FANDOM


Siemka ;*

Na początek takie małe ,,przypomnienie" ;) - plus komentarze ode mnie XD:

W ostatnim rozdziale Leiftan wspominał jeden z momentów ze swojego dawnego życia, kiedy Aengel żyli w Ischýs. Najpierw (na początku wspomnienia) był opis, jak wyglądała ta bransoletka, którą dał swojej Małej Księżniczce (i którą sam dla niej zrobił) i jak jej ją dał, a skończyło się na wyznaniu miłości <3

A zresztą, to ta scenka podobała mi się najbardziej w całym tym opowiadaniu <3

Dobra, bo zbaczam z tematu XD 

Dalej jest perspektywa Leiftana.

Miłego czytania ;*



______________________________________________

Właśnie wtedy dotarło do mnie, że Księżniczka Erica skradła mi serce.

Hmm… Ciekawe, czy to dlatego moja intuicja tak głośno krzyczała mi, żebym ją uratował. Pewnie tak.

Szło jej naprawdę dobrze. Panowała nad swoimi emocjami, które zaczęły się w niej powoli wzbierać. Nie wyglądało na to, że miałaby wpaść w trans.

A jednak…

Zauważyłem, że na twarzy Erici powolutku zaczyna malować się złość. Można było z tego wywnioskować, że ma naprawdę słabe nerwy – co zresztą już i tak wiem – i jest bardzo emocjonalna, ale potrafi nad tym panować. Jak to już tak wiele razy robiła. Niezwykła umiejętność.

Jej ruchy zaczęły robić się coraz głębsze i dziksze, a siła coraz bardziej się zwiększała. W pewnym momencie odskoczyła na bok, plecami do wszystkich i zastygła tak w bezruchu. Z małym niepokojem, ale także ciekawością obserwowałem, co zamierza zrobić. Kątem oka widziałem, jak na twarzach dziewczyn zaczyna malować się strach i niepewność.

Po krótkim czasie Erica nagle skoczyła na Melyem i zamachnęła się. Mel sparaliżował strach i w ogóle się nie ruszyła. Zobaczyłem tylko, jak porusza ustami. Riana i Merket zaczęły krzyczeć jej imię. Wszyscy wiedzieliśmy, że Erica zaraz odbierze Melyem życie.

Rzuciłem się w ich kierunku najszybciej, jak potrafiłem i w ostatnim momencie mocno objąłem Ericę od tyłu. Wciągnęła mocno powietrze i spojrzała przez siebie. Jej spięte mięśnie bardzo powoli się rozluźniały. Uspokajała się, a Melyem w końcu ruszyła się z miejsca i przemknęła na bok.

Gdy Erica już całkowicie się uspokoiła, odwróciłem ją lekko do siebie i przytuliłem, żeby całkowicie ją okiełznać. Przyjemnie było trzymać ją w ramionach.

Oddychała płytko i spokojnie. Czułem jej ciepły oddech na swojej szyi. Nie powiem, to też było przyjemne. I to dziwne, ale sam zacząłem się uspokajać.

Czułem na sobie zszokowany wzrok dziewczyn. Czegoś takiego by się w życiu nie spodziewały. Ale cóż.

Teraz Melyem ma u mnie dług. Ciekawe, czy nadarzy się okazja, żeby go spłaciła.

Mam też Moją Małą Księżniczkę w swoich ramionach. Tyle, że ona już dawno przestała być Moją Księżniczką.

Po kilkunastu spokojnych oddechach, Erica odwróciła swoją twarz i spojrzała mi w oczy. Ja zrobiłem to samo.

W jej oczach widziałem zdziwienie, ciekawość i… miłość. Nie wiem, co ona widziała w moich, ale nabrałem dzikiej ochoty, żeby ją pocałować.

Jej twarz jeszcze bardziej zbliżyła się do mojej, a ja powoli zacząłem przybliżać swoją. Gdy nasze usta dzielił od siebie zaledwie centymetr, ja – jakimś cudem, nie wiem jakim – odwróciłem głowę, puściłem ją i uciekłem…

*Perspektywa Erici*



Wściekła, jak chyba jeszcze nigdy dotąd, rzuciłam się na Melyem. Przerażona spojrzała na mnie, ale w ogóle się nie ruszyła.

Usłyszałam jeszcze tylko, jak wypowiada cicho moje imię, a dziewczyny krzyczą przeraźliwie jej.

Gdy już miałam zadać jej cios, poczułam czyjeś silne ramiona oplatające moje ciało i obezwładniające je.

Ja... J-ja… Ja znam te ramiona… I to ciepło, ten dotyk…

Leiftan…?

Powoli – bardzo powoli - zaczęłam się uspokajać. Spuściłam lekko wzrok, starając się zrozumieć, co właśnie się działo i co chciałam zrobić. Ja… Stałam się nieokiełznana. A jednak, Leiftan właśnie mnie okiełznuje.

Tylko on to potrafi.

Czułam błogie ciepło i spokój, a bliskość Leiftana dodawała mi sił i otuchy, aby całkowicie się uspokoić.

Na moment zapomniałam, że Leiftan mnie nienawidzi. Zatraciłam się w tym wszystkim.

Ale w międzyczasie, gdy się uspokajałam, stało się coś dziwnego… moje powieki na moment rozszerzyły się, a mi było znacznie łatwiej się uspokoić.

Poczułam, jak ramiona Leiftana odwracają mnie delikatnie do siebie. Wtuliłam głowę w jego ramię i szyję.

Tak dawno nie czułam już tego zapachu, dotyku i ciepła.

Napawałam się tym, jednocześnie uspokajając, aż w końcu całkowicie mnie okiełznał. Chciałam go pocałować, więc odsunęłam lekko głowę.

Ale najpierw spojrzałam mu w oczy. On zrobił to samo.

W jego oczach widziałam troskę, smutek, radość i… miłość. Dziką miłość… Miałam wrażenie, że cieszył się, że trzyma mnie w ramionach. Czy to mogła być prawda?

W końcu zbliżyłam swoją twarz do jego. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, on zrobił to samo. Ale gdy nasze usta dzielił od siebie zaledwie centymetr… Odwrócił głowę, puścił mnie i uciekł.

Stałam nieruchomo, jak słup, nie dowierzając temu, co właśnie się stało. Byłam zgłupiała i zdezorientowana.

Usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Kątem oka zobaczyłam, że obok mnie stanęła Melyem. Patrzyła w stronę, w którą poszedł Leiftan.

- Melyem…? – spojrzałam na nią całkowicie zgłupiała. Czułam na sobie wzrok zdezorientowanych i zmieszanych Merket i Riany. Melyem spojrzała na mnie. Chcę wiedzieć, co tu się właśnie stało. – Co to było?

Melyem jeszcze raz spojrzała w kierunku, w którym poszedł Leiftan.

- Wygląda na to, że Leiftan cię okiełznał – przecież dobrze wiesz, że nie pytam o to.

Westchnęła, jakby właśnie przeczytała w moich myślach.

- Sama nie wiem.

- Co się stało? – zza moich pleców usłyszałam głos Quile.

- Właśnie się nad tym zastanawiamy – przywitała ją Riana.

- A nad czym?

- Nad zachowaniem Leiftana – odpowiedziała Merket, a Quile szybko spojrzała na nią przestraszona.

- Co znowu?

- Okiełznał Ericę – tym razem Riana jej odpowiedziała.

- Co? Okiełznał? – zmarszczyła brwi. – O czym wy mówicie?

- O tym, że moja mama jest stuknięta i wymyśliła sobie, że zacznie trenować na Wojowniczkę Aengel – mina Quile natychmiast całkowicie zrzedła.

- CO?!

- Erica stuknięta? E!, jak możesz? – ojć, zabrałam Mah tytuł. … Co ona tu właściwie robi?

- Później o tym pogadacie. Czy wy jesteście mądre? Wiecie, co Erica mogłaby zrobić, gdyby Leiftan jej nie okiełznał?

- Co? – teraz to Mah zgłupiała. Rzadki widok.

- Później ci wszystko wytłumaczę – obiecałam.

- Oki – Mah wie, że zawsze, gdy jej coś obiecam, dotrzymuję słowa.

- Dobra, to już macie załatwione. A czy wy – spojrzała na dziewczyny – macie pojęcie, na co naraziłyście się wszystkie trzy?! I na co naraziłyście Ericę?!

- Quile… - zaczęła Riana, ale szatynka jej przerwała.

- A co by się stało, gdyby Leiftan nie przyszedł? A co, gdyby Erica zrobiła coś głupiego podczas transu?

- Tak właściwie, to prawie zrobiła… - Merket, po co ty jej to mówisz?!

- Co? – żadna z nas się nie odezwała.

Mah przyglądała się tej całej scenie. Nie wiedziała, o co chodzi, a tylko tak mogła się dowiedzieć. Z resztą, ona jest naprawdę bystra i bardzo sprytna. Tylko z niektórymi sprawami gorzej jej idzie, gdy jest mocno zestresowana, zdenerwowana i naprawdę chce się czegoś dowiedzieć.

- Co ona chciała zrobić? – Quile spojrzała na mnie. – A raczej: przed czym powstrzymał cię Leiftan?

- No cóż… - zająkała się Riana. Wiedziała, jak Quile może się zdenerwować, gdy się o tym dowie. A ja dalej nie znam potęgi Wyższych Istot. Tak samo zresztą, Quile nie powinna nic wiedzieć o nas. Riana jakimś cudem zna już od dawna historię Aengel. A na dodatek Melyem rozmawiała o czymś z Rianą, a potem z obiema na raz.

Kim są Wyższe Istoty, Riana i Quile?

- Dzięki Leiftanowi nadal żyję – powiedziała bez ogródek Melyem. Riana spojrzała na nią przerażona.

- Że co? – Quile chyba się to nie spodobało…

Riana szybkim krokiem podeszła do szatynki i stanęła naprzeciw niej.

- Quile, uspokój się.

- Czy ja dobrze słyszę, że Leiftan nie tylko okiełznał Ericę, ale też uratował Melyem przed śmiercią i to z rąk nieokiełznanej Erici, która w ogóle nawet nie powinna tego trenować? – nie robiła sobie nic ze słów Riany.

- Miała dobrego Asa – przyznała Mel.

- Tak? A niby jakiego?

- Za dużo by gadać… - dodała Riana.

- A proszę. Niech mówi. Niech powie swoją głupotę, mamy przecież czas!

- A nie możecie sobie na spokojnie tego omówić same? Nie chcę słuchać tej kłótni, ani tego, jak obarczasz całą winą moją siostrę. Zwłaszcza, że to wszystko moja wina – spuściłam głowę, ale na słowa Quile ją podniosłam.

- Tu nie chodzi tylko o to, Erico. Ale o wszystkie głupie decyzje, jakie podjęta twoja siostra.

- C-co?

- Quile, uspokój się i chodź – Riana położyła dłoń na jej ramieniu i pociągnęła ją lekko. Ona jednak nie miała najmniejszego zamiaru stąd iść. – Proszę…

Quile spojrzała na Rianę, której na początku zmartwiona twarz zaczęła się rozjaśniać. Oznaczało to, że w końcu odpuściła. Uśmiechnęłam się w duchu, choć sama nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że dzięki temu przestanie tak obarczać całą niezmierzoną winą moją siostrę?

Spojrzałam na Melyem. Odetchnęła. Widziałam ulgę na jej twarzy. Nie miała zamiaru ani siły, żeby znowu kłócić się z Quile. Ciekawa jestem, dlaczego ona tak bardzo nienawidzi Mel?

Chciałam podejść do niej i zapytać, czy wszystko w porządku, ale zatrzymała mnie Mah, łapiąc za rękę. Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem, unosząc brew.

- Miałaś mi wytłumaczyć, o co chodziło z Leiftanem i tym całym okiełznaniem.

Już miałam jej powiedzieć, że nie teraz, gdy usłyszałam głos Melyem.

- Wytłumacz jej to wszystko. My później porozmawiamy. Oby… - miałam wrażenie, że to „oby” wcale nie oznaczało, że chciała ze mną rozmawiać. A przynajmniej nie o tym, o czym ja chciałam.

Poszłyśmy z Mah do mojego, czy teraz naszego pokoju. Usiadła na łóżku, gdy ja zamykałam drzwi. Zamknęłam je na klucz. Nie chciałam, aby ktoś wszedł, podczas, gdy ja będę jej o tym opowiadać. A raczej się zwierzać. Znając ja i życie, wyciągnie ze mnie więcej, niż chcę jej powiedzieć.

- No to, o co chodziło z Leiftanem i tym okiełznaniem? – powtórzyła pytanie, gdy już się wygodnie rozsiadła.

Hm. Gdyby tu chodziło o moją randkę z Leiftanem, to pewnie położyłaby się na łóżku zawiesiłaby na czymś nogi, każąc mi „o wszyściutkim” mówić. Może jeszcze zajadałaby przy okazji popcorn? Oczywiście najpierw kazałaby komuś innemu go zrobić, najpewniej mi, bo z popcornem to ona sobie radzi, jak Skalski*, a potem sama by go zjadła. Jak to raz zrobiła, jak się dowiedziała, że ten surfer** zaprosił mnie na randkę. Nie miałam czasu, żeby jej tego odmówić, bo mnie po prostu wygoniła do kuchni. A nawet nie miałam o czym jej opowiadać. Odmówiłam tej randki. A jak jej to powiedziałam to ona i tak wzięła ode mnie ten popcorn i odpaliła maraton Wojowniczych Żółwi Ninja, a ja poszłam zrobić sobie drugi. Ale najlepiej to było w kinie! Ukradła mi popcorn…

- No cóż… - oparłam się o drzwi i spojrzałam w sufit, chcąc przypomnieć sobie to wszystko i lepiej widzieć ten obraz. - Chciałam zacząć trenować na Wojowniczkę Aengel, ale Merket powiedziała, że nie powinnam, a właściwie nie mogę, bo moje moce i zdolności Aengel nie zostały jeszcze rozbudzone i przez to jest niebezpieczne, żebym trenowała. Poszłyśmy z tym do Melyem: Merket z zamiarem wybicia mi tego z głowy, a ja chciałam, żeby Mel pozwoliła mi zacząć trenować. Trafiłyśmy akurat na kłótnię jej, Riany i Quile. Nie, nie wiem, o co poszło – dodałam szybko, widząc, że Mah już ma zamiar zapytać mnie, o co im chodziło – ale Quile raczej nie przepada za Melyem, co mogłaś zauważyć – i co na bank będziesz chciała rozgryźć i niedługo to zrobisz, znając ciebie. – No więc, Melyem zgodziła się mnie trenować.

- Mówiła, że miałaś niezłego Asa i o tym też mi opowiesz, ale teraz dawaj dalej! – oparła podbródek o splecione razem palce, łokcie opierając wcześniej na kolanach.

- Na początku wszystko szło dobrze, ale po pewnym czasie zaczęłam stawać się nieokiełznana. Złość się we mnie gotowała, aż w końcu rzuciłam się na Melyem. Nie byłam do końca świadoma tego, co robię. A poza tym zgromadziły mi się w oczach łzy, więc miałam zamazany obraz. Jednak rozpoznałam, że to na Melyem się rzuciłam. Mimo to i tak byłam nieokiełznana. Gdy mało brakowało, żebym odebrała jej życie – Matko, jak to brzmi… - stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. W ostatniej chwili poczułam, że ktoś obejmuje mnie od tyłu, uniemożliwiając mój atak. To był Leiftan. Potem też stało się coś dziwnego. Doszło do tego, że prawie się pocałowaliśmy. Ale w ostatniej chwili Leiftan uciekł. To było naprawdę dziwne… Znaczy… Przez to wszystko, co się ostatnio dzieje było to dziwne. Gdyby nie ostatnie wydarzenia, to byłoby całkowicie normalne.

- Yhm… Rozumiem…

- A co ty, psycholog? – zaśmiałam się. Choć… Psycholog by mi się przydał.

- No. W sumie. Dobra, teraz dawaj tego Asa, o którym mówiła Mel! – rozkazała podekscytowana i zafascynowana.

- Ja cię chyba zacznę nazywać Anna.

- Dlaczego? – zmarszczyła brwi.

- Bo jesteś tak samo szalona, jak ta z Krainy Lodu. Kto wie, czy nawet nie bardziej…

- Ty wiesz. Znasz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny.

- No. W sumie – zacytowałam ją, patrząc w bok, dokładnie tak, jak ona zrobiła, a potem się zaśmiałyśmy. Może i czasem zachowujemy się, jak dzieci, ale wtedy były najlepsze czasy. Nigdy nie czułam się lepiej, niż jako „dziecko”. Może nie pamiętam swojego życia w Ischýs, ale wiem, że wtedy też było najpiękniej.

Mah nienawidziła, gdy nazywano ją dzieckiem. Zwłaszcza, gdy była nastolatką.

Na początku, gdy wyjechała, dzwoniłyśmy do siebie i pisałyśmy. Ale w końcu przestałyśmy. Mah mówiła, że popsuł jej się telefon, a nawet swojego numeru nie zna na pamięć, tylko musi zadzwonić sama do siebie ze swojego telefonu, żeby wyświetlił jej się numer. Kiedyś nie umiała inaczej wyświetlać swojego numeru, a jak się dowiedziała, to nie spróbowała i tak już zostało. Więc mojego tym bardziej nie znała. Przez to całkowicie urwał nam się kontakt. Zwłaszcza, że listy też nie były rozwiązaniem.

Tylko raz wydarzył się cud, że zapamiętała numer Marie. Zawsze zapominała go zapisać, a jak jej o tym przypominałyśmy, to mówiła „zaraz”. A to „zaraz” było długie, więc my się strasznie niecierpliwiłyśmy i pytając ją ciągle o to samo – „już?”, same o tym zapominałyśmy. I nie zapisała numeru. A ponieważ tak wiele razy musiała go zapisywać, w końcu nauczyła się go na pamięć.

- No to gadaj tego Asa!

Opowiedziałam jej, jak przekonałam Melyem, żeby zgodziła się na trening. Mah, jak to sama ujęła, była ze mnie dumna!

Ja sama cieszyłam się, że udało mi się ją do tego przekonać, ale nie wiedziałam wtedy jeszcze, co oznacza bycie nieokiełznaną. Mimo tego, co mówiły mi Melyem i Merket, uparłam się i je przekonywałam. A głównie Melyem.

I muszę przyznać, że bardzo się zdziwiłam, jak wielka potrafiła – a raczej potrafi - być moja siła. I złość… Moje zdolności jeszcze nie rozstały rozbudzone, a nawet, jeśli choć trochę, to już byłam bardzo silna. I założę się, że to jest przynajmniej minimalna siła Aengel. Więc jak silna ja jestem…?

- Ale mnie chyba najbardziej zdziwiło, gdy trenowałam, to, że wiedziałam, jak walczyć. Znałam tak wiele ruchów i „trików”, choć nikt mi ich wcześniej nie pokazywał.

- A nie widziałaś, jak Aengel trenują, gdy byłaś mała?

- Ale nie powinnam tego pamiętać – usiadłam na łóżku, obok Mah. – Na pewno nieraz widziałam, jak nasi Wojownicy trenują. Ale nic z tego nie pamiętam – wędrowałam wzrokiem po ścianach. Zastanawiałam się nad sama nie wiem, czym.

- Mam wrażenie, że o czymś jeszcze chcesz mi powiedzieć… - wyprostowała się. Powędrowałam wzrokiem bliżej Mah, ale nie poruszyłam głowy. – Albo chcesz, ale się wahasz i nie wiesz, czy na pewno możesz mi to powiedzieć i nie jesteś pewna, czy chcesz. I czy ufasz mi na tyle, by to wyznać… - rzeczywiście… - Nie bój się – położyła dłoń na moim prawym ramieniu. – Możesz mi zaufać i wszystko powiedzieć. Pamiętaj, jestem psychologiem! – zaśmiała się. Podniosłam kącik ust do góry, rozbawiona jej słowami i szczęśliwa, że ją mam.

Opowiedziałam jej o tym, co stało się na klifie. Słuchała mnie zafascynowana i trochę zdziwiona. Ale też, jak prawdziwa psycholog. Patrzyła na mnie i słuchała ze skupieniem tak, jak oni, gdy słuchają, co ludzie im mówią. Wiem, bo byłam kiedyś u psychologa, i tak sobie to też jeszcze wcześniej wyobrażałam.

Gdy skończyłam mówić, Mah spuściła lekko głowę i wzrok na podłogę, zastanawiając się nad czymś. Pewnie nad tym, co powiedziałam. Ona powinna być jeszcze psychologiem. Albo lepiej: każdy zawód, tylko nie kulinarny. Nawet nie degustator. Jest strasznie wybredna, więc nie dałoby rady.

A w sumie to ona też kiedyś chodziła do psychologa i patrzyła na ich reakcje i zachowania. Mówiła, że żaden z nich nie wierzył w to, co mówiła. Wiem tylko, że chodziło o to, co się działo w jej życiu, zanim ją znalazłam - zapłakaną. Mi i Marie nie mówiła tego, więc sama nie wiem, o co chodziło. To była dla niej zbyt wielka trauma i przeżycie, a to, że lekarze jej nie wierzyli jeszcze bardziej ją dobijało. Na dodatek nie byli w stanie jej pomóc. Bo jak tu pomóc komuś, gdy nie wierzy się w to, co ktoś mówi i jest przekonany, że ma zbyt wielką wyobraźnię, albo to był sen? Przez coś takiego tylko jeszcze bardziej można zdołować i zdenerwować tego kogoś.

Ja teraz już wiem, mniej więcej, w co żaden lekarz jej nie wierzył. Na pewno chodziło o to rozstanie z braćmi i jak do tego doszło. I co jeszcze mogło się wtedy stać…

- Ja sama bym na to powiedziała, że leiftanowa miłość do ciebie jest tak silna, że zniweczyła tę dziwaczną i nagłą nienawiść, którą Leiftan cię ostatnio obdarza. Ale szczerze mówiąc, to nie wiem, co to może oznaczać. A choć…

- Dajmy na to, że masz rację – chciałabym… - Pani psycholog – uśmiechnęłam się, unosząc głowę i brew rozbawiona. Rozśmieszyłam tym też Mah.

Zaspokoiłam jej zapał, a ona, gdy uświadomiła sobie o tym, spojrzała na mnie, podnosząc brew i kącik ust znacząco.

- Ok, ale to jeszcze nie wszystko.

- Co? – zdziwiłam się. O co ci znowu chodzi? A zresztą. To Mah. Jak jej coś strzeli do głowy to zgaduj zgadula…

- Jest jeszcze coś, co cię trapi.

- Niby co takiego?

- Czuję, że jeszcze o czymś powinnaś mi powiedzieć. Ale najwidoczniej zapomniałaś.

O co jej… Ah! No tak! Ciekawe, jak na to zareaguje.

- Widzisz… Wtedy, gdy poszłyście z Mer zwiedzać Kwaterę i poszłyście aż do lasu, a tam zaatakowały cię Blackdogi i dowiedziały się przy tym, co znaczy zadzierać z tobą – zrobiłam krótką pauzę, widząc, że Mah przypomina sobie te momenty. Wiedziałam, bo uśmiechała się tryumfalnie. Szczerze współczuję każdemu, kto miał z nią do czynienia. W walce, oczywiście. – Potem ja również jakimś cudem użyłam swojej mocy, gdy się i na mnie rzuciły. I dokładnie w momencie, gdy mi się pokłoniły, miałam wspomnienie – spojrzałam gdzieś przed siebie, przypominając to sobie.

W całym pokoju pojawiła się srebrno kolorowa mgła, którą, oczywiście, widziałam tylko ja. Przed oczami pojawiło mi się to samo, co wtedy. Ale tym razem było inaczej. Znowu stałam się tą dziewczynką, ale na odległość. Można powiedzieć, że jestem teraz w dwóch miejscach na raz. A „jedna” z „nas” „jest” duchem. Ciałem było wspomnienie, a ja mimo tego, że czułam się, jak istota cielesna, stałam się półcielesna… Dziwne.

Po krótkiej chwili kontynuowałam:

- Byłam właśnie w Ischýs. Obok mnie był ten sam Aengel, którego widzę ciągle w swoich wizjach – a może i już widziałam? Dawno nie miałam żadnych wiadomości od Wyroczni, które dotyczyłyby „demona”. A tak swoją drogą, to naprawdę jestem ciekawa, dlaczego akurat „demony” – i wspomnieniach. I ten sam, któremu muszę pomóc… - dodałam cichutko, żeby mnie nie usłyszała.

Dziwne, ale podczas tego „dziwnego” wspomnienia i mgły, widziałam swój pokój. Łóżko – a raczej łóżka. Dalej nie wiem, jakim cudem to wszystko się tu mieści – i siedzącą na nim Mah. Dała mi znak głową, żebym powtórzyła głośno, ale zignorowałam to i powróciłam do wspomnienia. Mam nadzieję, że mnie za to nie zabije. Że mnie za jej niespełnioną „prośbę” nie zabije…

- Jak zwykle, był cały zacieniowany. Obok nas i za nami byli także inni Strażnicy, którzy, jak mi się wydaje, strzegli właśnie mnie. A dziwi mnie to dlatego, że było ich kilka, a obok mnie mój Aengel, a ja i tak potrzebowałam ochrony tak wielu. Aż się boję przypominać sobie, co się wtedy działo… Co się aż takiego działo – powiedziałam, lustrując wzrokiem wszystkich Strażników, obecnych wtedy przy mnie. Mniej więcej wiedziałam, dlaczego potrzebna mi była taka ochrona, ale… Aż tak?

- Wątpię, żeby Melyem mówiła ci o tym wtedy – spojrzałam na pół smoczycę, która była lekko zakamuflowana mgłą. Mimo to i tak ją dosyć dobrze widziałam. Dosyć dobrze. Oparła prawie całą swoją twarz na dłoniach, które miała oparte na kolanach i mi się przyglądała. Albo raczej, patrzyła i słuchała. Mimo, że ją to ciekawiło, wyglądała na śpiącą. Brawo Mah… Ta. Pół człowiek: w czym psycholog, pół smoczyca: czyli świruska.

- Rzeczywiście – przypomniało mi się dodatkowo, co Kidemonas mówił. A tak swoją drogą, to… Co z Kidemonasem?

Po chwili zamyślenia – dalej we wspomnieniu – Mah pomachała mi ręką, wyrywając mnie z niego, po czym wróciła do swojej przerwanej pozycji.

A ja wróciłam do wspomnienia, i albo mi się wydaje, albo czas się w nim zatrzymał, a ja i tak widzę, że się ruszają – co nie jest spowodowane mgłą – albo to wspomnienie się powtarza. I w tym momencie chyba by już siódmy raz.

- No dobra, coś tam widzisz, co to jest?

- Co? – spojrzałam na nią zdezorientowana.

- Cały czas, no prawie cały, gapisz się w ścianę, a twoje oczy jakoś tak dziwnie błyszczą. Mam nadzieję, że to, co teraz widzisz, to jest to wspomnienie.

- Tak, to to.

- No to opowiadaj, co tam widzisz!

Zaczęłam oglądać, rozgrywający się przede mną „spektakl” wspomnienia i mówiłam jej wszystko to, co widziałam. Nie darowałaby mi, gdybym coś pominęła.



      • mini przypomnienie***



Po chwili pokonany przez Mahdilię Blackdog, również mi się pokłonił. I właśnie w tym momencie poczułam się, jak mała dziewczynka. Obejrzałam się za siebie i nie byłam już w tym samym lesie, ale w innym. Czułam, że znam ten las bardzo dobrze. Dwa Blackdogi stały przede mną, a obok mnie i za mną stało kilka Aengel. Byli strażnikami. Moimi Strażnikami…

Po chwili zorientowałam się, że ktoś trzyma mnie za rękę. Podniosłam głowę. To znowu był Aengel z moich wizji! Kazał Blackdogom pokłonić się mi. Wypełniły jego rozkaz, a ja poczułam się, jak władczyni.

Po chwili Aengel powiedział do Blackdogów coś, co całkowicie mnie zatkało…

- Aengel, której się kłaniacie, to wasza Pani: Księżniczka Aengel, która kiedyś stanie się naszą królową. Macie wypełniać jej rozkazy, a jeżeli któreś z was chociaż spróbuje coś jej zrobić, lub ją zdradzi… Nie będzie dla niego litości. Zrozumiano? – Blackdogi pokłoniły się jeszcze niżej, dając tym samym znak, że zrozumiały.

Po tym coś się ze mną stało. Nie kontrolowałam już swojego ciała ani tego, co mówię…

- Blackdogi, przyjaciele, wracajcie do swoich! – Blackdogi tym razem mnie ukłoniły się jeszcze niżej i pobiegły w głąb lasu. Czułam się szczęśliwa.

Spojrzałam na Aengel, który mi pomógł i trzymał mnie za rękę. On również na mnie spojrzał. Patrzył na mnie z czułością… Nie wiedziałam, dlaczego, ale bardzo mnie do niego ciągnęło… Czy naprawdę kiedyś darzyłam go tak wielkim uczuciem? To było dla mnie naprawdę trudne. Miałam ogromną chęć go pocałować. Nie potrafiłam kontrolować swoich ruchów, co stanowiło dla mnie ogromna przeszkodę, aby to zrobić. A, co gorsze, to pragnienie było moje, a nie przeszłej mnie. Chciałam czym prędzej wyjść z tego koszmaru. Tego wspomnienia! Chciałam wrócić do teraźniejszości.

Na całe szczęście, miałam własne myśli, a nie te przeszłej mnie i mogłam prosić w myślach mamę o pomoc.

Wyrocznio, mamo! Proszę, pomóż mi!

I marzenie się spełniło. Znowu byłam w lesie, w którym znalazłam Mah.



      • koniec przypomnienia***



Gdy skończyłam opowiadać o tym Mah, wspomnienie zniknęło i znowu było „normalnie” w moim pokoju. A raczej przed moimi oczami.

- No – odezwała się. – To nieźle.

- Chociaż ty coś z tego rozumiesz? – spytałam z nadzieją.

- No cóż... – zaczęła, ale nie dokończyła, bo usłyszałyśmy, że ktoś chce wejść do pokoju, ale uniemożliwiały mu to zamknięte drzwi.

Mah podeszła je otworzyć, a w progu drzwi stanęła Riana, która skierowała swój wzrok na mnie.

- Mam dobrą wiadomość – uśmiechnęła się do mnie.

- Jesteś w ciąży – stwierdziła Mah. Riana spojrzała na nią zdezorientowana i mocno zdziwiona, wprost: jak na wariatkę, a później na mnie już po prostu zdziwiona.

Ehh… Znowu się zaczyna…

- Eeehh… O co jej chodzi?

- Nie zwracaj na nią uwagi – machnęłam ręką i spojrzałam na Mah. Odwzajemniła spojrzenie, mrużąc przy tym oczy i kręcąc lekko głową z małym uśmieszkiem.

- Nooo, dobrze – przeciągnęła Riana wpatrując się gdzieś w bok, jakby szukając tam rozwiązania, choć wiedziała, że go tam nie znajdzie. – A raczej, to Quile ma dobrą wiadomość – znowu spojrzała na mnie, ale nie uśmiechnięta, lecz dalej zdezorientowana.

- Quile jest w ciąży? – w głosie Mah było słychać udawane zaskoczenie i duże rozbawienie. Nawet na jej twarzy było to widać. Co, jak co, ale ona czasami potrafi być naprawdę dobrą aktorką.

- Przegapiłam coś? – do pokoju weszła zdziwiona i lekko rozbawiona Quile, która usłyszała wypowiedź Mah.

Zwróciła wzrok na Rianę, która odwzajemniła spojrzenie.

- Nic. Tylko swoją ciążę – Mah machnęła ręką i usiadła z powrotem obok mnie. Riana i Quile znowu spojrzały na siebie nic nie rozumiejąc, ale tym razem na twarzy szatynki widać było jeszcze większe rozbawienie.

- Co jej się stało? – spytała Quile.

- Ona tak zawsze – wyjaśniłam, a ona uśmiechnięta potaknęła wysoko głową.

- Jak Quile – dodała Riana.

- Czyli jednak Quile jest tak samo szalona, jak Mah – potaknęłam głową.

- Żebyś wiedziała – potwierdziła patrząc na mnie, a Quile i Mah spojrzały na siebie z uśmiechem.

Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy, którą przerwałam ja, przypominając sobie, co mówiła Riana.

- Riano – zwróciłam się do niej, a ona odwróciła głowę w moją stronę. – Mówiłaś, że Quile ma jakąś dobrą wiadomość.

- A, tak. Quile – spojrzała na nią zachęcająco i uroczyście.

- Erico, Melyem mówiła o tym, co się wydarzyło z Marie-Anne – zaczęła, a na twarzy mojej i Mah pojawił się strach i oczekiwanie – i o tym, co wydarzyło się na tej wyspie – przeniosła wzrok z nas na Rianę, jakby chcąc ją zapytać, czy dobrze mówi. Brunetka lekko potaknęła głową. – I myślę – spojrzała na mnie – że spodoba ci się, tobie i Mah – sprostowała, patrząc przelotnie na „białowłosą”. Bo akurat „siwą” to nie można jej pod żadnym pozorem nazwać - to, co wymyśliłam.

- Co takiego? – zapytałam z nadzieją.

- Wydaje mi się, że wiem, gdzie ona może być.



_______________________________

  • Maksymilian Maria Skalski - postać fikcyjna, bohater serialu Niania.
    • surfer - w jednym z odcinków Erica wspomniała, że na Ziemi przez kilka dni spotykała się z surferem.

Chodzi o tego całego Dake'a z SF.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.