FANDOM


Perspektywa Marie-Anne:


Jestem – wreszcie - w K.G., a konkretniej w pokoju E i odpoczywam na jej łóżku. Ona siedzi teraz na krześle obok niego. Czuwa nade mną. Poprzedniego dnia dużo się wydarzyło…

Perspektywa Erici

(powrót do poprzedniego rozdziału):



Co?

Siedzę właśnie na łóżku w swoim pokoju i słyszę, jak Quile mówi mi, że wie, gdzie może być moja kuzynka.

- J-jak to? – spytała niemało zaskoczona Mah.

- Ostatnio znaleźliście ją na wyspie, która wyglądała na to, że miała okropną przeszłość, prawda? – mówiła bez ogródek.

- Tak… - potwierdziłam.

- Myślę, że mogła tam wrócić.

- Skąd te przypuszczenia? – spytała czujnie Mah.

- Yyym… A nie możecie mi po prostu zaufać?

- Nie… - zaczęła Mah, ale jej przerwałam.

- Tak, jeśli to, co mówisz okaże się prawdą.

- No to kiedy wyruszamy? – spytała mnie z uśmiechem Quile.

- Jak najszybciej – chcę już ją zobaczyć i żeby to wszystko się już wyjaśniło.

- To ja lecę po Melyem! – rozradowana, wybiegła z pokoju. Chciałam ją zatrzymać, ale nie zdążyłam.

- Tylko się nie pozabijajcie! – krzyknęła za nią Riana.

- Po co jej Melyem do tego – nie rozumiała Mah. Słychać to było, jak pretensje.

- To ona aranżuje to wszystko.

- Jak to „aranżuje”? – spytałam.

- Te wasze wszystkie podróże były możliwe dzięki niej. Kilka członków Lśniącej Straży zresztą się jej boi, więc ma to wszystko pod kontrolą. Mogłaś to już chyba zresztą zauważyć – skierowała do mnie. Rzeczywiście. Miiko boi się Melyem.

- A kiedy tak właściwie wyruszamy? – odezwała się Mah.

- Musicie wypocząć na tą „podróż”, więc jutro.

- No to dobranoc! – Mah rzuciła się na łóżko.

- Mah? – schyliłam się do niej. Na szczęście rozłożyła się na swoim łóżku, a nie moim.

- Już chyba śpi – zachichotała, gdy nie zobaczyłyśmy żadnej reakcji białowłosej.

- Chyba tak – przyznałam rozbawiona. Spojrzałam na Rianę. Zaraz… Przecież ona...! – Ty i Quile będziecie spać w tym pokoju, prawda?

- Spokojnie, „wyczarujemy” sobie łóżka – uśmiechnęła się.



Następnego ranka obudziłam się w dziwnym nastroju. Śniło mi się coś naprawdę dziwnego…

Powoli otworzyłam oczy. Byłam… Na tej wyspie! Jak to możliwe?

Podniosłam się na nogi i odwróciłam. Przede mną stał pałac. Zniszczony pałac. Cały czarny z lekkim odcieniem granatu i szaro-srebrnego. Znacznie jaśniejszy od całkowitej czerni. Był ogromny.

Podeszłam do wrót. Zaczęłam przybliżać do nich swoją dłoń. Czułam, że brama jest „nasiąknięta” ogromną mocą. Dotknęłam jej, a wtedy zaczęła się świecić. Po wzorach, które były, jakby wyrzeźbione od dołu do góry, szybko zaczęło lecieć biało-szmaragdowe światło - albo neonowe szmaragdowe. Gdy wreszcie dotarły do celu, dwie „kule” zaświeciły się na jasny, ale potężny szmaragdowy. Nie tyle, co kolor, ale szmaragd. Coś mi to przypomina…

Wrota otworzyły się od zewnątrz. Odsunęłam się, aby mnie nie uderzyły. Przyglądnęłam się im i temu, co znajdowało się po drugiej stronie, czego niestety nie widziałam. Zapraszały mnie do środka.

Ledwo przeszłam na drugą stronę, a zobaczyłam jasne światło. Tym razem prawie aż oślepiająco białe. Myślałam, że przechodzę przez jakiś portal, który od boku wygląda, jak cieniutka, świetlista ściana.

Przeszłam przez „to”, a wtedy poczułam, że mam na sobie coś innego. Długą czarną suknię, od ramion do ziemi. Prawie całą talię owijał czarny pas - który jednak różnił się kolorem od całej sukni – na którym malowały się długie wzorki: szmaragdowe, fioletowe i czarne.

Spojrzałam również na swoje dłonie. Paznokcie miałam pomalowane na czarno. Ale to było dosyć dziwne, bo ten kolor wyglądał tak… ciepło. Jakby ten „odcień” należał do „Dobra”. Do kogoś, kto miał anielskie serduszko i wiedział, co to Sprawiedliwość. A kolor był właśnie taki, żeby pasował do sukni, która miała pasować do otoczenia. No a przynajmniej do pałacu.

Na prawej ręce miałam biało-srebrną bransoletkę. Lśniła w słońcu, które padało, jak mi się zdaje, na całe otoczenie. Posrebrzana, z biało-srebrnym „podwójnym” sercem, które otaczały małe diamenciki i białe złoto. Na środku był kamień z tego złota w kształcie serca. Uśmiechnęłam się. Jest przepiękna. Coś mi ona przypomina. Oglądałam ją z każdej możliwej strony. Jest naprawdę starannie wykonana. Nie jak na zamówienie. Miała w sobie coś, co było piękne. W pewnym momencie zobaczyłam na niej wygrawerowany napis. „I Mikrí Prinkípissa”. Hmm… Jeszcze bardziej mi to o czymś przypomina, ale nie pamiętam, o czym. Tak samo, jak ten język. Skądś go chyba znam. Ale oprócz tego – nic mi nie przychodzi do głowy.

Jeszcze raz obejrzałam bransoletkę. Wygląda, jakby była symbolem tego, że ten strój nosi, wprost cielesny Anioł, mimo takich kolorów. Zwłaszcza ta przepiękna biżuteria – i na dodatek w moich ulubionych kolorach. Ale skoro należy do Cielesnego Anioła, to dlaczego ja go teraz noszę?

Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazało się całkiem inne miejsce, niż przed przekroczeniem wrót. Było takie ciepłe i miłe, i zapraszało, aby w nim zamieszkać. Pałac nie był już zniszczony. Był przepiękny i jakby odrodzony, ale nie odnowiony. Na wszystkich wieżyczkach była czarna flaga. To chyba kolor tego królestwa i jego mieszkańców. Na środku flagi był – czarny – symbol, a na jego środku dwa szmaragdy. Wyglądały, jak oczy. To też mi coś przypomina.

Dookoła pałacu było samo życie. Zieleń, trawy, kwiaty, krzaki, krzewy, drzewa – choć ich było odrobinę mniej – rzeczka, woda – nieskazitelnie czyta – oraz fontanny. Wśród kwiatów było dużo tulipanów – moje ulubione kwiaty – najwięcej białych i mniej czerwonych.

Przed wejściem do środka stały schodki. Weszłam po nich i jeszcze raz obejrzałam się za siebie. Wrota były zamknięte.

Zbliżyłam swoją dłoń do drzwi, lecz zanim ich dotknęłam, zaświeciły się momentalnie. A raczej podobne wzorki, jak na wrotach. Widziałam tylko szmaragdowe światełko, przebiegające po rozłożystej „linii”. Wyglądało trochę, jak skrzydła Anioła. Tyle, że tylko kontur górnych piór. Było to bardzo krótkie. Dosłownie przez ułamek sekundy, jedno mrugnięcie. Nie wiem, czemu, ale przypomniało mi to też po części szmaragdowego świetlika.

Tak czy siak, drzwi otworzyły się tak samo, jak wrota.

Przeszłam przez nie, a wtedy znów pojawiło się to światło, jak po przejściu przez wrota. Ale momentalne i wszędzie. Tak właściwie, to dziwne, że jeszcze nie oślepłam.

Przypominawszy sobie, co się stało po pierwszym takim „przejściu przez światło”, spojrzałam w dół. Nadal miałam na sobie ten strój.

Podniosłam głowę, a moim oczom ukazała się sala tronowa. Na samym końcu, pośrodku stało pięć tronów. Wydawało mi się, że są wbite w podłogę. Nad najważniejszym – jak mi się wydaje. Nie był największy i najwyższy, ale stał na środku – był umieszczony bardzo podobny symbol, co na fladze. Jednak czymś się różnił. Nie tylko wyglądem, ale czymś jeszcze.

Po prawej stronie, niedaleko tronów stało coś bardzo jasnego. Świeciło się mocno, ale znośnie. Podeszłam do tego. To był dość wysoki „stolik”. Coś nad nim lewitowało, co było otoczone prawie niewidoczną szybą. To to tak świeciło.

Świeciło światłem Wyroczni. To samo światło, ta sama tęcza, to samo ciepło.

Blaskiem Księżyca – bardzo mocnym, srebrno-białym światłem.

Złoto-białym, które wyglądało bardziej, jak promienie.

Oraz nieskazitelnie czystym, białym światłem. A obok niego także odrobinkę czarnego. Ale nie mrocznego.

Czułam od tego też coś, czego nawet Wyrocznia nie ma. Nieograniczone Dobro.

Wydrążyłam wzrok i zobaczyłam, że przedmiot, który tak świecił, to diadem. Miał na środku przepiękny czarno–fioletowy, taki sam fioletowy jak mój kolor tęczówek klejnot.

Wyciągnęłam rękę, aby tego dotknąć. Moja dłoń przeszła przez tą szybę. Jakby ten klejnot był i czekał specjalnie na mnie. Gdy już prawie go dotknęłam, światło jeszcze bardziej się nasiliło. Koniuszki moich palców w końcu go dosięgły. Światło oblało całe pomieszczenie tak, że widziałam tylko aż prawie rażącą w oczy biel i srebro. Zdążyłam jeszcze tylko zobaczyć najjaśniejszy punkt, od którego promienieje to nieokiełznane i nieskończone światło.

To był tylko sen…

Choć było to takie realistyczne. Jak wizja. Choć nie mam pojęcia, czego.

- Idziemy? – zapytała mnie Mah, gdy już zjadłyśmy śniadanie. Potaknęłam lekko głową i wstałyśmy, aby dołączyć do „załogi”, jak to nazwała białowłosa. Tacę z naczyniami, zamiast nas odnieśli dwaj chłopcy, którym najwidoczniej spodobała się Mah i chcieli jej się jakoś przypodobać. No to ma dopiero branie.

- A już miałyśmy wypływać bez was! – krzyknęła Quile zza barierki.

- Wolne żarty! – odkrzyknęła jej Mah, wchodząc na pokład; ja szłam za nią.

Stanęła na pokładzie i rozejrzała się. Była zafascynowana i zdziwiona. Ja za to rozglądałam się z małą niepewnością.

No to mamy Titanica…

– Wow! Będziemy płynąć na Titanicu? Super! – no właśnie…

- Titanicu? – Melyem zmarszczyła brwi.

- Ona nie wie, czym jest Titanic – poinformowała Riana.

- A ty wiesz? – spytałam. Speszyła się. Uratowała ją Mahdilia.

- E, musisz sprowadzić Internet do Eldaryi!

- Postaram się – powiedziałam rozbawiona jej reakcją.

Odwróciłam głowę, by spojrzeć na załogę.

- Dlaczego nie było was na stołówce? Mah mówiła, że nie przyszłyście w ogóle, tylko czekałyście tutaj.

- Wczoraj zafajczyłyśmy Karuto… - zaczęła Quile, ale Riana jej przerwała.

- Ona „zafajczyła” – poprawiła ją, a szatynka zerknęła kątem oka w jej stronę.

- Ze spiżarni…

- Z kuchni.

- Naleśniki z serem…

- Nie cierpisz sera.

- A racja. Z rozpuszczoną czekoladą…

- Z Nutellą. A tak swoją drogą, to naprawdę dobra ta cała „Nutella” – skierowała do mnie i Mah, na co lekko potaknęłam.

- To prawda! Pyysznaaaa! – rozmarzyła się Quile.

- Ty się ciesz, że na czekoladę nie masz uczulenia! – krzyknęła w jej stronę. – Bo pewnie byś o tym zapomniała i zjadła – mruknęła.

- Co? – przeciągnęła. – Wcale nie! – oburzyła się.

- Nie? – również przeciągnęła. – Jak ty o tym, że sera nie cierpisz zapomniałaś! – wykrzyczała znacznie głośniej, a ja i Mah parsknęłyśmy rozbawione, aż całkiem się roześmiałyśmy. Melyem cała drgała, usiłując powstrzymać śmiech, co jej wychodziło.

- Dobra, zamykajcie tą bramkę, czy jak tam to i wypływamy w morze! – ogłosiła Quile.

I tak, jak powiedziała, tak zrobiłyśmy i wypłynęłyśmy na otwarte wody.

Hmm... Ostatnio dość często wypływam w morze i tylko z Melyem, Mahdilią, Merket, a teraz także z Rianą i Quile.

Stałam oparta o barierkę przodem do nich i patrzyłam to na wygłupy tych dwóch szalonych dziewczyn, to za horyzont. Nie za bardzo znam drogę do tej wyspy, a tak właściwie, w ogóle, dlatego zastanawiam się, jak to możliwe, że Melyem wie, dokąd płynąć.

Odwróciłam się i oparłam ręce o barierkę. Podniosłam głowę i spojrzałam i stronę K.G. Pomyślałam o swoich przyjaciołach. Ostatnio w ogóle nie spędzam z nimi czasu. Teraz jestem tylko w towarzystwie członków rodziny, o których nawet nie pamiętałam i nie miałam pojęcia; przyjaciółki, z którą bardzo długo się nie widziałam, wręcz prawie straciłam; i dwóch nowych przyjaciółek, które wydają mi się znajome.

Wyglądało to tak, jakbym odzyskała „coś”, co dawno utraciłam, a straciła to, co niedawno zyskałam.

Podróż minęła spokojnie. Większość czasu oglądałyśmy wygłupy Mahdilii i Quile i czasami nie mogłyśmy wytrzymać ze śmiechu.

Dowiedziałam się, że Merket płynęła z nami, ale źle się poczuła i zamknęła się w swojej kajucie. Chciałam do niej iść, ale nie chciała nikogo widzieć, a jak słyszała, że ktoś zbliżał się do jej „pokoju”, albo głosy wołające ją, krzyczała. Denerwowała się nawet, gdy słyszała nasze głosy, dlatego musiałyśmy szczelnie zamknąć wszystkie drzwi, prowadzące do niej. Niestety, jeszcze ktoś wariował na tyle głośno, a my przez to kilka razy się zaśmiałyśmy, że musiałyśmy się ściszyć.

Gdy Merket tak krzyczała, słyszałam w jej głosie też załamanie i łkanie. Zrezygnowałam z pójścia do niej – choć nadal chciałam to zrobić. Z doświadczenia wiem, że często należy zostawić kogoś, kto aż tak ma wszystkich i wszystkiego dość, nawet z kompletnie niewiadomych nam powodów samego, i pozwolić my się wypłakać. Zwłaszcza, jeśli nie chce się przed nikim otworzyć i przyznać się do swoich słabości i ich pokazać. Wtedy należy zostawić kogoś takiego samego. Czasem ktoś chce być w tym sam. A swoich łez już na pewno nie należy hamować. Zawsze trzeba się wypłakać i dać upust swoim emocjom. To może być czasami trudne przyznać się nawet samemu sobie do swoich słabości i pozwolić sobie na płacz. Ale tak właśnie trzeba.

Ale zostawić kogoś takiego samego, to radziłabym tylko, jeśli uzna się, że on może być sam. W depresji nie wolno nikogo zostawiać... Dobrze, że o tym wiedziałam.

Mnie na Ziemi nikt nigdy nie potrafił ani uspokoić, ani pocieszyć. Nigdy nie wiedzieli, co powiedzieć.

Jedynie w Eldaryi znalazłam osobę, która zawsze potrafiła mnie wysłuchać i pocieszyć. Ale teraz raczej nie mam nawet szans, żeby spokojnie z nim porozmawiać. Kiedy w końcu będę mogła?

Gdy dotarłyśmy na miejsce, poczułam się okropnie. Dostałam mdłości i okropnych zawrotów i bólów głowy.

Zachwiałam się i prawie upadłam na ziemię, ale podtrzymała mnie Melyem.

- Erica? Co ci jest?! – spojrzała na mnie przerażona.

- N… nic… - wydukałam ledwo.

- To to miejsce tak na nią działa? – usłyszałam Quile. Podniosłam głowę i otworzyłam oczy, aby spojrzeć na nią. Od razu wszystko zaczęło się walić. Wszystko się kręciło. Gdy już byłam pewna, że coś się na mnie zawali, nagle się cofało.

- Erica? – Quile widząc moje zachowanie, naprawdę się zmartwiła.

- Erico, miałaś ostatnio jakieś wizje? – spytała Melyem. Na początku nie zrozumiałam, o co jej chodzi, ale po chwili przypomniałam sobie ten dziwny sen.

- T-tak… - wyszeptałam z trudem.

- Co w nich widziałaś? Gdzie byłaś?

- W jakimś… Zniszczonym... Ygh… Pałacu… - wzięłam głęboki wdech, widząc, że jakieś drzewo zaraz na mnie spadnie.

- Zniszczonym pałacu? – zdziwiła się Quile.

- T-tak… I-i n-nie-e… - otworzyłam szeroko oczy, widząc łamiące się drzewa.

- Co?

- Spróbuj skrócić, jak wyglądał ten pałac – powiedziała Mel.

- To… - spróbowałam spojrzeć w stronę pałacu na tej wyspie, ale gdy tylko to zrobiłam, ze wszystkich stron zaczęła go otaczać jakaś dziwna bariera. – To ten pałac – Melyem podniosła głowę i spojrzała tam, gdzie ja.

Ten?

- Tak… Ale, gdy przeszłam przez wrota… - trochę łatwiej było mi mówić, ale nadal czułam się tak samo.

- Ty przeszłaś przez jego wrota?! – była mocno zaskoczona.

- Tak. Ale… Gdy przez nie przechodziłam, miałam wrażenie, że przechodzę przez świetlistą ścianę… Przeszłam przez nią i znalazłam się po drugiej stronie. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie całkiem inny strój. Czarną suknię z pasem dookoła talii i śliczną srebrno-białą bransoletkę na prawej ręce. Wszystko... zresztą się zmieniło. Pałac nie był już zniszczony, a wszędzie naokoło było życie. Drzewa, zieleń, kwiaty, zwłaszcza tulipany i fontanny. Rzeczki, małe jeziorka, krzewy i ogrody.

Na twarzy Mahdilii pojawiło się zafascynowanie. Za to reszta okazywała strach, smutek, żal, zdziwienie, lekkie niedowierzenie, tęsknotę, miłość i leciutką złość.

Wszystkie trzy spuściły lekko głowy.

- A takiego stroju nie masz w postaci Księżniczki Aengel? – odezwała się Mah.

Wszystkie, prócz Quile spojrzały na nią ze strachem. Quile była jednocześnie na to obojętna i chciała coś powiedzieć. Znowu widziałam, jak pała nienawiścią do mojej siostry. Hmm… Raz ją lubi, raz nienawidzi. O co tu chodzi?

Gdy uświadamiałam sobie, co Mah miała na myśli, pomyślałam, że może mieć rację. Próbowałam sobie przypomnieć, co miała na sobie ta mała pięciolatka, którą widziałam we wspomnieniu i którą byłam, a raczej jestem ja. Ale w ogóle mi się to nie udawało. Zapomniałam, co miałam na sobie i jak wygląda mój pałac. Mój pałac… Jak to brzmi…

- Ale to jeszcze nie wszystko – nagle mnie olśniło.

- Co tam jeszcze widziałaś? – zapytała Mel.

- Diadem – spojrzałam w przestrzeń i mimo ciągłych zawrotów głowy i mdłości, które ledwo dawałam radę powstrzymać, spróbowałam wyobrazić sobie diadem.

Czułam na sobie przerażony wzrok Melyem.

- Jaki diadem?

- Przepiękny – mimo wszystko, zdołałam uśmiechnąć się lekko na samo wspomnienie o jego blasku.

Powiedziałam im wszystko, co tam widziałam. Wygląd diademu, jego blask, ciepło, miłość, dobroć i potęgę. A także pomieszczenie, w którym on był. Gdy powiedziałam o tronach, wszystkie, oprócz Mahdilii, mocno się zdziwiły. Zwłaszcza Melyem.

- To był twój diadem – oznajmiła Mah. Prócz Quile, wszystkie spojrzały na nią z ogromnym przerażeniem. Największym: Melyem.

- Skąd ten pomysł? – zapytałam, starając się powstrzymać nagłe mdłości, co stało się trochę trudniejsze. Jednak dawałam radę mówić normalne. Jakoś…

- Bo taką sama miłością, dobrem, ciepłem, światłością, opieką i tak dalej obdarzasz wszystkich dookoła ty!

- To prawda – potwierdziła Riana.

- A ty skąd wiesz?

- Tak myślę? – spięła się lekko.

- No dobra. E, dasz radę iść? – spytała Quile.

- D-dam – a przynajmniej się postaram.

Przeszłyśmy połowę wyspy, a ja cały czas czułam się okropnie. Dziewczyny co jakiś czas pytały, co mi jest, a ja nie byłam im w stanie odpowiedzieć. Powiedziałam tylko, że mi niedobrze i jak na złość Melyem, szłam dalej.

- Quile, skąd ci wpadł do głowy pomysł, że Marie może być akurat tutaj? – odezwała się Mah.

- Tak myślę.

- Nadal tak myślisz?

- Wiem, że już przeszłyśmy przez ponad połowę tej wyspy, ale została nam jeszcze mniejsza połowa. Niedługo znajdziemy Marie, nie martw się.

- Oby.

W końcu przeszłyśmy całą wyspę. Mah chciała już wracać, a my się zgodziłyśmy – Quile również. Ale po jej minie można było wywnioskować, że dalej była pewna swego. Naprawdę myślała, że Marie tu jest. Nie. Nie myślała. Ona to wiedziała.

Gdy miałyśmy już wejść na pokład, Mah stanęła, jak wryta i spięła mięśnie. Obróciła się w naszą stronę. Ale nie do nas…

- Mah? Co ci jest? – zapytałam. Mogłam już normalnie mówić. Mdłości ustały, tak samo, jak zawroty głowy.

- Hmmm… Zaraz wracam – nie zdążyłam nic powiedzieć, bo zniknęła bardzo szybko. Ehh… Kunoichi…

Perspektywa Mahdilii:

Wracałyśmy do naszego Titanica. Nie znalazłyśmy tu Marie. Czułam zawód i smutek, ale też lekką złość. Czemu Quile była taka pewna, że Marie tu wróciła? Przeszukałyśmy całą wyspę, a jej nigdzie nie znalazłyśmy. Prawda, mogłyśmy się minąć, ale wtedy chociaż Melyem mogłaby ją wyczuć, nie?

Gdy miałam wejść na pokład, poczułam za sobą czyjąś obecność. Nie swoją załogę, tylko kogoś innego. Czułam, że ten ktoś się we mnie wpatrywał. To dziwne. Nigdy nie potrafiłam wyczuć niczyjej obecności.

Odwróciłam się. Nikogo nie widziałam, a na dodatek było ciemno. Czułam jednak, że muszę tam wrócić.

- Mah? Co ci jest? – zapytała E. Wiedziała już, że coś jest nie tak.

- Hmmm… Zaraz wracam – pobiegłam szybko w las, aby E nie zdążyła już nic więcej powiedzieć.

Już nie czułam za sobą niczyjej obecności, ale coś wprost pchało mnie, żeby iść dalej.

Doszłam do małej polany. Krąg w środku lasu – w środku, bo przed chwilą weszłam w las, a krąg, bo to dosłownie kółko, które otaczają ze wszystkich stron drzewa.

Poczułam, że ktoś znowu się na mnie patrzy. Spojrzałam na jedno z drzew przede mną. Chyba największe z tych wszystkich. Podeszłam bliżej, a gdy byłam już bardzo blisko niego, ktoś wyskoczył z zarośli prosto na mnie.

Marie-Anne…

Czyli jednak Quile miała rację. Wróciła tu. I chce mnie zabić…

Zrobiłam unik, gdy zmutowana dziewczyna skoczyła na mnie.

Nie przybrałam pozycji do walki. Nie chciałam z nią walczyć.

Marie znów się na mnie rzuciła. I co prawda, doskoczyła do mnie, ale obroniłam się rękami. Chwyciła mnie za nie. Na szczęście jestem silniejsza.

Jej oczy były przepełnione mordem…

Czułam moc, która chciała ze mnie wyjść i zaatakować Marie-Anne, ale musiałam ją tłumić, co było bardzo trudne.

Moje ręce zaczęły się świecić jasną, taką trochę tęczową poświatą i czerwonymi płomykami. Marie syknęła z bólu, a ja szybko ją odepchnęłam, żeby jeszcze bardziej jej nie skrzywdzić.

- Marie, obudź się! To ja, Mah!

Nie posłuchała. Zamiast tego, skoczyła na mnie jeszcze raz.

Ale tym razem nie musiałam się bronić. Ktoś zrobił to za mnie i powalił ją bardzo szybko na ziemię.

Perspektywa Quile:

Mahdilia pobiegła szybko w stronę lasu. Poszłam za nią trochę szybszym krokiem, niż wracałyśmy do „Titanica”. Również czułam za sobą czyjąś obecność i od razu wiedziałam, że była to Marie-Anne. Trzecia Wybranka… Hm... Riana mówiła, że Melyem chce powiedzieć o Trzech Wybrankach, gdy odnajdzie się ta Trzecia, ale szczerze wątpię, by to zrobiła.

Szłam coraz szybciej. Marie-Anne nie będzie raczej potulna. Najpewniej się na nią rzuci, gdy tylko nadarzy się do tego idealna okazja. Mahdilia nie będzie chciała zrobić jej żadnej krzywdy. Nawet, jeśli by to znaczyło, że to ona ma przy tym ucierpieć. Hm. Kiedyś też tacy byliśmy. I może znów będziemy? Otchłań i zdrada Księżycowych Istot nas odmieniła, ale Erica nadal jest taka sama, jak kiedyś. To ona nas uratuje, nie zniszczenie Otchłani.

Taa… A co do Melyem. To nie jest tak, że jestem dwulicowa i raz ją lubię, a raz nienawidzę. Lubię ją, ale czasami doprowadza mnie do białej gorączki.

Jestem dwulicowa innym sposobem. Poważna i szalona. Szalona równie, jak Mah – z tego, co mówiła nam o niej Erica i co sama już zobaczyłam. Choć E nie lubiła zbytnio tego robić. Zbyt bardzo za nią tęskniła – a poważna, bo przecież byłam – i nadal jestem – Strażniczką w Ischýs i Wojowniczką Aengel. Tam musiałam być naprawdę poważna, ale szalona też. Dlatego byłam lubiana w naszym Królestwie. Jedyną osobą, która mnie nie lubiła był, oczywiście Moloch. A niech go coś w końcu trzaśnie… Nienawistna również jestem, ale tylko, gdy staję się nieokiełznana. Podobnie, jak Erica. Nadal nie mogę uwierzyć, że Melyem pozwoliła jej trenować…

Doszłam do polany… A raczej kręgu, czy kółka w środku lasu – no prawie w środku – otoczonego drzewami ze wszystkich stron.

I tak, jak się spodziewałam, Mah „walczyła” z Marie-Anne. A raczej próbowała obronić się rękami. Różowo włosa napierała na nią z całej siły, ale Mah oczywiście była silniejsza.

Po chwili ręce Mahdilii zaczęły świecić smoczą poświatą – tak to kiedyś nazwałam – i czerwonymi płomykami. Marie-Anne syknęła z bólu, a Mah szybko ją odepchnęła.

- Marie, obudź się! To ja, Mah! – krzyknęła, ale różowo włosa jej nie posłuchała, tylko ponownie się na nią rzuciła. Ale tym razem, ja wkroczyłam do akcji.

Skoczyłam na Marie-Anne i powaliłam ją na ziemię z ogromną łatwością. Próbowała się wyrywać. Moje oczy przybrały swój prawdziwy kolor. Dłońmi przytwierdziłam jej ręce do ziemi, a… No cóż… Oczami sprawiłam, że w ogóle nie mogła się ruszyć. Tyaak, samymi oczami możemy dużo zrobić.

Z Aengel nie wygrasz, kochana.

Perspektywa Erici:


Quile poszła za Mah. Spojrzałam pytająco na dziewczyny. Riana uśmiechnęła się słabo, a Melyem zastanawiała się nad czymś. Patrzyła w ziemię, a z jej wzroku nie mogłam nic „odczytać".

Po kilku minutach czekania na dziewczyny, poszłyśmy za nimi. Doszłyśmy do dziwnej polany. Coś mi przypominała. Miejsce z jakiegoś filmu i coś jeszcze.

Ale widok, który zastałyśmy, kompletnie mnie zamurował. Quile przypierała Marie do ziemi, a Mah stała kilka metrów od nich. Hmm… To dziwne. Marie kompletnie się nie ruszała, tylko ciężko oddychała. A Quile trzyma tylko jej ręce.

Mah odwróciła się do nas. W jej oczach było przerażenie. Pobiegła do Marie i Quile, a ja za nią.

Quile poruszyła lekko głową w naszą stronę. Po chwili dobiegłyśmy.

Marie! – upadłyśmy na kolana i na nią spojrzałyśmy. To w ogóle nie była ta Marie… To była całkowicie obca Marie-Anne.

- Marie… - chciałam dotknąć jej policzka, ale ona podniosła się gwałtownie w moją stronę. Ale tylko na chwilę, bo po chwili coś przyparło ją z powrotem do ziemi. – Marie, co się z tobą dzieje…?

- Nie jest sobą. Ktoś nią manipuluje – za sobą usłyszałam głos Melyem i kroki Riany.

- Jest opętana?! – spojrzałam na nią przerażona. Przypomniałam sobie Yeu… I Naytili…

- Nie, to nie – odetchnęłam z ulgą.

- W takim razie, co? – spytała Mah.

- Ktoś nią manipuluje. Tak jakby nią kierował, tylko, że ona ma wolną wolę. No… Mniej więcej.

- Okkk… Czyli to tak podobnie, jak w holokauście? Pod warunkiem, że ci goście w ogóle mieli serce - podsumowała Mah.

- W czym? – Melyem zmarszczyła brwi.

- Kiedyś ci opowiem – powiedziałam.

- Holokaust… - zamyśliła się Quile. – Nie.

- A ty skąd wiesz, co to jest? – spytała Mah.

- Eeee...

- Może lepiej przetransportujmy Marie-Anne do Kwatery? – zaproponowała Riana, na co Quile spojrzała na nią wzrokiem „ratujesz mi życie”.

Quile powoli rozluźniała uścisk, upewniając się, czy Marie nie zaatakuje. Puściła ją, a ja, Mah i Riana chciałyśmy pomóc jej ją podnieść i zanieść do „Titanica” – to już chyba jego stała nazwa – ale Marie poderwała się z miejsca i skoczyła na mnie. Szybko zrobiłam unik. Quile znowu chciała ją złapać, ale tym razem to ja coś zrobiłam…

Przerażona wzięłam głęboki wdech, a z miejsca mojego serca wydobyło się światło Wyroczni, którym po chwili zaczęło świecić całe moje ciało. Zamknęłam oczy i rozłożyłam ramiona. Poczułam błogie ciepło. Otworzyłam oczy. Całe moje ciało... Straciło swój normalny kolor. Teraz miało kolor tęczy i taki sam, jak Wyroczni, tyle, że nie biały. Moje włosy nie były już brązowe. Miały taki sam kolor, jak te Wyroczni z połączeniem tęczy i „latały” we wszystkie strony. Jakby były w wodzie. Ja też się unosiłam. Nie czułam w ogóle gruntu pod stopami. Spojrzałam na swoje ciało. Nie miałam na sobie ubrania, w którym tu przypłynęłam, ani woalki, jak Wyrocznia. Ale strój, który miałam na sobie, gdy… Gdy poszłam na randkę z Leiftanem. W dniu, w którym zaatakowała nas Naytili. Tyle, że był całkowicie biało-srebrny. Na czole też poczułam coś dziwnego. Kolory całego mojego ciała i włosów, oprócz wszystkich zmian, były prawie takie same, jak te, które miała Wyrocznia w jaskini w Balenvii, gdy znalazłam tam kryształy. I gdy Leiftan prawie oddał za mnie życie…

Poświata, która otaczała moje ciało, zaczęła roznosić się po całej polanie. Wypełniła ją, a swoim blaskiem przysłoniła noc. Było jasno, prawie, jak w dzień.

- Co… - usłyszałam głos Mahdilii. Riana spojrzała na nią na moment, po czym ponownie spojrzała na mnie. Melyem patrzyła na mnie ze smutkiem, a Quile z małym zafascynowaniem, ale również powagą. Obserwowała, co zrobię.

Spojrzałam na Marie-Anne. Czułam coś dziwnego, gdy na nią patrzyłam. Ona… Błagała mnie o pomoc… Czułam, że jej serce nie może wyswobodzić się z tego, co się z nią dzieje. Nie tyle, co umysł, ale serce.

Przerażona, zdziwiona, ale nadal wściekła, rzuciła się na mnie. Wyciągnęłam w jej stronę prawą rękę i uśmiechnęłam się lekko. Marie zatrzymała się i skrzywiła. Zaczęła lekko się skręcać.

Znowu rozłożyłam ramiona, zamknęłam oczy i dałam się ponieść tej mocy. Mimo, że miałam zamknięte oczy, wszystko widziałam.

Marie zaczęła otaczać ta sama poświata, która otaczała mnie i lekko ją uniosła. Przez chwilę próbowała się wyrwać z tego „uścisku”, ale nie dała rady. Po chwili z jej ciała, a konkretniej z miejsca jej serca wyłonił się kawałek kryształu, a za nim kolejne trzy. Cierpiała… Kryształy kolejno ustawiły się w rzędzie, a potem pojedynczo leciały w moją stronę. Całkowicie dałam ponieść się mocy. Kryształy zatrzymały się przed moją klatką piersiową. Były skorumpowane. I to bardzo. Po chwili zaczęły świecić potężnym blaskiem, a mrok znikał. Wleciały do mojego ciała. Przed oczami stanął mi Wielki Kryształ, który powiększył się o te cztery odłamki. Ja byłam tym Kryształem. Czułam, że mam nad nim całkowitą kontrolę i mogę zrobić z nim, co tylko chcę i kiedy tylko chcę. Miałam władzę nad wszystkimi odłamkami tego Kryształu i całą Eldaryą.

Powoli przestawałam się unosić i nie czułam już tego ciepła i mocy, choć to nadal było we mnie. Takie same, a nawet potężniejsze. Poczułam grunt pod stopami. Otworzyłam oczy. Marie właśnie spadała na ziemię. Szybko podbiegłam do niej i w ostatnim momencie zdążyłam ją złapać.

To już nie była ta obca Marie-Anne. Czułam to. I tak samo, nie wyglądała już tak dziwnie. Znowu była „normalna”. Wyglądała, jak człowiek. Położyłam dłoń na jej policzku. Była całkowicie spokojna. Już nic jej nie zagrażało. Ani jej, ani nam.

Zastanawia mnie jednak, dlaczego w jej sercu były aż cztery kryształy…

- C… Co to było? – podeszła do mnie Mah. Była w kompletnym szoku. Opadła na kolana i przyjrzała się Marie, którą trzymałam właśnie w ramionach. Położyła dłoń na jej czole i się uśmiechnęła. Jej oczy się zaszkliły.

- Nie płacz, Mah. Odzyskałyśmy naszą Marie.

Przez chwilę jeszcze tak klęczałyśmy, aż podeszły do nas dziewczyny.

- Ale jak to się stało? – zapytałam

Melyem westchnęła i założyła ręce.

- Jesteś Córką Wyroczni, czyli drugą Wyrocznią. Posiadasz władzę nad Wielkim Kryształem i wszystkimi jego odłamkami. Tak samo zresztą, masz władzę nad całą Eldaryą. Jej ziemie muszą cię słuchać. Księżniczko Eldaryi.

Jej słowa sprawiły, że poczułam strach, zaskoczenie, mały zawód, i... niestety wyższość... Mimo, że jeszcze przed chwilą, sama czułam, że mam taką moc i władzę, to usłyszałam to też od niej. A skoro ona to mówi, to… To naprawdę tak jest. Jestem Wyrocznią… Księżniczką Eldaryi.

- Tak samo potrafisz oczyszczać kryształy i tych, którzy zostali nimi skażeni. Potrafisz im pomóc. Tak, jak zrobiłaś to z Marie-Anne – wskazała na nią wzrokiem.

- Czy to znaczy, że już nikt nie zostanie zamordowany, jeśli będzie skażony?

- Tak – uśmiechnęła się. Ja również to zrobiłam. Nie mogłam znieść tego, że oni naprawdę zabijają osoby, które połknęły kryształ. A możliwe, że nawet były niewinne... Ja nie jestem za tym, żeby kogokolwiek mordować, ale ktoś, kto jest całkowicie niewinny i ma zginąć tylko i wyłącznie przez kawałek kryształu... albo kilka.

- A portale? – odezwała się Mah.

- Chodzi ci o to, czy potrafi je otwierać? – Mah potaknęła głową. – Tak. Masz władzę nad portalami – skierowała do mnie. – Potrafisz je zamykać i otwierać bez większego wysiłku i w każdym miejscu. Tak samo, jak i inne portale.

Byłam zaskoczona tym, czego się dowiedziałam. Mah za to była cała w skowronkach. W końcu podejrzewała, że potrafię otwierać portale – „Władczyni portali”.

Razem z Mah i Rianą podniosłyśmy Marie-Anne i zaniosłyśmy ją do Titanica.

Nareszcie odzyskałam moją kuzynkę. Tym razem naprawdę.

I okazało się, że to nie jest tylko tak, że jestem Córką Wyroczni i tyle, ale Księżniczką Eldaryi, czyli drugą Wyrocznią i Władczynią Kryształu oraz ziem tego świata. A także mam władzę nad portalami.

Ciekawe, jak na to zareaguje Lśniąca Straż… Pod warunkiem, że Melyem pozwoli o tym powiedzieć…

Wróciłyśmy na pokład Titanica, a Marie położyłyśmy na łóżku w jej kajucie.

Spróbowałam wejść do pokoju Merket. Ku mojemu zdziwieniu nie zamknęła drzwi. Podeszłam do jej łóżka. Spała. Pochyliłam się nad nią. Była niesamowicie podobna do mnie… Jest naprawdę słodka i niewinna, gdy śpi. Czy ja też tak wyglądam podczas snu? Pocałowałam ją w czoło i cichutko życzyłam dobrej nocy, po czym delikatnie przejechałam dłonią po jej włosach i lekko pogłaskałam kciukiem po policzku. Zaczęłam wychodzić z jej kajuty, ale zatrzymałam się przy drzwiach. Odwróciłam się do niej. Jedno muszę przyznać. Jestem wdzięczna Molochowi, że ją mam. Mimo wszystkiego, co się przez to stało.



Ale poza tym, że dzięki niemu mam Merket, nie jestem mu wdzięczna za nic i mam nadzieję, że pewnego dnia spotka go słuszna i sprawiedliwa kara za to, co zrobił.



____________________________________________________________

Wow, to chyba był najdłuższy rozdział! Prawie 5k słów (4917)!

Jeśli zauważycie jakikolwiek błąd czy niedopracowanie, to błagam, napiszcie!

Jakby ktoś nie pamiętał:

Strój, o którym mówiła Erica, że była w nim na randce z Leifem - 17 odcinek.

I kolory Wyroczni - 16 odcinek, ta reakcja, na której jest trochę zamazana.

Do następnego! ;*

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.