FANDOM


- Marie! Obudziłaś się! – krzyknęłam, gdy dziewczyna otworzyła oczy. Czułam ogromną radość z tego powodu.

- T-tak...

- Pamiętasz coś z wczoraj? – spytałam z małą nadzieją i obawą.

- Tak... I... Przepraszam... - spuściła głowę.

- Nie masz za co... - uśmiechnęłam się pobłażliwie i łagodnie, dotykając dłonią jej włosów, aby je pogłaskać.

- Ja się na ciebie rzuciłam! Na ciebie i Mah! Chciałam was zabić! Oh... - chwyciła się za głowę.

- Marie, co się stało? – podniosłam się z krzesła, na którym siedziałam, ale ona dała mi znak, żebym usiadła.

- Nic... Tylko głowa mnie boli – muszę się znowu przyzwyczaić do tego „nic", a potem wszystko na raz... Haha.

- Powinnaś jeszcze odpocząć.

- Nie. Muszę jeszcze porozmawiać z Mah.

- Zaraz... - nie dokończyłam, bo drzwi otworzyły się na oścież, a przez nie, jak tornado wparowała Mahdilia. Zamknęła je szybko, z trzaskiem i podbiegła do mnie. Chyba nie zauważyła, że Marie już się obudziła...

- E! Nie uwierzysz! Jakiś facet zaczął mnie podrywać! I to nie uwierzysz, jak... - mruknęła niezadowolona. - Co za palantowate durnie są w tej Straży?!

- I co mu zrobiłaś? – spytała rozbawiona Marie, obserwując zabawne ruchy i reakcje Mah.

- Dałam z liścia. Marie! – Marie roześmiała się, a Mah po prostu na nią rzuciła. Uśmiechnęłam się na ten widok.

- Haha! I to jest nasza Mah! Nic, tylko dawać z liścia! Oj, Mah. Jak ja się stęskniłam za tobą i tym twoim humorkiem! – powiedziała, gdy się od siebie odsunęły.

- Szkoda, że nie byłaś z nami wczoraj na „Titanicu" – zrobiłam cudzysłów w powietrzu - gdy płynęłyśmy po ciebie. Razem z Quile tak się wygłupiały, że ani ja, ani Melyem, ani nawet Riana nie mogłyśmy wytrzymać ze śmiechu!

- Naprawdę? – zachichotała. – Titanicu? – zmarszczyła jedną brew i uniosła drugą.

- No to tak... – Mah zaczęła opowiadać, o jakiego „Titanica" chodziło, na co Marie tylko się zaśmiała. Potem opowiedziała jej całą naszą podróż.

- No to nieźle.

- I to jak! Strasznie szkoda, że cię tam wtedy nie było! – żałowała i narzekała Mah.

- Znając ciebie, na bank jeszcze nadarzy się podobna okazja.

- Oj tak!

- No dobra. A teraz mam kilka pytań.

- Dawaj!

- Kto to jest: Quile, Riana, Melyem i Merket?

Oczywiście, to Mah jej wytłumaczyła. Mina Marie, gdy tego słuchała, mówiła za siebie. Nie mogła w to uwierzyć. A przynajmniej tak się mówi. Wierzy w to, ale to jest niesamowite. Marie co jakiś czas spoglądała to na mnie, to na Mah, cały czas słuchając jej z uwagą. Wydawała się być też przestraszona.

Mah powiedziała jej prawie wszystko. Wszystko, oprócz Leiftana i Quile. Nie wspomniała też imienia Molocha, tylko po prostu jego samego, a raczej, co zrobił, bo, jak to ujęła „nie będzie wypowiadać imienia tego durnia z piekła rodem".

Gdy Mah skończyła opowiadać, minęło jakieś pięć, czy dziesięć minut, podczas których Marie uświadamiała sobie, co właśnie usłyszała, i zaczęło burczeć jej w brzuchu.

- Kiedy ostatnio jadłaś? – zapytała białowłosa.

- A bo ja wiem. Z jakieś... cztery, pięć, sześć dni temu? – przymknęła oko.

Mah zamrugała kilka razy, a ja nie mogłam uwierzyć.

- No co? Niby kiedy i co miałam zjeść?

- To jak ty się żywiłaś na tej wyspie? – spytałam oszołomiona. Zdziwiłam się też, że jak dotąd, Mah nie odezwała się na ten temat.

- Nie pamiętam – odwróciła wzrok, próbując sobie przypomnieć. Po chwili chyba jej się to udało, bo otworzyła szeroko oczy, ale też się przestraszyła i skuliła. Nie chciała o tym mówić. Nie nalegałyśmy, aby to zrobiła. Nie teraz. – Ej, ale E robiła sobie podobne głodówki! – zwróciła mi uwagę.

- To nie były żadne głodówki! – zaprzeczyłam.

- Nie, no skąd! – odezwała się Mah. – Ty po prostu nie byłaś głodna. I tak, że prawie w anoreksję wpadłaś. No, w czasie postu, to ja rozumiem, że ledwo niecałe dwa cieniutkie naleśniczki bez niczego w ciągu całego dnia zjadłaś i to na samym jego końcu, a nawet głodna nie byłaś, a nie, czekaj... Nie, tego też nie rozumiem – Marie zachichotała, ale tylko przez chwilę.

- No co?

- Burczało ci w brzuchu, a ty i tak mówiłaś, że nie jesteś głodna – dodała Marie, ale znacznie spokojniej, niż Mah.

- Cytuję „może i burczy mi w brzuchu, ale nie jestem głodna. Czuję pustkę, ale nie chce mi się jeść". Dieta cud, normalnie! Nie wiem, jak ty to robiłaś. Ja bym z głodu umarła!

- Jak mama E – Marie się roześmiała.

- Nom... Ej. Ale, gdy nas już z tobą nie było, to kto wręcz zmuszał cię do jedzenia?

- Ym... Sama nie wiem. To dziwne, ale naprawdę nie pamiętam.

- Pamięć straciła. Super! – sarkazm w wykonaniu Mah jakoś zawsze daje do myślenia...

Marie znów zachichotała, a po chwili zamyślenia się odezwała.

- No dobra... Ale powiedziałyście mi tylko o twojej siostrze – spojrzała na mnie – twojej córce i o tej brunetce, która pojawiła się w Kryształowej Sali i o której chyba prawie coś wypaplałaś, ale w porę się opamiętałaś i przestałaś gadać – spojrzała na Mah, która się wystraszyła, ale nic nie powiedziała. Czy ona może wie coś o Rianie, czego mi nie powiedziała?

Nagle sobie o czymś przypomniałam i przerwałam ta krępującą Mah ciszę.

- Eymm... Marie, a czy ty nie mówiłaś, że nie jadłaś nic od trzech dni?

- Yae – Mah rozglądała się na boki, zdezorientowana. – J-już lecę! – i wybiegła z pokoju. Jeszcze szybko spojrzała na mnie w stylu spanikowanego „dzięki".

Pewnie zrobi, jak Quile i „zafajczy" Karuto dwadzieścia naleśników z Nutellą – i przez to pewnie zwabi tu Quile i Rianę. Chyba, że się pomyli i weźmie ser, to będzie musiała poprosić Quile o pomoc.

Gdy Mah wybiegła, Marie odezwała się.

- E... - zaczęła nieśmiało. Spojrzałam na nią. – Kim... Kim była ta dziewczyna, która się na mnie rzuciła i powaliła?

- Coś ci zrobiła? – spytałam przerażona. Nie wiedziałam jeszcze, czy Quile naprawdę jej coś zrobiła, czy Marie po prostu używa takich zwrotów. Nie wiem, co Quile o niej wie, więc mogła zrobić jej krzywdę.

- Nie, nic. Tylko powaliła mnie na ziemię i uniemożliwiła ruch.

- Uff... - to dobrze.

- Co to była za dziewczyna? – spojrzałam na nią spanikowana. Nie będzie bać się Quile, nawet, jeśli powiem jej, jaka jest? Już teraz jest przestraszona, gdy o niej wspomina.

- To... To była Quile – jeszcze bardziej się przestraszyła.

- K-k... Kim ona jest?

- Chodzi ci o rasę? To Wyższa Istota, tak samo, jak Riana.

W-Wyższa Istota?! – spięła mięśnie i otworzyła oczy z przerażenia.

- Tak, spokojnie! Co się stało?

- Ufasz jej?

- Nie mam powodów, by jej nie ufać...

- A ja mam...

- Jakie? – nie ukryłam zaskoczenia.

Wzięła głęboki wdech. Troszkę się uspokoiła, a raczej nad sobą zapanowała.

- Wyższym Istotom nie wolno ufać. A przynajmniej tym, którzy nie chcą mówić o sobie za wiele.

- Dlaczego? – zmarszczyłam brwi.

- Czy powiedziała ci, kim są Wyższe Istoty?

- A to nie jest ich prawdziwa nazwa? – i skąd ty o tym wiesz?

- To tylko taki „przydomek". Są niezwykle potężne i silne. Najpotężniejsza rasa, jaka kiedykolwiek istniała.

- Jak to „najpotężniejsza"?

- Wyższe Istoty to Aengel.

... Co...

- CO?! – Riana i Quile są Aengel?! Jak to? Dlaczego nic nie powiedziały?

- Tak... Ty, twoja córka i siostra jesteście godne zaufania, to wiem. Ale Quile i Rianie nie ufam.

- Dlaczego? Co takiego zrobiły? Albo... - przecież powiedziała, że nie ufa Wyższym Istotom i ma ku temu powody. – Czy ty już kiedyś spotkałaś Aengel?

Westchnęła.

- To przez Aengel nie przeszłam przez portal i stałam się tym, kim się stałam.

Patrzyłam na nią nie dowierzając.

- J-j... J-jak to? – wydusiłam z siebie.

- Gdy Ezarel otworzył dla mnie portal... nie chciałam w niego wejść ze świadomością, że już nigdy więcej nie zobaczę tego elfa. Ale z drugiej strony pamiętałam jeszcze o was. Was też nie chciałam zostawiać, i tego nie zrobiłam. A przynajmniej się starałam. Zostałam tutaj... Ale nie z własnej woli.

- Jak to „nie z własnej"?

- Chciałam przejść przez ten portal i prawie to zrobiłam. Ale, jak brakowało tylko kilku kroków, abym w niego weszła, ktoś zagrodził mi drogę. Był to właśnie Aengel. Zagroził mi, że jeśli w niego wejdę, wy zginiecie. Ezarel opowiadał mi o niebezpieczności tego świata, zwłaszcza dla ludzi i o tym, jak faery traktują Ziemian. A z wyglądu, tonu głosu i spojrzenia tego Aengel, wywnioskowałam, że jest w stanie to zrobić, a zabicie was nie byłoby dla niego najmniejszym problemem. Czułam, że był, że jest bardzo silny i niezwykle potężny. Nie mogłam tak ryzykować, nie poszłam dalej. Kazał mi się szybko schować. Stworzył iluzję, przez którą widać było, jak przechodzę przez portal. Nie wiedziałam, co się potem działo z Ezarelem, bo ten potwór zabrał mnie do chyba tego miejsca, w którym mnie znaleźliście. Kazał mi usiąść i na niego zaczekać. Nie ryzykowałam. Ale mimo jego czarnych skrzydeł, rogów i oczu, jak u upadłego anioła, bez obrazy, najbardziej przerażało mnie jego spojrzenie i wyraz twarzy. Nie kolor oczu, tylko ich wyraz i spojrzenie. Po kilku minutach wrócił, a w dłoni trzymał cztery śliczne, niebieskie kryształy. Podał mi je i kazał połknąć. Myślałam, że zgłupiał. W końcu, jak można połknąć kryształ i to taki?! I to jeszcze cztery! Naprawdę myślałam, że zwariował. Ale to ja zgłupiałam. Spojrzałam na niego, jak na pomylonego, i właśnie o taką reakcję mu chodziło. Nawet tak potem powiedział. Zabrał mi te kryształy i mocno zacisnął pięści. Jego dłonie zaczęły emanować fioletową i czarną poświatą, niesłychanym mrokiem. Otworzył dłoń i pokazał mi kryształy. Już w ogóle nie były niebieskie i czyste. Były fioletowo-czarne i „mroczne". Przestraszyłam się. Chciał, żebym się go bała, i mu się udało. Dlatego skaził je na moich oczach, żebym wiedziała, że z nim nie warto zadzierać. Choć to już wiedziałam... No bo, może to były dość małe kryształy, ale to, co małe okazuje się duże, co nie? A poza tym, wyjaśnił mi, czym one są. To było przed tym, jak je skaził. No więc, pokazał mi, co jest w stanie zrobić z tym głównym Kryształem, a gdy zobaczył w moich oczach naprawdę wielki strach, przycisnął te odłamki do mojej klatki piersiowej tak, że poczułam niesamowity ból. Wrzeszczałam na całe gardło, jak nie na całą wyspę. Jeszcze przed zemdleniem zdążyłam zobaczyć, jak oddala ode mnie ręce, ale nie trzyma już kryształów. Nigdzie ich nie widziałam..., one... były już we mnie... Skażone samym mrokiem i złem tak piękne klejnoty były już w moim sercu... Gdy sobie to uświadomiłam, zemdlałam. Nie za bardzo pamiętam, co robiłam przez te kryształy, ale wiem, że nic dobrego. Większości czasu, jaki spędziłam w tym świecie nie pamiętam. Jednak pamiętam wszystko, odkąd zobaczyłam ciebie i Mahdilię. Chyba wszystko... Choć na początku nie byłam świadoma, że to wy i was nie rozpoznawałam. Dopiero później dotarło do mnie, kim jesteście. Oddał mi kontrolę nad sobą, abym mogła z wami porozmawiać. Ale nie całkiem. Nie mogłam wam powiedzieć, co się ze mną działo, a...

- Jak to „oddał ci kontrolę nad sobą"? – przerwałam jej. Cały jej pobyt w Eldaryi był okropny. Bardzo jej współczułam. Ale nie rozumiem, co ma na myśli, mówiąc, że oddał jej właściwie połowę kontroli nad sobą.

- Kontrolował mnie. Robiłam wszystko, co on chciał, nawet, jeśli ja tego nie chciałam. Wyboru nie miałam... Na dodatek, te kryształy zmuszały mnie, żebym go słuchała. Nie miałam ani trochę wolnej woli. Dowiedziałam się o tym, gdy dał mi to zadanie... A raczej, nie miałam ku temu już żadnych wątpliwości...

- Jakie zadanie?

- Kazał mi... Powiedział, że mam zabić Mahdilię – serce mi stanęło. – Nie chciałam tego zrobić, ale gdy spróbowałam się mu sprzeciwić, odkryłam, że nie mogę. Za każdym razem w moim sercu pojawiał się okropny ból. Po kilkunastu próbach zrezygnowałam. Na szczęście, nigdy nie spotkałam Mah. Do czasu... Gdy ją zobaczyłam, przestraszyłam się. Niestety działały wtedy kryształy, i mimo mojej woli, rzuciłam się na Mah i jej towarzyszy. Potem, jeszcze lepiej! Byłam tu z wami i nawet rozmawiałyśmy. Wiedziałam, że w końcu wyjdę spod kontroli, więc uciekłam. Nie sądziłam, że mi to podaruje, ale zdziwiłam się też, że dał mi wolną wolę podczas rozmowy z wami – wzięła głęboki wdech i kontynuowała. Nie mówiła tego wszystkiego na jednym oddechu, ale było jej ciężko o tym wspominać. – Wczoraj prawie zabiłam Mah. Na szczęście była silniejsza, więc łatwo jej było się obronić, ale nie chciała też mnie skrzywdzić. On wtedy mną kierował, kontrolował każdy mój ruch, ale nie siłę, tego nie mógł, na całe szczęście. Nawet w moich oczach był sam mord, choć błagałam o pomoc. Ty to wyczułaś. Wtedy, gdy oczyściłaś mnie i te kryształy. Czułam, że jesteś jego kompletnym przeciwieństwem i cieszyłam się, choć nie bardzo to wszystko rozumiałam, a raczej, w ogóle.

Gdy Marie opowiedziała mi całą swoją historię w Eldaryi, zrobiło mi się jej naprawdę żal. Nie dość, że musiała opuścić kogoś, kogo zdążyła pokochać, żeby do nas wrócić – co było wielką oznaką miłości, jaką nas obdarzyła – została zmuszona do pozostania w tym świecie, aby nic nam się nie stało, będąc przekonaną, że już nigdy nas nie zobaczy, a nawet, jeśli, to to źle by się to skończyło, „porwał" ją ktoś, kto wygląda, jak upadły anioł, przeraził ją prawie na śmierć i przez niego jej serce wchłonęło aż cztery mocno skażone odłamki Kryształu, do czego zmuszona została siłą i ogromnie ją to bolało, a ona była kompletnie bezradna, to jeszcze kazano jej zabić swoją najlepszą przyjaciółkę – i przez to, że jej ruchy były kontrolowane przez wprost demona, prawie to zrobiła.

- Raz zauważyłam, że mój wygląd bardzo się zmienił. Przestraszyłam się. Bo, jakim cudem wyglądałam gorzej, niż te wszystkie złe mutanty razem wzięte w Wojowniczych Żółwiach Ninja?! I jakim „c" tak wyglądałam?! Tak przy okazji, to dzięki, że zwróciłaś mi normalny wygląd – dodała, a ja potaknęłam, na znak „nie ma za co", a na wzmiankę dwóch ostatnich zdań, lekko się zaśmiałam.

- Haha, gorzej, niż wszystkie złe mutanty z WŻN*? – jak to możliwe, że nadal pamiętam ten skrót... - Nie przesadzaj, wyglądałaś trzy razy lepiej, niż chociażby Kłącz**.

- A w sumie. No ten cały nawóz to tak. Ale serio, wyglądałam gorzej, niż... niż Masakrator***! – i jak to możliwe, że pamiętam Kłącza i Masakratora... I całą resztę...? - No, ale dobra, to nie o to mi chodzi. Nadal nie wiem i nie rozumiem, skąd wziął się ten paskudny wygląd – zamyśliła się. Pewnie zaczęła szukać odpowiedzi na to we wspomnieniach. Kilka razy się skrzywiła i zrobiła smutną minę.

Zdziwiłam się, że nie wie, dlaczego tak wyglądała. A może...

- Marie... Czy pamiętasz..., może dzieci, które spotkałaś ostatnio w Eldaryi?

- Dzieci? Nie. Spotkałam ostatnio jakieś dzieci? – zmarszczyła brwi, zaskoczona. Czy to możliwe, że nie pamięta nawet o tym?

- Ehhh... Tak... Ale kiedy indziej ci to wytłumaczę – powiedziałam szybko. – Teraz...

- TERAZ CZAS NA ŻARCIE!!! – do pokoju wparowała, oczywiście: Mah. Swoją drogą, dosyć długo to jej zajęło.

Zjadłyśmy chyba z te dwadzieścia naleśników – oczywiście, „podzieliłyśmy się":

Marie dziesięć, bo Mah zaczęła jej grozić, że się do niej do końca dnia nie odezwie, jeśli tego wszystkiego nie zje. Myślałam, że w życiu nie przełknie tylu naleśników, ale jednak dała radę. Jak na kogoś, kto tak długo nic nie jadł, apetyt jej jednak zbytnio nie dopisywał.

Mah sześć, a ja cztery. Nie pozwoliłaby mi zjeść mniej. A ja po dwóch i pół przestałam być głodna. Odkąd wróciłyśmy, kompletnie nic nie jadłam. Dlaczego znowu z moim apetytem jest tak, jak wtedy, gdy byłam dziesięciolatką? Z malutkiej nadwagi – rodzice chyba chcieli mnie dodatkowo utuczyć. Na szczęście Mah i Marie miały dużo pomysłów, a różowo włosa „księżniczka" potrafiła je bardzo rozwinąć - prawie w anoreksję... Muszę jeszcze dodać, że jestem wcześniakiem, co jakimś cudem miało wpływ na moją „nadwagę", a mi bardzo utrudniało życie...

Co do naleśników, dalej nie wiem, skąd i jakim cudem Mah wzięła ich aż tyle. Ale na pewno nie pogardziłyśmy tym, choć apetyt nam zbytnio nie sprzyjał. A zwłaszcza nie Marie. Naleśniki z czymkolwiek się da to jej ulubione danie. Podobnie, jak Mah, i z tego, co ostatnio się dowiedziałam, jak Quile, nie przepada za serem, ale z naleśnikiem zawsze zje.

To zresztą jest zabawne, bo żadna z nas nie lubi sera. Zwłaszcza na pizzy i w kebabie. Wszystkie trzy zawsze wszystko zdzieramy, chyba, że uda nam się zamówić pizzę, na której prawie nie ma sera. Ale, oczywiście, zawsze musi być. Niestety. Jestem ciekawa, co Quile wtedy robi. Albo czy w ogóle wie, czym jest pizza. Kto wie, może kiedyś była na Ziemi? Prawie nic nie wiemy o niej i Rianie. Oprócz tego, co Marie mi dzisiaj powiedziała.

Jeszcze z kebabem zawsze nam się udawało, bo nigdy nie zamawiałyśmy z serem. A Mah, oczywiście, jak zwykle, i jak to ona, zamówiła sobie najlepszy, jaki mógłby być. Z ketchupem i mięsem z kurczaka. Nawet nie wspomnę, jak zareagowała na to kucharka – jako jedyna w całym lokalu patrzyła na Mahdilię, jak na kosmitkę. Ale, no cóż. Mahdilia jest w końcu mięsożercą. Żadnego warzywa za nic nie zje. Jest tylko kilka wyjątków. Mnie i Marie zawsze dziwiło to, jak to możliwe, że ona nie cierpi pomidorów, ale sos z nich do spaghetti zje – oczywiście, pod warunkiem, że jest z mięsem – i to samo z chrupkami o smaku zielonej cebulki. Nienawidzi cebuli, podobnie, jak rzodkiewki – nie wiem, jak ona przeżyła tamto lekarstwo – ale te chrupki ubóstwia.

Co do Marie, ona też nie przepada za pomidorami, więc z mięsem spaghetti zawsze musiało być.

Ja również uwielbiam mięso, ale czymś wegetariańskim nie pogardzę.

Jestem naprawdę ciekawa, jak to możliwe, że żadna restauracja, w której byłyśmy jeszcze nie zbankrutowała. Może to dlatego, że aż tyle tam zamawiałyśmy? Ale tyle też tego wszystkiego zamawiałyśmy i tak różnie, że już po tygodniu powinny im się były skończyć wszystkie składniki. Dosłownie wszystkie. Zwłaszcza, jak jeszcze przychodziłyśmy tam z rodzicami moimi i Marie oraz ich rodzeństwem i kuzynami – tak, moja rodzina ma talent do spowodowania zbankrutowania restauracji. No, chyba, że nie uda się upilnować dziecka, to wtedy musimy dodatkowo płacić.

W żadnym tygodniu nie było tak, żeby z nimi nie przyjść. Zwłaszcza, że jeden z moich wujków uwielbiał jeść, a jego córce nie udawało się ukrywać przed nim i jej braćmi, którzy wdali się w ojca jedzenia w domu, to się jednak nadal dziwię, że te wszystkie restauracje naprawdę miały aż tyle zapasów. Jakby dwieście pięćdziesiąt osób razem ucztowało. I dziwię się również, że wszyscy mieli czas na to, aby z nami tam przychodzić. Wspomnę jeszcze, że mam liczną rodzinę i wcale nie mieszkamy tak daleko od siebie. Chyba, że rodzice taty...

I jeszcze on... Haha, gdy sobie przypomnę minę Michael'a, gdy widział, co my robimy z pizzą - co do tego, to cała nasza rodzina już się przyzwyczaiła, więc nikt nic nie mówił. Chociaż... Te wszystkie spojrzenia Darka i Anny... - I to, co powiedział. Mah nie mogła wytrzymać ze śmiechu, gdy tak się na nas patrzył i pytał „are you normal?!", a ona mu odpowiadała „tak, jesteśmy normalne" - to samo się tyczyło Marie. Zawsze, gdy mu to przetłumaczyłam, robił minę, która oznaczała, że to mogłabym powiedzieć tylko ja. Mah uważał za najbardziej szaloną osobę, jaką mógł kiedykolwiek spotkać. Tak samo było z Marie. Ale teraz się... zmieniła.

Michael to Anglik, którego poznałyśmy na wakacjach w Anglii. Zabrał nas mój tata, który musiał coś załatwić w Liverpool. Musiał nas zabrać, bo ani Mah, ani Marie nie darowałyby mu, gdyby tego nie zrobił. Nie był zbytnio zadowolony z tego, że musi nas tam brać. Zresztą... Nigdy nie był zadowolony, gdy na przykład, odwoził nas do szkoły.

Nie lubił ich, to wiem na pewno. Co do mnie, też nie był zbyt miły, ale kochał mnie, jak to swoją córkę. Chociaż? Teraz nie wiem, czy mógłby nazwać mnie swoim dzieckiem...

Tata był surowy dla wszystkich ludzi, ale my to co innego. Chociaż czasem miałam nawet wrażenie, że w ogóle nie kocha mamy. Prawie nigdy nie widziałam, żeby obdarzał ją kochającym spojrzeniem i uśmiechem, chyba, że gdy to widziała. Zamiast tego, patrzył na nią lodowato. Zawsze. Doprowadzało to nawet do tego, że wątpiłam, że kiedykolwiek byli w sobie zakochani, a przynajmniej z wzajemnością.

Jedyne, przez co czułam się jego córką, było to, że tak samo, jak ja, wychodził, by zobaczyć Księżyc. Wiem, że to dziwne, ale jednak tak było... Zwłaszcza, gdy był w pełni. Wtedy przesiadywaliśmy na zewnątrz bardzo dużo czasu. Choć on nie był zbytnio zadowolony, gdy widział, że ja również wychodzę praktycznie tylko po to, żeby z zewnątrz patrzeć na Księżyc. Ale nic nie mówił. Czasem nawet kazał mi z nim wychodzić, jakby to miało szczególne znaczenie dla mojego życia. Nigdy mi tego nie wytłumaczył, a ja wolałam zresztą nie pytać, bo to mogłoby go zdenerwować do tego stopnia, że zabroniłby mi wychodzić o tak późnych porach „dla Księżyca". W końcu, ja tak robiłam znacznie częściej, niż on.

Gdy skończyłyśmy jeść, Mah oznajmiła, że odniesie tace, a Marie nadal bolała głowa, więc gdy zasnęła, wyszłam z pokoju. Widziałam, że mogę już zostawić ją samą, więc poszłam się przejść. Może przy okazji uda mi się trafić na Merket?

Odkąd wróciłyśmy, żadna z nas nie zamieniła z nią słowa. Nawet nie wiemy, gdzie poszła. Źle czułam się z tym, że nawet jej nie zapytałam, jak się czuje. Ale to zresztą byłoby bez sensu i nic by nie dało. Tak samo powiedziała też Mah. Widać było, jak Merket się czuje, a znając mnie, znałyśmy także ją, więc wszystkie wiedziałyśmy, że lepiej jej się teraz nie narażać. Jeszcze bardziej by się zdenerwowała i płakała, a na dodatek myślała, że nie możemy jej zrozumieć, a wtedy byłoby jeszcze gorzej. Ze mną nie zawsze tak jest, ale, gdy wybiegała z naszego Titanica, widziałam, że teraz z nią właśnie tak jest. I mi może przechodziło zwykle następnego dnia, ale z nią co do tego jest inaczej. To, przez co Merket tak się zachowuje, nie może być błahostką. To musi być coś bardzo ważnego.

Poszłam do Alei Łuków. Intuicja podpowiadała mi, że to tam powinnam iść. Choć nie wiem, dlaczego, bo szczerze wątpię, żeby Merket była akurat tutaj.

I rzeczywiście jej nie ma.

Nagle usłyszałam czyjś głos, który mnie wołał. Znajomy głos...

Ale zaraz. To niemożliwe...!

Odwróciłam się.

Mery?!



___________________________________

  • WŻN - polski skrót od "Wojownicze Żółwie Ninja".
    • Kłącz - mutant z "Wojownicze żółwie Ninja".
      • Masakrator - mutant z "Wojownicze żółwie Ninja".
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.