnęły się, dosyć lekko. Nie chciałam sprawić mu ani odrobiny bólu przez zbyt mocny uścisk, a wiem, że tyle wystarczy, aby dotrzymać obietnicy.

- Dziękuję – znowu się uśmiechnął. I w tym momencie zawołała go Twylda. Szybko do niej pobiegł. Stęsknił się za nią. Zastanawiam się, jak to było, gdy Mery był… martwy. Przecież jego mama musiała o wszystkim wiedzieć, prawda? Jak to przetrwała? I dlaczego ja o niej nawet nie pomyślałam? Biedna kobieta…

Mimo, że dalej nie rozumiałam z tego nic, starałam się to pojąć. Na próżno. Jak to możliwe, że Mery jest tutaj, żywy? Jak to możliwe, że jak dotąd odkąd Mery’ego nie było, nie spotkałam jego matki? I jak to jest, że ona nie ma nawet o niczym pojęcia? Tak w końcu mówił Mery, prawda?

Kucałam tak osłupiała, dopóki nie usłyszałam przed sobą głosu Melyem.

- Oczyściłaś Marie-Anne i wyciągnęłaś z jej serca kryształy. Zwróciłaś jej dawny wygląd, a wszyscy, których zabiła wrócili do życia. W tym Mery.

- To brzmi, jak spełnione życzenie.

- Naprawdę? – zdziwiła się. – Prosiłaś o to?

- Tak… Kocham Mery’ego.

- Ty kochasz wszystkich, Erico. Nawet swoich wrogów.

- Bo tak właśnie trzeba.

- Dlaczego?

- Bo to jest dobre.

- Ah, no tak… Cielesny Anioł.

- Co?

- Nie, nic - odpowiedziała szybko.

Jeszcze raz spojrzałam w stronę, w którą poszedł Mery. Bawił się też ze swoją mamą.

- Co ona musiała przeżywać, jak go nie było… I dlaczego nie pamięta, co się z nim stało? – skierowałam do Mel.

- Gdy zapytała Lśniącą Straż, gdzie jest jej syn, słyszałam to. Widziałam, jak na to zareagowali. Twylda prawie zemdlała, gdy tak długo nikt jej nie odpowiadał, a jedynie spuścili głowy. Czekała, aż Miiko sama jej to powie, niż snuć takie przypuszczenia, i miała nadzieję, że się myli. Przed oczami stanęła mi także twoja reakcja na ten widok. Wiedziałam, że nie chciałabyś, aby Twylda wpadła w depresję po stracie syna i sama byś się rozpłakała na jej reakcję, zwłaszcza, gdybyś sobie przypomniała, co stało się Mery’emu. Nie chciałam, abyś widziała, jak Twylda cierpi i za każdym razem wspominała Mery’ego, więc wzięłam sprawy w swoje ręce. Myślałam o tym, co mogłabym zrobić, żeby jakoś jej pomóc, a wtedy była do tego idealna okazja. Poza tym… Było mi żal tego małego i jego matki. Mniej więcej wiem, jak by cierpiała. Dlatego stworzyłam iluzję. Mery podbiegł do swojej mamy i powiedział, że twoja przyjaciółka, Mahdilia wymyśliła dla niego zabawę, taką kolonię. Uwierzyła w to i powierzyła nam go w opiekę, nawet go przytuliła na pożegnanie. Potem spytała, dlaczego Miiko jej tego nie powiedziała, tylko sprawiała, że myślała już o najgorszym, więc, w geście improwizacji, powiedzieli jej, że bali się, jak na to zareaguje. W to też uwierzyła, a ja musiałam jeszcze szanownej Lśniącej wyjaśnić całą tą sytuację, co niezbyt mi się podobało.

- Naprawdę to zrobiłaś? – spytałam oszołomiona.

- Tak. Głównie ze względu na ciebie i własne doświadczenia. Nie chciałam, by Twylda tak cierpiała, dlatego troszkę tym pokierowałam.

- Z własnego doświadczenia?

- Dlaczego teraz nie jesteś Królową? – zrezygnowana założyła ręce. Na początku nie zrozumiałam, dlaczego o to zapytała, ale po chwili zaczęłam sobie wszystko przypominać. Wszystko, czego się dowiedziałam. I zrozumiałam aluzję. Nie chciała mówić o naszym rozstaniu, więc ujęła to inaczej.

- Ah… No tak…

- No właśnie.

- Ale skłamałaś….

- W jakiej sprawie?

- Powiedziałaś Twyldzie, że nic nie było Mery’emu, gdy on nie żył, i że jest pod naszą opieką, choć wcale tak nie było!

- Pamiętasz, jak Mahdilia pytała się, czy wiem o wszystkim, co jest z tobą związane?

- Pamiętam.

- No właśnie. Wiedziałam, co się stanie i z Mery’m i z Marie-Anne, gdy znajdziemy ich na tej wyspie. I co się stanie z tobą.

- Skąd to wiedziałaś?

- Moja droga, ja wiem o tobie praktycznie wszystko. I niektóre twoje cechy mi nie ułatwiają...

- Co? Jakie cechy? Czego ci nie…

- Te dobre cechy. Pamiętaj, że jesteś, jak Cielesny Anioł! – „pogroziła” mi palcem, a ja się uśmiechnęłam. Mimo, że na pewno całe moje życie nie było tak nieskazitelnie czyste, ucieszyłam się, że tak mnie nazwała. Zresztą… chyba wszyscy chcieliby być Aniołami. A przynajmniej ci, którzy do tego dążą. Mam nadzieję, że większość by chciała… Albo najlepiej wszyscy.

- Cielesny Anioł… - coś mi to przypomina…

- Tak. Może nie zawsze taka byłaś, a przynajmniej nie na Ziemi, ale tutaj i gdy sobie wszystko przypomnisz, będziesz po prostu Cielesnym Aniołem!

- Ty to chyba chcesz ze mnie zrobić… - jak to one mówiły? – Nieskazitelne Dobro!

- Haha, za późno. Już nim jesteś – puściła mi oczko.

- Eh… - szepnęłam zrezygnowana i zadowolona. – Czego ci to nie ułatwia?

- Co?

- Powiedziałaś, że niektóre moje cechy ci czegoś nie ułatwiają.

- Ah… Kiedy indziej ci to wytłumaczę – uśmiechnęła się, abym już nie drążyła tego tematu. Jak na razie.

- Co masz jej wytłumaczyć? – podeszła do nas Quile, a za nią Riana. Ta dwójka zawsze trzyma się razem.

- A dlaczego akurat „mam”?

- No dobrze. Co „chcesz” jej wytłumaczyć? – Melyem westchnęła cicho z pobłażliwym uśmiechem, a Riana złapała się za czoło, przez co Quile się zaśmiała.

- Oj, Quile… - westchnęła Riana.

- To samo mówię Mah – powiedziałam, a Riana posłała mi współczujące spojrzenie.

- Podobno Quile jest tak samo szalona, jak Mahdilia, więc wam obu składam wyrazy współczucia – powiedziała swoje Melyem.

- Ej! – a Quile się to nie spodobało.

- No co? A nie? Wszyscy pamiętamy, jak szalejesz, gdy przestajesz być poważna.

- Oj tam, oj tam! To zaleta!

- Jakbym słyszała Mah – powiedziałam, a Melyem się uśmiechnęła.

- A tak przy okazji, to co z Marie-Anne? – spytała Quile. Właśnie… Marie.

- Zasnęła. Ma się dobrze.

- Czyli, że z nią rozmawiałaś?

- Tak. Musisz być wobec niej delikatna. Boi się ciebie.

- Jeśli nie będzie miała nagłych zmiennych nastrojów, lub coś jej nie zdenerwuje, to twoja kuzynka nie musi się bać – zapowiedziała Riana.

- Chociaż tyle. Proszę cię, uważaj – skierowałam do Quile.

- Postaram się. Chyba, że ktoś mnie znowu zdenerwuje – spojrzała kątem oka na Melyem – to proszę mnie odciągać – powiedziała do Riany. – Może się przestraszyć, a tego nie chcę – myślę, że i tak będzie się ciebie bała.

Zaczęłam przyglądać się Quile i Rianie. Gdy to zauważyły, spojrzały po sobie, a potem na Melyem, która wzruszyła ramionami.

- Coś się stało? – spytała Quile.

- Hmm… - powiedzieć im, że wiem? – Kim wy jesteście?

- C-co?

Milczałam, dalej im się przyglądając.

- Wyższymi Istotami, chyba już to mówiłyśmy.

- Racja… - dlaczego nie chcą mi tego powiedzieć? Jestem taka sama, jak one, dlaczego to jest sekretem? One, prawdopodobnie, doskonale wiedzą, kim ja jestem, więc dlaczego ja nie mogę wiedzieć o nich? A Melyem chociaż o tym wie?

Poczułam na sobie czyjś przeszywający wzrok. Riana patrzyła na mnie podejrzliwie.

- O, hej – usłyszałyśmy Mah i Marie, która zatrzymała się, gdy zobaczyła Quile. Przeraziła się.

- Q… Q… Quile?

- Tak, to ja. Nie bój się mnie – uśmiechnęła się, co jeszcze bardziej przeraziło Marie. Uśmiech Quile zanikł i zmarszczyła lekko brwi. Spojrzała na mnie, a ja dałam jej znak głową, żeby tak nie robiła.

Marie spojrzała na Rianę.

- A ty to…? – na chwilę kątem oka spojrzała na Melyem, a zaraz po tym znowu na Rianę. – Riana?

- Tak – potwierdziła uśmiechając się ciepło. Jej Marie się nie bała, ale widać było, że jej nie ufa.

- A ty to Melyem – uśmiechnęła się lekko do mojej siostry, gdy na nią spojrzała.

- Miło mi, Marie-Anne – Mel podała jej dłoń, którą różowo włosa chętnie przyjęła.

- Mnie również miło poznać siostrę mojej kuzynki. Już, jako…

- Wiem – przerwała jej szybko i uśmiechnęła się pobłażliwie. – Chętnie poznam kuzynkę swojej siostry.

- A ja nie jestem też twoją kuzynką?

- Nie do końca. Siostra twojej mamy jest ludzką matką Erici, więc nie moją.

- Och… Szkoda… - spuściła głowę.

- Ale to nie znaczy, że nie jesteś i moją kuzynką – uśmiechnęła się.

- Co? – gwałtownie podniosła głowę. - Jakim cudem?!

- Mimo, że nie jestem twoją kuzynką, moja siostra nią jest. Jesteśmy rodziną, choć bardzo daleką.

- Wow… Nieźle.

- To Marie jest faery, czy tam faelien, czy w końcu człowiekiem? – spytała Mah, a Melyem znieruchomiała. Zauważyłam, jak przełyka ślinę, a Quile mamrocze coś pod nosem, niezadowolona.       

- …wiedziałam! – udało mi się usłyszeć.

- Melyem! – krzyknęła Mah, a kilku przechodniów na nas spojrzało.

- Zamyśliłam się… Przepraszam… - kątem oka spojrzała na mnie. Ona nie przeprasza za to, że tak długo nie odpowiadała.

Spojrzała smutno na Marie, a potem na Mah, która się zdziwiła. Patrzyła to na jedną, to na drugą i mnie. Melyem, za co ty nas przepraszasz?

- Hmm… No dobra. E, zaproponowałam Marie, żebyśmy poszły na wycieczkę po Kwaterze i na plażę, bo do lasu raczej nie chce iść i zgodziła się.

- Ale jak to, przecież miała spać – patrzyłam to na nią, to na Marie.

- Obudziła mnie – powiedziała uśmiechnięta, unosząc brew.

- Dlaczego? – zmarszczyłam brwi.

- Wparowała do pokoju – zachichotała, a razem z nią: Quile, przez co trochę się przestraszyła, a Mah uśmiechnęła się tryumfalnie.

- Aha – zrozumiałam, a Quile i Mah parsknęły śmiechem i uśmiechnęły się do siebie.

Zaraz… Przecież Mah jeszcze nie wie, kim jest Quile i Riana! Chyba, że Marie jej powiedziała. A ja nie wierzę… One są z tej samej rasy, co ja! Jest nas więcej! I z tego, co Riana powiedziała na początku, aż dziesięcioro. Tutaj jest nas siedmioro, mimo, że nie wiem, kim jest siódma osoba. Ale gdzie reszta?

A ja jestem Wyższą Istotą… Wyższą… Samo to, że jestem Aengel sprawia, że jestem jedną z Wyższych Istot, a przez to, że jestem też Córką Wyroczni i nią samą oraz półboginią olimpijską… kim jestem?

Jeszcze z ludzkimi rodzicami…?

- Dobra, E, idziesz? – spytała Mah, a ja stanęłam na równi z Marie. – Dokończymy tą rozmowę – odwróciła się do Melyem. – Nie martw się – dodała sarkastycznie, po czym owinęła ramię moje i Marie swoimi i ruszyła w stronę bramy, a my za nią. Usłyszałam jeszcze, jak Quile zaczęła się śmiać, zapewne z tego, jak idziemy, bo nawet Marie powstrzymywała się przez to od śmiechu. Jednak śmiech szatynki trwał krótko, bo zaczęła szeptać. Ale tym razem nic nie usłyszałam, wiedziałam tylko tyle, że rozmawiała z Melyem i Rianą.

Mah zaprowadziła nas na plażę i odwróciła się do nas, wcześniej puszczając nasze ramiona.

- No to co to za niezwykła nowina?

- Co? – zdziwiłam się.

- Jaka? Ja ci tylko powiedziałam, że wiem o czymś bardzo ważnym, o czym ty też musisz wiedzieć.

- No co? A nie mogę tak tego nazywać?

- No… W sumie możesz…

- No właśnie.

- Ktoś mi powie, o czym wy mówicie? Jaka niezwykła nowina? – czy chodzi o Quile i Rianę?

- Chodzi o Wyższe Istoty.

- A, o Quile i Rianę. Co z nimi?

- Wiesz, kim one są?

- Wyższymi Istotami, ale co do Riany… Właściwie, co to za rasa, „Wyższe Istoty”?

- To tylko przydomek. Ich prawdziwa nazwa to…

- Aengel… - Mah wydawała się nad czymś zamyśle.

- Tak. Skąd wiedziałaś?

Nie odpowiedziała. Była głęboko zamyślona.

- Mah? Mah – pomachałam jej przed oczami. Nie zareagowała. – Mahdilia! – potrząsnęłam nią.

- Czyli Riana jest Aengel? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

- Nareszcie… - westchnęła znudzona Marie. – Tak, Riana jest Aengel. Jak to zgadłaś?

- Eee… - chyba się… przestraszyła? – Erica, jesteś Wyższą Istotą!

- C-co? – jej zmiana tematu zbiła mnie z tropu. – T-tak. Na to wygląda…

- Wow! Ale skoro jesteś Wyższą Istotą, jako „zwykła” Aengel, a zwykła nie jesteś, jesteś Wyrocznią i półboginią, to…

- Też się nad tym zastanawiam.

- To może jesteś… Najwyższą Istotą? – zaproponowała Marie.

Mah gwałtownie podniosła głowę i wielkimi oczami spojrzała na Marie.

- Co? Całkiem możliwe – trzymała swojego, Marie.

- Wyższej Istocie… - szepnęła Mah.

- Mah, w porządku? – spytała różowo włosa.

- Tak, tak…

- Hmm… Ale to nie o tym chciałam ci powiedzieć. Chciałam cię ostrzec.

- Przed czym? Czy, przed kim?

- Przed Quile i Rianą. Nie ufaj im.

- Dlaczego?

- Wyższym Istotom, czy tam Aengel nie wolno ufać. Nie wliczam w to, oczywiście twojej siostry i córki, Erico – potaknęłam głową.

- Dlaczego tak mówisz?

- Wiem to z doświadczenia.

- Jakiego doświadczenia?

- To przez Aengel stałam się tym, kim się stałam i do was nie wróciłam.

- C-c-c-c-co? – wykrztusiła z siebie.

- Tak… A i tak mnie oszukał. Jeśli przeszłabym przez portal, zabiłby was a gdy nie przeszłam, kazał mi zabić ciebie, Mah… i nie miałam własnej woli, nie mogłam mu się sprzeciwić… Kontrolował mnie - spuściła głowę.

- Kto cię kontrolował? – zapytała białowłosa po chwili niezręcznej ciszy.

Nie odpowiedziała…

- Wiesz, co najbardziej sprawia, że nie ufam Quile i Rianie? – podniosła głowę po chwili milczenia.

- Bo są Aengel? – spytałam.

- Bo ukrywały, że są Aengel i przedstawiły swoją rasę pod jej przydomkiem.

- Może nie miały wyboru? – zaproponowałam. – Ja też ukrywam, kim jestem.

- Erico, dobrze wiesz, że w twoim przypadku to jest całkiem inna sytuacja, a poza tym, my o tym wiemy. Ukrywać to musisz, musimy, przed Eldaryą, ale nie… kurczę, trudno to wytłumaczyć – dotknęła dłonią szyi i chyba się zamyśliła. – Ale one to ukrywają przed nami – jaki szybki powrót do tematu…

- Może jest jakiś inny powód…

- Zastanawia mnie, dlaczego to ukrywają. Nie mają ku temu praktycznie żadnego powodu.

- A może ktoś im każe tak robić i nie mają wyboru, jak ty go nie miałaś? – zauważyłam, że gdy te słowa padły z moich ust, Mah bardzo spoważniała i spuściła głowę. Chyba znowu się zamyśliła. Za to Marie zmarszczyła brwi, a ja poczułam, że muszę jakoś obronić Quile i Rianę. Ale skąd ta chęć? – Marie, mam wrażenie, że nawet na siłę próbujesz znaleźć winę w Quile i Rianie – a ja nawet na siłę je bronić… - ale spójrz. Możliwe, że one nie mają wyboru, tak samo, jak ty nie miałaś. I możliwe, że chcą nam o wszystkim powiedzieć, ale ktoś im na to nie pozwala – spuściła głowę. Podeszłam do niej i położyłam dłoń na jej ramieniu. Uniosła lekko wzrok i głowę. Nie wiem, skąd pomysł o szantażu Riany i Quile, ale czuję, że to może być prawda. – Rozumiem twój niepokój i że im nie ufasz i masz powody, dla których tak jest. Ale może one też nie mogą powiedzieć? Sama nie wiem, dlaczego by tak miało być, ale całkiem możliwe, że tak właśnie jest. Trzeba tylko trochę zaczekać… W końcu dowiemy się, o co chodzi – te słowa, jakby były mi dyktowane… dlaczego aż tak usiłuję je bronić? Może to moja podświadomość mi tak każe? Ale dlaczego? Co w tym jest?

- Tak, kiedyś! – prychnęła. Stare zwyczaje z nami zostają…

- Cierpliwości – uśmiechnęłam się.

- Hmm… - usłyszałam Mahdilię.

- Może zmienimy temat? – Zaproponowałam.

- Mam nawet świetny temat zastępczy – powiedziała Marie.

- Naprawdę? Jaki?

- Mahdilio, a co z tobą?

- Co?

- Jak tam z twoimi braćmi?

- Eah… Wydaje mi się, że dobrze… Zmieńmy temat.

- Mah?

- Nadal nie powiedziałaś Valkyonowi, że jesteś jego siostrą, prawda? – stwierdziłam.

- Kim jesteś?!

- V-Valkyon?! – przeraziła się Mah. odwróciłam się. Valkyon stał obok skały.

- Co ty powiedziałaś? Kim jest Mahdilia?

- Twoją siostrą…

- N-nie… To niemożliwe – był pewny swego, choć przez chwilę się chyba się nad tym zastanawiał.

- Niby dlaczego? – wtrąciła się Marie.

- Bo…

- Bo jej nie znasz? Dlatego nie może być twoją siostrą, bo nie miałeś o niej pojęcia? Dlatego? Rusz głową! Jesteśmy w magicznym świecie, gdzie wszystko jest możliwe!

- J-ja…

- Marie… - poprosiła Mah, a ona na nią spojrzała.

- Właśnie tego się bałam – Mah zwróciła się do Valkyona. – Że mi nie uwierzysz i spotkania po tylu latach. Zwłaszcza, że mnie nawet nie pamiętasz. Choć byłam wtedy mała, pamiętam, jak zawsze byłeś zdyscyplinowany, choć młody. No… W przeciwieństwie do Lance’a – na te słowa, białowłosy zacisnął pięści, ale nie ze zdenerwowania, lecz niedowierzenia.

- T… Ty naprawdę jesteś moją siostrą? – znieruchomiał.

Westchnęła.

- Tak – uśmiechnęła się do niego. – To ja, Mah, twoja młodsza siostrzyczka.

Valkyon nic nie odpowiedział, zamiast tego, wpatrywał się w Mah.

- Niewiarygodne, wiem. Ale to prawda. Jakoś dobrze pamiętam, skąd pochodzę i swoich braci – na ostatnie słowo, Valkyon zacisnął mocniej pięści… - Co się stało? – przestraszyła się.

Hmm…

Valkyon zareagował tak, gdy Mah powiedziała „braci”. Chyba wiem, o co chodzi.

Podeszłam do niej i szepnęłam, żeby nie wspominała mu już o Lance’ie.

- Dlaczego? I dzie on właściwie jest?

- Dowiesz się później.

- Hmm… - po chwili wpatrywania się we mnie, odwróciła się do Valkyona. - Braciszku, możemy porozmawiać?

Jak to Valkyon ma w zwyczaju, nic nie powiedział, tylko kiwnął głową i poszedł razem z Mah w stronę nory. Pamiętam, że to tam pierwszy raz przypomniałam mu o bracie… Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe. Zwłaszcza, że nawet o tym wtedy nie wiedziałam.

Mam również nadzieję, że uwierzy, że Mah jest jego siostrą. Nie wyglądał na przekonanego, raczej na zagubionego i lekko zdziwionego i zdenerwowanego.

- O co chodzi? – spytała Marie, gdy rodzeństwo poszło.

- O brata Mah i Valkyona, Lance’a.

- Więc to tak ma na imię? Hm. Ładnie – przekręciłam oczami. – Ale dlaczego… Valkyon tak zareagował? Jest jakimś buntownikiem?

- Eeee, prędzej samotnikiem. Kilka lat temu okazało się, że Lance nie żyje. Zginął podczas misji. Z jego ciała „ponoć”– zrobiłam cudzysłów w powietrzu, co dało znak Marie, że coś z tym jest na rzeczy – zostały szczątki, a chowaniec został wypatroszony - dyktowałam z pamięci, a raczej ze wspomnienia Miiko.

- Cc-o-o?

- Tak… Ale możliwe, że żyje.

- Jak to żyje, skoro znaleziono jego szczątki?

- Znaleziono jakieś szczątki, niekoniecznie jego, ale ciała nie.

- Mógł upozorować swoją śmierć?

- Nie wiem. Według Miiko, gdyby Lance żył, nie opuściłby brata, ale… skoro nie znaleziono jego ciała… zawsze trzeba mieć nadzieję.

- I wiarę.

- Dokładnie. Dobrze, chodźmy już.

- Dokąd?

- Oprowadzę cię – uśmiechnęłam się.

- Ok.

Ale oprowadzanie musiało jeszcze chwilę poczekać. W kiosku natknęłyśmy się na Elliota, który gdy tylko mnie zobaczył, wskoczył mi w ramiona. Stęskniłam się za nim! Mam wrażenie, że wieki minęły, odkąd ostatnio go widziałam!

- Erica! Tęskniłam za tobą!

- Ja za tobą też.

- Jak się masz?

- Bardzo dobrze! Do tego spotkałam ciebie, więc jest wspaniale! – mocniej się do mnie przytulił.

- A to kto?

- To jest… - przecież może ją pamiętać. – Moja kuzynka.

- Jak ma na imię?

- Marie.

- Jaka śliczna! Wygląda na miłą.

- I jest miła – uśmiechnęłam się promiennie, to samo zrobiła Marie.

- Hej, mały – spróbowała do niego podejść, ale ten skulił się i jeszcze mocniej do mnie przytulił.

- Nie bój się, to moja kuzynka, nic ci nie zrobi.

- Ona... to ona…

- Spokojnie, nic ci nie zrobi, przysięgam! – podniosłam lekko jego główkę, aby spojrzał mi w oczy, starając się nie wylać jego energii witalnej. – Ufasz mi?

- T-tak…

- Zaufaj też Marie, uwierz mi, że ona uwielbia dzieci!

- Naprawdę?

- Tak. O tym, co wydarzyło się w przeszłości już zapomnijmy. Jak widzisz, i ona wygląda już inaczej.

- Prawda…

- Mogę już do niego podejść?

- Tak. Jeśli się zgodzi. Elliot?

- Tak.

Marie podeszła do niego i pogłaskała jego policzek, a potem połaskotała po dziobie.

- Ahahaha, ahhyhyhyahaha! – mały skręcał się lekko, co było dla niego trudne, zważywszy na to, że go trzymam.

Szepnęłam Marie, żeby uważała na wodę, którą miał na główce i żeby jej nie rozlała. Przestała łaskotać kappę.

- Hahaha, dziękuję – uśmiechnął się do niej, co odwzajemniła. Po chwili usłyszeliśmy, jak Leodille go woła. – Muszę już isc – postawiłam go na ziemi. – Do zobaczenia! – chciał już odbiec, ale zatrzymałam go.

- Czekaj! – odwrócił się do mnie. Ukucnęłam przy nim. – Możesz powiedzieć Mery’emu, że już wszystko rozumiem i pozdrowić go i jego mamę?

- Tak!

- Mam lepszy pomysł – powiedziała Marie, a my spojrzeliśmy na nią. – Najlepiej, to pozdrów wszystkie dzieciaki i ich rodziców!

- Dobrze! Pa! – pomachał nam i odbiegł, a ja wstałam.

- Dlaczego tak się mnie bał?

- Eeeh… Kiedy indziej ci opowiem – albo najlepiej nigdy. – Wracajmy do oprowadzania.

Pokazałam jej wszystkie miejsca, do których miałam wstęp. Na widok biblioteki bardzo się ucieszyła – uwielbia czytać. Mam nadzieję, że będzie miała, co. Biblioteka coraz lepiej działa, co bardzo mnie cieszy. Mimo, że ta kreatura nie była z mojej winy, miałam w tym jednak jakiś udział.

Z przychodnią było ciężej – nie mam tam wstępu, ale jeden z pielęgniarzy, Mathyz, wyszedł z niej akurat, gdy byłyśmy pod jej drzwiami, więc mogła zobaczyć, jak wygląda.

Oczywiście Mathyz zapytał nas, czy nic nam nie dolega, a ja po odpowiedzeniu mu, przedstawiłam mu Marie-Anne. Uśmiechnęli się i podali sobie dłonie. Marie z każdym zawsze się tak wita i wygląda na to, że nauczyła tego Mathyza, bo na początku był zdziwiony jej powitaniem. I tak szczerze mówiąc, rzadko widziałam, żeby ktoś w Eldaryi witał się podaniem sobie dłoni, co jakoś mnie nie zdziwiło.

Mathyz pożegnał nas mówiąc, że ma jeszcze kilka kursów pomiędzy targiem, a przychodnią, więc oczywiście dałyśmy mu iść.

Najtrudniej było z Kryształową Salą. Nie znam zaklęcia, które ją chroni. A poza tym, nie wiem, czy mogę wchodzić tam z Marie…

- Córka Wyroczni naprawdę potrzebuje zaklęcia, żeby wejść do pomieszczenia, w którym znajduje się Kryształ i w sumie „dom” jej matki?

- Eh… Raczej nie…

No właśnie – założyła ręce i czekała, aż zrobię coś, by wejść do Sali.

Ale… Co mam zrobić?

Po chwili myślenia, jak wejść do Kryształowej Sali, zauważyłam błękitne promienie z dołu i Marie, która poderwała się z miejsca i z fascynacją wpatrywała się w moją dłoń. Spuściłam głowę i zobaczyłam, że pojawiła się na niej mała błękitna kuleczka, która świeciła intensywnym światłem. Przypominało mi ono kolor mórz i nieba. Było tak piękne i czyste, że nie chciało się spuszczać z niego wzroku.

Spojrzałam znowu na blokadę. Podeszłam do niej, wyciągnęłam rękę i otworzyłam dłoń, w której znajdowało się światełko.

Światło oblało całą blokadę, która zaczęła dość szybko zanikać, aż w końcu całkiem zniknęła.

- No to co, możemy wejść?

- Chyba… nie wiem… Marie! – nim się obejrzałam, Marie zaczęła wchodzić po schodach. Spojrzałam szybko na swoją dłoń. Światło zniknęło, mogłam ruszyć za Marie. Okazało się, że zdążyła wejść już do Kryształowej Sali.

- Oo, to tutaj się schowaliście – usłyszałam jej zadowolony głos, jakby właśnie przyłapała uciekinierów na ucieczce.

- Dobiegłam do drzwi i weszłam za nią. Okazało się, że w Sali znajdowała się cała Straż, prócz Jamona i Valkyona.

- Wiedziałam, że to nie będzie dobry pomysł… - westchnęłam.

- Dlaczego? Co to za zebranie?

- Zebranie Lśniącej Straży.

- Czekaj, Lśniąca… - zamknęła oczy  po chwili je otworzyła. – To ta najważniejsza, co sprawuje władzę nad Kwaterą, tak?

- Skąd ty to wiesz? – zdziwił się Nevra.

- Erica już trochę tu jest, więc opowiedziała mi co nieco.  

- Racja…

- A ty to kto? – założyła ręce.

- Nevra – uśmiechnął się.

- Hm… - znowu zamknęła oczy i po chwili zamyślenia je otworzyła. – Szef Straży Cienia?

- Bingo.

- Widzę, że dużo jej opowiedziałaś – zwróciła się do mnie Miiko.

- Miałyśmy na to kilka godzin.

Marie-Anne zaczęła rozglądać się po całej Sali. Na widok Kryształu uśmiechnęła się. Wygląda na to, że Kryształ jej się podoba. Zilustrowała wszystkich znajdujących się tutaj. Gdy jej wzrok zatrzymał się na Huang Hua, zmarszczyła brwi. Huang Hua też się jej przyglądała, ale nie ze zdziwieniem, raczej… podejrzeniem.

W końcu oderwała od niej wzrok i przeszła na kolejną osobę, którą okazał się być Ezarel. Gdy na niego spojrzała, wystraszyła się, on to samo. Marie zesmutniała, a jej oczy momentalnie się zaszkliły. Szybko jednak zamrugała i odwróciła głowę w moją stronę.

- Skoro to zebranie Lśniącej Straży, czyli tej najwyższej, to ty też powinnaś tu być.

- Dlaczego? Nie należę do Lśniącej Straży.

- A powinnaś.

- Marie-Anne, Erica ma rację. Nie należy do Lśniącej Straży, więc nie może przebywać na naszych zebraniach, jeśli nie zostanie tutaj zaproszona – powiedział Nevra.

- Czy Wyrocznia mogłaby uczestniczyć w waszych spotkaniach?

- Jak najbardziej!

- W takim razie, dlaczego Erica nie może? Jest przecież jej Córką i... - szybko położyłam dłoń na jej ustach. Melyem powiedziała, żeby nie mówić Lśniącej Staży, że jestem Wyrocznią, a to właśnie Marie chciała powiedzieć.

- W sumie tak. Ale i tak nie należy do...

- Do jasnej Anielki, w takim razie ją dodajcie, czy przyłączcie! To obraza honoru Eldaryi, żeby... - spojrzała na mnie, zamyślając się na chwilę. Chyba zrozumiała, dlaczego nie pozwoliłam jej powiedzieć im o drugiej Wyroczni. - Żeby Córka..., Władczyni..., tego świata była tak traktowana! - starała się dobierać słowa.

- Tak, czyli jak? - wtrącił się Ezarel. Mam wrażenie, że Marie mimo wcześniejszych emocji, spiorunowała go wzrokiem. Trochę ją zdenerwował...

- Nie pozwalacie jej dołączyć do najważniejszej Straży tutaj, choć nie tyle, co ma do tego pełne prawo, to obowiązek, a na dodatek wiele przeszła też dla tego świata i wiele razy udowodniła wam, że zasługuje na dołączenie do niej! Poza tym, powinniście byli pomyśleć, że ktoś taki, jak ona ma nawet obowiązek do was dołączyć, a dla was byłaby to wielka chluba. I zobaczcie nawet, Córka Wyroczni należy do Lśniącej Straży, przez co cała Straż jest w najlepszych rękach, w jakich mogła być. A tutaj się okazuje, że sami najważniejsi, najsilniejsi i tak dalej nie pomyślą nawet o tym, żeby choćby zaproponować jej dołączenie. O niczym nie myślicie, a nawet, jeśli, to często wychodzi to na złe, a odkąd Erica pojawiła się w Eldaryi wszystkim żyje się lepiej i ogólnie bardzo się poprawiło, a nawet to nie przemówiło wam do rozsądku! Co za idioci są w ogóle w tej całej Lśniącej Straży?! – szybko poderwałam się z miejsca i przycisnęłam dłoń do jej ust, a drugą rękę położyłam na jej ramieniu.

- Eeeh… Ona jeszcze musi dokończyć odpoczywanie. Marie, chodźmy stąd – spróbowałam pociągnąć ją w stronę wyjścia, ale ciągle się wyrywała. Wiedziałam jednak, jak ją „ujarzmić”. – Jutro dostaniesz naleśniki z czymkolwiek chcesz – szepnęłam jej, a ona przestała się wyrywać. Kątem oka spojrzała w bok i kiwnęła głową, po czym obróciła się tak gwałtownie, że nawet ja stanęłam twarzą do drzwi.

- Jak to zrobiłaś? – spytał zadziwiony Ezarel. Odwróciłam się do niego.

- Ee. Dobrze ją znam – odwróciłam się w stronę wyjścia i zobaczyłam, że Marie już wyszła. – Marie! – chciałam za nią pobiec, ale ktoś złapał mnie za rękę. Okazało się, że była to Miiko.

- Erico, możemy porozmawiać na osobności? – potaknęłam głową i poszłam za Miiko. Zaprowadziła mnie na schody.

- O co chodzi?

- Erico… Chciałabym z tobą porozmawiać o twojej siostrze i kuzynce…

- Wpierw przepraszam za to, co przed chwilą powiedziała…

- Nie, nie przepraszaj za to. Właściwie… To ona ma rację.

- Jak to?

- Moglibyśmy pomyśleć, kim jesteś i choćby przez to zaproponować ci dołączenie do Lśniącej Straży, a wcześniej otworzyć oczy na wszystko to, co zrobiłaś dla nas i całej Eldaryi, a także na twoją mądrość. To już było wystarczające, a ty zrobiłaś o wiele więcej, niż którekolwiek z nas kiedykolwiek. Huang Hua już kilka razy zwróciła nam na to uwagę, ale nie pomyśleliśmy o tej propozycji dla ciebie. My wszyscy, oprócz Leiftana – serce mi stanęło. – On, jako jedyny z nas proponował to samo, co Huang Hua – co? Leiftan chciał, żebym dołączyła do Lśniącej Straży? - Ale ostateczna decyzja należała do mnie… A ja nie zwróciłam na to żadnej uwagi…

- Nic się nie stało. I tak czułam się, jak wy wszyscy, a poza tym, nieraz czułam się też, jak członek Lśniącej Straży. I czasami nawet wyglądało to, jakbym naprawdę nim była…

- I niedługo się nim staniesz.

- Co?

- Nie tyle, co ci proponuję, ale, jak to powiedziała Marie-Anne, masz obowiązek do nas dołączyć.

- Rozumiem…

- A co do Marie-Anne...

- Ona też ma dołączyć do Straży, tak?

- Tak, ale ona ma możliwość wyboru. Dołączy, jeśli będzie chciała.

- Mogę ci obiecać, że niedługo zyskasz nową Strażniczkę!

- Wspaniale. Rozumiem, że tak samo z Quile i Rianą?

- Co?

- One jeszcze nie należą do Straży, a mimo to, zachowują się, jakby tak było.

- Ale skoro nie są jeszcze Strażniczkami, to dlaczego popłynęły z nami na wyspę? To nie była misja Straży?

- Nie. Decyzję o tej wyprawie podjęła twoja siostra, a do prawie wszystkiego, co ona zdecyduje, nie możemy się wtrącać. To nie była misja Straży, tylko wasza własna.

- Hmm… Myślę, że w takim razie one też będą chciały dołączyć.

- Naprawdę?

- Tak.

- To jeszcze lepiej! Ale co do nich, mam jeszcze jedno pytanie.

- Jakie?

- Po twojej reakcji na ich pojawienie się tutaj, myślę, że raczej nie znasz ich z Ziemi?

- Nie, ich nie. Choć ciągle mam wrażenie, że już je spotkałam - a nawet dobrze znałam…

- Hmm… Nie wiem, czy to ma do tego jakieś znaczenie, ale wydaje mi się, że twoja siostra i te dwie dobrze się znają.

- Naprawdę?

- Tak. Często ze sobą rozmawiają. Wydaje mi się, że nawet coś omawiają. Często też widzę, że to, co mówi im twoja siostra nie bardzo podoba się Quile, a czasami też Rianie.

- Hm. To mnie nie dziwi.

- Dlaczego?

- Mam wrażenie, że Quile nie przepada za Melyem. Riana zawsze próbuje ją uspokoić, gdy ona wybucha na nią, lub już mało brakuje, żeby do tego doszło. Raz nawet wspomniała o jakichś decyzjach, które kiedyś popełniała Melyem. Nazwała je głupimi.

- Czyli musiały znać się już wcześniej.

- Tak sądzisz?

- Tak. Inaczej nie miałyby ze sobą takich relacji – hmm…

- Chyba masz rację.

- Mam jeszcze jedną sprawę. Dotyczy ciebie i twojej siostry.

- O co chodzi?

- Na pewno zauważyłaś, że ostatnio w ogóle ze sobą nie rozmawiamy, a wręcz nie natykamy się na siebie.

- Tak… Dlaczego tak jest?

- Twoja siostra…

- Erica?

- Melyem! – podskoczyłam. Czuje się, jakbym została przyłapana na spiskowaniu przeciw niej…

- Co robicie?

- J-już nic. Muszę wrócić na zebranie – już miała się odwrócić, ale się zatrzymała. – Wiecie, gdzie jest Valkyon?

- Rozmawia z Mah – odpowiedziałam.

- Że co?! Teraz? Gdy jest zebranie?!

- Daj im spokój, niech porozmawiają. Muszą to w końcu zrobić.

- Dlaczego?

- Przecież są… - zaraz, ona nie wie, że Mah jest siostrą Valkyona. A jeśli jej to powiem, domyśli się, że Valkyon jest… jest smokiem. Hm… może lepiej zachowam to teraz dla siebie. – Po prostu muszą porozmawiać.

- Hm… Dobrze – mimo, że nie wyglądała na przekonaną, wróciła na zebranie.

- O czym rozmawiałyście? - Melyem zwróciła się do mnie.

- Głównie o moim dołączeniu do Lśniącej Straży…

- Masz dołączyć do Lśniącej Straży? Nareszcie! Byłam ciekawa, ile im to zajmie.

- Co?

- Pomyślenie o tym, że Córka Wyroczni ma obowiązek należeć do Lśniącej Straży, a ciągle tak nie jest. A nie… To niemożliwe, żeby na to wpadli! Jak to się stało?

- Marie im wygarnęła.

- I wszystko jasne. Bardzo dobrze zrobiła.

- Nie możesz mieć im tego za złe. Ani Miiko…

- Dlaczego? Bo nie dokończyła szkolenia i nie potrafi podejmować dobrych decyzji?

- Co, skąd to wiesz?

- Przepytałam trochę Ykhar, głównie o członków Lśniącej Straży.

- Przepytałaś, czy przeraziłaś na śmierć?

- Przecież muszę wiedzieć, gdzie i w jakim towarzystwie przebywa moja siostra.

- Raczej przebywała… Ostatnio nie mam z nimi w ogóle kontaktu… - gdy to powiedziałam, na jej twarzy pojawił się maleńki uśmiech, a w oczach iskierki zwycięstwa. Co?

- Mówiłaś, że rozmawiałyście „głównie” o twoim dołączeniu do Lśniącej Straży, o czym jeszcze?

- Emm… O przyłączeniu Marie do Straży, Quile i Riany – nie będę jej mówić o podejrzeniach Miiko i o tym, że chciała powiedzieć mi o czymś, co dotyczy Melyem.

- Hm, i tyle?

- Mniej więcej, tak – odwróciłam wzrok. Mimo, że to nie jest kłamstwo, nie jest też całkowitą prawdą.

- Hmm… Dobrze. A teraz musisz mi wybaczyć, ale mam coś do powiedzenia Lśniącej Straży, zwłaszcza Miiko. A na ciebie czeka Marie-Anne.

- Gdzie jest?

- Czeka przed schodami. Zobaczymy się później – pomachała mi i ruszyła w stronę Kryształowej Sali, a ja zeszłam ze schodów. Marie już tam na mnie czekała.

- No nareszcie! Co ty, gadałaś z wszystkimi po kolei?

- Nie. Tylko z Miiko i Melyem.

- Zrobiłyście sobie własne zebranie?

- Nie narzekaj, wcale nie czekałaś tak długo!

- Nom. W sumie. No dobra, to gdzie teraz idziemy?

- Hmm… Pokazałam ci już wszystkie miejsca, więc… nie wiem.

- W takim razie, znajdźmy Mah.

- Pod warunkiem, że już skończyła rozmowę z Valkyonem – gdy to powiedziałam, zobaczyłam Valkyona zbliżającego się do nas. Wzrok miał utkwiony w podłodze. Pewnie idzie teraz na zebranie.

- I jak… - zaczęła Marie, ale urwała, gdy zorientowała się, że Valkyon jest głęboko zamyślony. Na pewno wie, dokąd ma iść, bo już dobrze zna te korytarze. – Czy mi się wydaje, czy Mah go przekonała?

- Dowiemy się, jak ją znajdziemy.

Ruszyłyśmy w stronę targu, ale gdy byłyśmy przed wyjściem, poczułam jakby czyjąś obecność obok siebie. Odwróciłam się, ale nikogo oprócz Marie obok mnie nie było.

- Czemu się tak rozglądasz?

- Mam wrażenie, że ktoś jest obok mnie. Nie chodzi mi o ciebie, czuję czyjąś obecność…

- To normalne dla Aengel?

- Nie wiem – zaczęłam obracać się wokół własnej osi. W pewnym momencie poczułam coś podobnego do przyciągania ziemskiego, ale na szczęście lekkiego. Odruchowo podniosłam głowę, a mój wzrok napotkał drzwi do Sali Alchemii.

- Tam przypadkiem nie była ta cała alchemiczna sala? – spytała, gdy zorientowała się, gdzie patrzę.

- Tak.

- Co? Idziemy upiec kiełbaski nad niebieskim ogniem?

- Niebieskim ogniem? – obróciłam głowę w jej stronę, co było trochę trudne, zważając na przyciąganie, które się zwiększyło.

- No co? A nie da rady takiego tu zrobić? – rozłożyła ręce.

- Da się – od razu pomyślałam o Miiko i o teście, który musiałam zrobić na samym początku przybycia tutaj, aby udowodnić wszystkim, że jestem tylko zwykłym człowiekiem. I pomyśleć, do czego to wszystko doprowadziło… Jak w jakimś fantasy.

- No właśnie. To co? Idziemy na te kiełbaski? – zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, Marie ruszyła w stronę Sali Alchemii.

- Ty naprawdę zrobiłaś się już głodna, czy żartujesz?

- Jeszcze mnie nie znasz?

- Czyli żartujesz.

- No właśnie.

Ruszyłam za nią. Gdy otworzyłam drzwi, zrozumiałam, co tak mnie tu ciągnęło.

- To tutaj jesteś!

- Jak długo mnie szukałyście? – Mah odwróciła się do nas.

- Niedługo. E wyczuła tutaj czyjąś obecność i ją tu przygnało.

- Aha. To jakaś zdolność Aengel?

- Nie wiem – przyznałam. - Ale przynajmniej przyprowadziła nas tutaj.

- Ja nie narzekam – uśmiechnęła się Marie, a za nią Mah. Ja również się uśmiechnęłam i pokręciłam lekko głową.

Podeszłyśmy do białowłosej i zauważyłyśmy, że intensywnie się w coś wpatruje. Marie wychyliła głowę zza jej ramienia i starała się wymierzyć wzrokiem w to, na co Mah patrzyła.

- Co to jest? – spytała Marie.

- Valkyon mówił mi, że do otwarcia portali faery potrzebują czegoś takiego, jak „esencja smoka” i „oko smoka”.

- I niby kiedy zdążył ci to powiedzieć? Jak cały czas chodzi taki zamyślony – zareagowała Marie.

- Pytał mnie, jakim cudem wylądowałam na Ziemi, a ja mu powiedziałam, że przez portal. Wtedy powiedział o tych tu cudeńkach – wskazała na rzeczy, którym się przyglądała. Okazało się, że była to fiolka z niebiesko-biało-czerwonym płynem i czerwono-biały klejnot – i zapytał, czy w dniu, w którym do was trafiłam widziałam je.

- No i?

- Nie widziałam takich fiolek, ani klejnotu, ale widziałam takie kolory.

- I myślisz, że to to?

- Tak czuję.

Po paru sekundach wzięła klejnot do prawej dłoni, a płyn do drugiej.

- Co ty robisz? – spytałam lekko przestraszona. Nie wiem, czy powinna to choćby trzymać...

- Jestem ciekawa, czy to to.

- I jak zamierzasz się tego dowiedzieć? – spytała Marie.

- Jeszcze nie wiem.

- Nie powinnaś tego brać – powiedziałam zmartwiona. A jeśli coś się stanie? To może być niebezpieczne nawet, gdy się to trzyma, zwłaszcza, gdy jest się z tej rasy, co ona! Ona jest smoczycą, ale to wcale nie oznacza, że potrafi tego używać, albo cokolwiek z tym robić!

- Wyluzuj – zaczęła obracać klejnot między palcami. Nigdy nie lubiłam, gdy ona, albo Marie mówiły mi „wyluzuj” i to zostało do dziś!

- Mah…

- Oj, no weź… - nagle poluzowała uścisk w lewej dłoni, a fiolka z, jak mi się wydaje, esencją smoka spadła i roztłukła się na podłodze, wylewając przy tym płyn, który zaczął dymić. Zaczęłyśmy kaszleć, a czerwono-biało-niebieski dym dotknął oka smoka, które zaczęło świecić.

- MAH! – wyciągnęłam rękę, aby zabrać jej z ręki klejnot, ale gdy go dotknęłam rozbłysło oślepiające światło. Gdy otworzyłam oczy, nie byłyśmy już w Sali Alchemii, ale… W Alei Łuków?

- Co się stało?

- Chyba nas teleportowałaś. Ale gdzie jest Marie?

- Ymmm, może nie ma jej tutaj, bo nie dotknęła oka smoka?

- Możliwe. Wracajmy do niej. I nie wasz mi się więcej dotykać tych rzeczy, przynajmniej, dopóki nie nauczysz się, co masz z nimi robić! – pogroziłam jej palcem.

- Dobrze, psze pani – zachichotała.

- Łoh… - westchnęłam. Współczuję wszystkim nauczycielom, którzy próbowali kiedyś uspokoić Mah i Marie.

Już miałam iść w stronę Kwatery, gdy usłyszałam głos… Leiftana…

- Erica?

- Hm? – aż się boję wiedzieć, co tym razem mi powie…

Odwróciłam się. Obok niego szedł Chrome, który mi pomachał. Odwzajemniłam gest.

- Dobrze, że cię widzę.

- Naprawdę?

- Tak. Szukałem jakiejś dobrej duszy, która mogłaby mnie wesprzeć swoją silną ręką – to mi coś przypomina…

- Ah tak? O co chodzi? – mimo tego, że to dziwne.

- Tak naprawdę, to nie misja, chodzi raczej o dobry uczynek.

- Naprawdę? Jaki?

- Potrzebuję pomocy przy sprzątaniu tych wszystkich dekoracji, które Karuto rozwiesił w kuchni.

Chyba się przesłyszałam.

Zamrugałam kilka razy.

- Czy chodzi ci o te obrusy, które położył, gdy mieli przyjechać do nas Huang Hua i Feng Zifu?

- Tak.    

Teraz to już zgłupiałam… On sobie ze mnie żarty robi?

- Ale… My je już dawno zdjęliśmy….

- Eh… Nie, nie zdjęliśmy. Właśnie pytam cię, czy byś mi pomogła.

- Leiftan, dobrze się czujesz?

- Jak najbardziej.

- Więc dlaczego mówisz, że jeszcze nie zdjęliśmy tych obrusów? Zrobiliśmy to już… kilka miesięcy temu.

Nic nie odpowiedział. Zamiast tego podszedł do mnie i położył mi dłoń na czole. Mimowolnie zamknęłam oczy. Tęsknię za jego dotykiem…

Po chwili zdołałam otworzyć oczy i spojrzeć w jego. On… On mnie już nie nienawidził… On się o mnie naprawdę martwi! Ale… jak to?

- Nie masz gorączki – zabrał dłoń z mojego czoła i cofnął się o kilka kroków. Chrome uderzył dłonią w czoło, a Mah się na to zaśmiała.

- Serio? – narzekał wilkołak.

- Nie narzekaj – odpowiedział mu Leiftan, a Chrome spojrzał na niego.

Zaraz po tym oboje uświadomili sobie, że ktoś się przed chwilą śmiał. Spojrzeli w kierunku, skąd dochodził wcześniejszy śmiech.

- A to kto? – spytał Leiftan, a ja zbladłam, tak samo, jak Mah.

- Żarty sobie ze mnie stroisz? – i wygląda na to, że ją zdenerwował…

- Eh, nie. Kim jesteś?

Zapadła chwila ciszy, którą zdołałam przeciąć.

- To jest Mahdilia, moja przyjaciółka z dzieciństwa… - zobaczyłam na ich twarzach niemałe zaskoczenie.

- Jak się tutaj pojawiła?

- Właściwie… - spojrzałam na Mah. Wyglądało na to, że ma dość tej sytuacji. – To się nie pojawiła. Ktoś ją tutaj przyprowadził.

- Kto? Ty? – dołączył się do rozmowy Chrome.

- Em, nie. Ale przyznam, że jest mi to na rękę.

- Mnie też – uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam jej uśmiech.

- No dobrze, kiedy się tu pojawiła? – Leiftan wrócił do pytań. On tego wszystkiego nie pamięta? Bo raczej nie robi sobie ze mnie żartów. Chyba, że jest naprawdę dobrym aktorem, ale dlaczego Chrome w takim razie nic nie robi?

- Sto lat temu! – rzuciła znowu zdenerwowana Mah. Posłałam jej wymowne spojrzenie.

- Kilka…

- Dni temu – dokończyła za mnie Mah. Kilka dni… Dobrze.

- I gdzie przez cały ten czas byłaś? – czułam, że nam nie wierzy.

- W Kwaterze Głównej, id… - szybko przycisnęłam dłoń do jej ust. Mah, nie mów tego…

- Uspokój się, Mah…

- Mah? – znowu usłyszałam Chrome’a.

- Nie, królowa Bona – dopiero teraz zorientowałam się, że poluzowałam uścisk na jej twarzy.

- Mah, proszę cię… „Mah” to jest skrót od „Mahdilii”.

- Aha – zaczął przyglądać się mojej dłoni spoczywającej na ustach Mah i jej reakcji. – Z nią jest wszystko ok?

- Tak, jest tylko… trochę zdenerwowana – spojrzałam na nią. Jej wyraz twarzy mówił „trochę zdenerwowana?!”. Ok, jest wściekła.

- A więc, przez cały ten czas byłaś tutaj, w Kwaterze Głównej, tak? – spytał Leiftan. On nam naprawdę nie wierzy…

- Tak – odpowiedziała, gdy uznałam, że mogę zabrać od niej dłoń.

- Gdzie nocowałaś?

- To oczywiste, w pokoju E – zauważyłam, że Chrome chce coś powiedzieć, ale nie zdążył. - Nie mam jeszcze własnego pokoju i nie chcę mieć. To to sobie zapamiętaj!

- Dobrze… Ale mówisz, że przez kilka ostatnich dni byłaś w pokoju Erici – potaknęła głową. – A wychodziłaś z niego?

- Tak, to oczywiste.

- Dokąd wychodziłaś?

- Po całej Kwaterze się pętałam! – wybuchnęła. Tym razem nic nie robiłam.

- Gdyby tak było, zauważylibyśmy cię, a nikogo o imieniu Mahdilia do teraz nie znałem, tak samo, jak twojego wyglądu.

- Żartujesz sobie ze mnie? Znasz mnie, nawet ze mną rozmawiałeś.

- Eh… nie?

- Leiftan, ja cię naprawdę ostrzegam, ty mnie nie denerwuj!

- Mah, uspokój się – położyłam jej rękę na ramieniu.

- On sobie chyba jakieś żarty robi! Zna mnie, rozmawiał ze mną, wie nawet, jakiej rasy jestem i co łączy nas trzy, a… Ej, a kogoś takiego, jak „Marie-Anne” znasz?

- Marie-Anne? Nie.

- Nie no, zabije.

- Mah… Proszę…

- O co jej chodzi? – spytał Leiftan.

- Z nią jest coś nie tak? –zapytał ponownie Chrome.

- Nie. Po prostu… - westchnęłam i podeszłam do nich. – To, co mówi Mahdilia to prawda. Naprawdę ją znacie, tak samo, jak osobę o imieniu „Marie-Anne”. I to jeszcze nie wszystko. A obrusy Karuto już dawno zdjęliśmy, choć pamiętam, że wolałam tego nie robić, bo przez to było mu naprawdę przykro… Ty wtedy powiedziałeś, że „czasem trzeba być tym złym” – Leiftan na chwilę znieruchomiał.

- Erico… Ale…

- A jednak. Ale… Mam do ciebie pytanie – muszę wiedzieć, czy „znowu” mnie kochasz. Możesz skłamać, ale wiem, jak dojść do tego, czy mówisz prawdę.

- Jakie?

- Czy ty mnie nienawidzisz? – otworzył szeroko oczy, a Chrome wahał się, czy znowu uderzyć się w czoło, czy roześmiać.

- Czy on cię nienawidzi? Dziewczyno, jest wręcz na odwrót!

- Chrome… - Leiftan spojrzał na niego, a ten natychmiast ucichł. Zaraz po tym odwrócił się do mnie. – Erico, ja miałbym nienawidzić ciebie? Nigdy!

- Oh… - widzę w jego oczach, że nie kłamie i jest oburzony tym, co powiedziałam. A Chrome mógł mieć na myśli uczucia, które Leiftan żywi do mnie bez zaklęcia Molocha. – Hm – spuściłam na chwilę głowę. Podniosłam ją i podeszłam do Chrome’a. Teraz będzie musiał powiedzieć mi prawdę. – Chrome, powiedz mi prawdę, na to, jak bardzo mnie sobie cenisz.

- Eh… No dobrze. Co mam ci powiedzieć?

- Czy wy naprawdę nigdy nie widzieliście Mahdilii?

- Nie.

Cofnęłam się o kilka kroków. Chrome by mnie nie okłamał, zwłaszcza nie teraz. A to znaczy, że…

Jesteśmy w przeszłości.



__________________________________________________

7283 wyrazy. Zaszalałam... Chyba już więcej nie będę pisać takich długich rozdziałów (nie cierpię ich sprawdzać XD myślałam, że nigdy tego nie skończę... XD Tak to jest, gdy chcesz połączyć dwa rozdziały, bo uznajesz, że ten pierwszy kończy się w mało ciekawym momencie).

Gdybyście zauważyły jakieś błędy, to please, piszcie!



Do następnego! :*

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.